środa, 20 marca 2013
Moje dziesięć lat z komputerem
Lada moment minie dziesięć lat
odkąd po raz pierwszy uruchomiłem komputer. Własny komputer. Wprawdzie nie
przez siebie zbudowany, ale za to przez siebie za ciężko pożyczone pieniądze
kupiony. Jedyny w moim życiu fabrycznie nowy należałoby tu nie bez pewnego
skrępowania dodać.
Nie zapomnę chwili, gdy
przewracając się o rozłożone na podłodze kartony i torby połączyłem wreszcie
wszystkie kabelki i nacisnąłem POWER modląc się w duchu o brak jakiejś
przypadkowej eksplozji. Nie wiedziałem jeszcze wtedy o "maszynach matematycznych" zbyt wiele...
Zanim jednak nadszedł TEN wieczór
było kilka innych. Dni, nocy, popołudni i ranków. Naprawdę pierwszym komputerem,
z którym wszedłem w kontakt (proszę się nie śmiać!) był poczciwy jak stara
Mućka Pentium 100 MHz. Zdaje się, że miało toto jakieś 64 MB ramu i Windows 98 na pokładzie. Na uruchomienie na tym potworze najprostszego
programu czekało się tyle, że można było zasnąć z nudów.
Ale właśnie przed czymś takim
zasiadłem któregoś dnia z duszą na ramieniu i prowadzony telefonicznie przez
znajomą („Widzisz taki duży guzik na tej skrzyni pod biurkiem?”) odpaliłem co
trzeba.
„Przeczekaj to czarne, a jak się pokaże pulpit, to tam w rogu będzie
taka ikonka, no znaczek taki, z dużym Wu”
Przeczekałem, znalazłem ikonkę, z
niemałym trudem naprowadziłem kursor gdzie trzeba i kliknąłem. Nic. „Musisz dwa
razy, szybko” Aha. No to dwa razy. Klik, klik.
Tadam!
Ten pierwszy obrazek, jaki mam w
głowie jest więc pustą „kartką” Worda – mojego do dziś ulubionego programu. Od
niego zacząłem. Coś tam popisałem, skasowałem, zamknąłem. Z klawiaturą jakoś
sobie radziłem, bo od dwóch lat całkiem nieźle pisałem na maszynie.
Ale nikt, nikt mi nie powiedział o istnieniu w Windows funkcji „polski 214”
przez co długo jeszcze wściekałem się na złośliwca, który „przestawił” klawisze
„z” i „y”.
niedziela, 10 marca 2013
Na wyspach czasu
Podróże w czasie to bardzo poważna sprawa. Najczęściej myślimy o nich wtedy, gdy chcielibyśmy naprawić nasze błędy, zmienić dawno zapadłe decyzje lub spotkać znów kogoś, kogo dziś z różnych powodów obok nas nie ma. Zapominamy jednak, że wracając możemy co najwyżej odegrać swoją rolę po raz drugi lub (co czasem jeszcze bardziej przygnębiające) tylko jej się przyjrzeć, ale niczego zmienić ani odwołać nie będziemy w stanie, bo wszystko to już się raz zdarzyło, a każde nasze dziś jest konsekwencją wczoraj.
Wiem coś o tym. Sporo podróżuję.
Wiosną 2011 roku prawie w transie spacerowałem po umarłej kopalni, moim niegdysiejszym miejscu pracy. Przypominałem sobie ludzi, rozmowy, wydarzenia, budynki. Na kilka godzin tamten świat wstał z grobu. Ale wstając nie przestał być martwy.
Wiem coś o tym. Sporo podróżuję.
Wiosną 2011 roku prawie w transie spacerowałem po umarłej kopalni, moim niegdysiejszym miejscu pracy. Przypominałem sobie ludzi, rozmowy, wydarzenia, budynki. Na kilka godzin tamten świat wstał z grobu. Ale wstając nie przestał być martwy.
Nie spotkałem przecież nikogo, nikt nie powiedział słowa, którego kiedyś bym nie słyszał. Mogłem tylko zobaczyć to, co już raz się odegrało.
Byłem autentycznie załamany, gdy ochroniarze z psami wyprowadzali mnie do bramy. Wydawało mi się, że są tępi, nie rozumieją, nie chcą dać mi tych kilku minut abym w na poły zburzonym pawilonie swojego oddziału mógł dotknąć czasu, który odszedł. Późno, bardzo późno po tym zdarzeniu dotarło do mnie, że dla nich byłem po prostu mężczyzną pstrykającym zdjęcia ruin. Zupełnie jak w „Koszmarze z ulicy Wiązów”, co innego widziałem ja, co innego oni.
Byłem autentycznie załamany, gdy ochroniarze z psami wyprowadzali mnie do bramy. Wydawało mi się, że są tępi, nie rozumieją, nie chcą dać mi tych kilku minut abym w na poły zburzonym pawilonie swojego oddziału mógł dotknąć czasu, który odszedł. Późno, bardzo późno po tym zdarzeniu dotarło do mnie, że dla nich byłem po prostu mężczyzną pstrykającym zdjęcia ruin. Zupełnie jak w „Koszmarze z ulicy Wiązów”, co innego widziałem ja, co innego oni.
niedziela, 17 lutego 2013
poniedziałek, 11 lutego 2013
Czy trzeba wypowiadać umowę o wywóz śmieci?
Niedawno wpadła mi w ręce bezpłatna gazetka wydawana w jednym z miast Górnego Śląska z zamieszczoną tam informacją o konieczności składania z odpowiednim wyprzedzeniem wypowiedzeń umów firmom zajmującym się wywozem odpadów dla uniknięcia od lipca podwójnych opłat w związku z przejęciem tej usługi przez gminy.
Zwróciłem się po jej przeczytaniu do największego chyba "operatora śmieciowego" w Katowicach - Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej z zapytaniem jak też w naszym mieście wyglądać będzie ta operacja, jaki jest okres wypowiedzenia, w jakiej formie należy je składać oraz przede wszystkim jak sprawić, by unikając zdublowania usługi nie zostać jednocześnie choćby na tydzień "sam na sam z kubłem".
Odpowiedź jaką dziś otrzymałem i zamieszczam poniżej dowodzi nie tylko szybkości i praktycznego podejścia samej firmy (bez tych wszystkich "z uwagą zapoznalismy się ble ble ble"), ale także, co o niebo ważniejsze, wzorowego wręcz rozwiązania problemu. Chapeau bas!
---
Dzień dobry,
w odpowiedzi na otrzymane zapytanie informuję, że na fakturze za I kwartał 2013 zostanie umieszczona informacja:
w odpowiedzi na otrzymane zapytanie informuję, że na fakturze za I kwartał 2013 zostanie umieszczona informacja:
MPGK INFORMUJE, ŻE DOPISUJE
SIĘ W §10 UMOWY PUNKT 2 O
BRZMIENIU: „2. W ZWIĄZKU Z WEJŚCIEM W ŻYCIE USTAWY O UTRZYMANIU CZYSTOŚCI
UMOWA ULEGNIE ROZWIĄZANIU W TERMINIE PRZEJĘCIA OBOWIĄZKÓW ZG.Z W/W USTAWĄ PRZEZ
GMINĘ KATOWICE.”
Tym samym zwalnia to naszego klienta z konieczności wypowiadania wiążącej nas umowy i podwójnych opłat.
Tym samym zwalnia to naszego klienta z konieczności wypowiadania wiążącej nas umowy i podwójnych opłat.
Z poważaniem Teresa Manowska Miejskie Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej Sp. z o.o.
=============
DODANE 9 MARCA 2013
Dotyczy tylko mieszkańców Katowic!
Do trzydziestego pierwszego marca br. nalezy pobrać STĄD i złożyć osobiście lub przesłać listem poleconym na adres Urzędu Miasta Katowice wypełnioną deklarację wraz z kopią dotychczasowej umowy z przedsiębiorstwem wywozowym. Obowiązek ten spoczywa na właścielu posesji. W przypadku współwłasności i jednej umowy wystarczy złożenie powyższego dokumentu przez tylko jednego ze współwłaścieli. W razie osobnych umów - przez wszystkich.
piątek, 8 lutego 2013
Bibliografia
Nie pamiętam jaki tytuł nosiła pierwsza książka, którą przeczytałem, ale nie zapomnę za to nigdy, jaki był pierwszy wyraz.
Dżem.
Aha! Wiem, że dziwnie brzmi, ale to szczera prawda. Siedziałem sobie wieczorem w kuchni sącząc kakao („…kapela cięła walca na sześć” – Lady Pank) i wpatrywałem się w stojący na półeczce kredensu słoik.
Dżem.
Aha! Wiem, że dziwnie brzmi, ale to szczera prawda. Siedziałem sobie wieczorem w kuchni sącząc kakao („…kapela cięła walca na sześć” – Lady Pank) i wpatrywałem się w stojący na półeczce kredensu słoik.
-Dyy...
-Dyy…zyy…em. Dyzem… Dzem. DŻEM!
Mama mało nie upuściła talerzy.
-Umiesz czytać!
-Nie, ja tylko te literki tutaj… - na wszelki wypadek zacząłem się tłumaczyć.
-Umiesz czytać!!!
Naprawdę nie chciałem. Samo przyszło. Jak po maśle. Znaczy po dżemie.
W tamtych czasach czytania i pisania uczono „oficjalnie” dopiero w pierwszej klasie podstawówki, a że byłem ledwie zerówkowiczem to posiadłszy wspomnianą umiejętność z miejsca awansowałem w przedszkolu do swego rodzaju, nie bójmy się tego słowa, warstwy inteligenckiej (chciałoby sie napisać "i tak mi zostało", ale już sam mój nick wyraźnie temu zaprzecza).
Jako dzieciak początkowo czytałem głównie to, co czytać mi kazano. Puc, Bursztyn i goście, Nasza szkapa, Ferdynand Wspaniały, Chłopcy z Placu Broni, Łysek z pokładu Idy, W pustyni i w puszczy, i tak dalej i tym podobne. Niektóre z tych książek miały klimat i działały na wyobraźnię (ileż łez wylałem po śmierci Nemeczka albo Piętaszka!), ale ogromna większość była dla mnie zwyczajnie nudna. Jak to ja zdecydowałem się więc pochodzić nieco własnymi drogami.
Pierwszą były tajemnicze kartony w naszej piwnicy. Do dziś nie wiem, dlaczego tyle książek moi rodzice akurat tam trzymali. Zapewne miało to jakiś związek z rozmiarami naszego mieszkania, ale niezależnie od przyczyn dodawało wygrzebywanym przeze mnie skarbom posmaku tajemnicy (oraz zapachu stęchlizny). Siadywałem sobie w każdym razie na skrzyni z ziemniakami i w czasie gdy mama robiła pranie wczytywałem się w różne historie. I potem tylko szło o to bym mógł coś zabrać na górę. Nie zawsze mogłem. Może to i lepiej, bo tam, pośród betonowych białych ścian, otoczony słoikami z kompotem (nie, dżemu nie było), rozmaitymi narzędziami, pudłami i rowerami traktowałem swoje lektury jakoś chyba bardziej magicznie. Proszę sobie wyobrazić na przykład podręcznik dla szkół pielęgniarskich z moim ulubionym (?) rozdziałem o wojnie jądrowej…
Jak urządzić piwnicę na wypadek ataku (kompoty i lekturę już miałem), jak przechowywać żywność itp. A najlepszym fragmentem był ten o konieczności umycia się w beczce po opadnięciu pyłu radioaktywnego.
Taaa… Już to widzę…
środa, 23 stycznia 2013
Prekognicja
Co się dzieje, gdy uczciwy obywatel udaje się do urzędu pocztowego, aby uiścić abonament RTV, tak jak mu to nakazuje prawo i zalecają reklamy w mediach wszelakich?
Poczta odmawia przyjęcia wpłaty.
A dlaczego?
Poczta odmawia przyjęcia wpłaty.
A dlaczego?
Zaraz opowiem.
Na stronie internetowej PP znaleźć możemy informację o wysokości abonamentu. Mamy tam podane odpowiednie kwoty za miesiąc, dwa, trzy i tak dalej aż do dwunastu. Opłata za te właśnie dwanaście miesięcy wynosi wg obecnych stawek (a po zniżce za wpłatę jednorazową) 201 zł i 40 groszy. Podkreślam, że nie podano w tabelkach nazw miesięcy, a tylko ich ilość, z czego można wnosić, że opłacenie powiedzmy półrocza jest tym samym w styczniu co w listopadzie, a granicą wpłaty z wyprzedzeniem jest po prostu okres roczny. Otóż nie do końca.
Na stronie internetowej PP znaleźć możemy informację o wysokości abonamentu. Mamy tam podane odpowiednie kwoty za miesiąc, dwa, trzy i tak dalej aż do dwunastu. Opłata za te właśnie dwanaście miesięcy wynosi wg obecnych stawek (a po zniżce za wpłatę jednorazową) 201 zł i 40 groszy. Podkreślam, że nie podano w tabelkach nazw miesięcy, a tylko ich ilość, z czego można wnosić, że opłacenie powiedzmy półrocza jest tym samym w styczniu co w listopadzie, a granicą wpłaty z wyprzedzeniem jest po prostu okres roczny. Otóż nie do końca.
Ubawiłem się setnie, gdy odmówiono mi wczoraj przyjęcia wpłaty za rok z góry, ale od lutego 2013 do stycznia 2014. Oficjalnym powodem było "Bo może podrożeć".
Nie "podrożeje", ale "może podrożeć"!
No pięknie.
Pani mocną kreską skreśliła mój wpis na blankiecie, zmniejszyła kwotę i miast stycznia wpisała grudzień. Niby nikomu krzywda się nie stała, ale zaintrygowało mnie to na tyle że dziś około południa zwróciłem się po wyjaśnienia na pocztową infolinię pod nr 43/8420606, gdzie usłyszałem dokładnie to samo, co w okienku. I nadal coś mi tu nie pasuje.
Pośród ludzi których znam płacą za RTV może dwie osoby, gdyby jeszcze przefiltrować to przez zarobki na moim poziomie - nikt. Na miejscu PP skakałbym pod niebiosa, że ktoś oddaje bez bicia spory kawałek swojej pensji na abonament. A oni nie chcą. Paroletnie zadłużenie jest OK, ale hipotetyczna niedopłata powiedzmy 1 złotego w skali roku jest niedopuszczalna.
Nie przestaje mnie to śmieszyć.
Pani mocną kreską skreśliła mój wpis na blankiecie, zmniejszyła kwotę i miast stycznia wpisała grudzień. Niby nikomu krzywda się nie stała, ale zaintrygowało mnie to na tyle że dziś około południa zwróciłem się po wyjaśnienia na pocztową infolinię pod nr 43/8420606, gdzie usłyszałem dokładnie to samo, co w okienku. I nadal coś mi tu nie pasuje.
Pośród ludzi których znam płacą za RTV może dwie osoby, gdyby jeszcze przefiltrować to przez zarobki na moim poziomie - nikt. Na miejscu PP skakałbym pod niebiosa, że ktoś oddaje bez bicia spory kawałek swojej pensji na abonament. A oni nie chcą. Paroletnie zadłużenie jest OK, ale hipotetyczna niedopłata powiedzmy 1 złotego w skali roku jest niedopuszczalna.
Nie przestaje mnie to śmieszyć.
czwartek, 10 stycznia 2013
W hołdzie pogodnemu patriocie
Wśród polityków Drugiej
Rzeczypospolitej o których pamiętamy raczej rzadko się Go wymienia. Jest jako
symbol całej prawie tamtej epoki Józef Piłsudski, jest także takiż sam symbol
polityki zagranicznej Józef Beck, są jeszcze Gabriel Narutowicz, Roman Dmowski,
a bardziej obeznani dodadzą Wincentego Witosa, Macieja Rataja, Stanisława
Wojciechowskiego, Władysława Grabskiego, Ignacego Daszyńskiego czy Edwarda
Rydza Śmigłego. Najdłużej urzędujący polski prezydent pozostaje mimo wszystko w
ich cieniu, w cieniu na który z pewnością nie zasłużył.
Ignacy Mościcki. Kim był? Jaki
był?
Do niedawna miałem w głowie na
Jego temat tyle chyba co większość mi współczesnych. Niewiele. Poza rolą
polityczną i działalnością naukową (wymienianych zwykle w jednym zdaniu, jako
słowa klucze) raczej nic albo bardzo mało. Ogólniki z książek, filmów, kronik.
Gdzieś w głowie także zdjęcie sympatycznego, niewątpliwie bardzo dostojnie i
przystojnie zarazem wyglądającego starszego pana, jako symbol kolejny.
A przecież kojarzony niezmiennie
z Wrześniem 1939 roku, ucieczką do Rumunii i internowaniem tam Prezydent
sprawował swój urząd przez trzynaście lat, o trzy lata dłużej niż bliższy nam
historycznie Aleksander Kwaśniewski! Musi mieć siłą rzeczy zatem na swoim
politycznym koncie coś więcej niż znaną chyba każdemu odezwę do narodu w dniu
rozpoczęcia wojny! I ma. Ma całkiem sporo. A poznając jego życie i działalność
można nie tylko nieraz się zadziwić, ale i nabrać szacunku. Do człowieka,
naukowca, polityka, ale przede wszystkim do Polski, którą współtworzył, a za
której ułomności i przegrane nader często się Go obwinia.
Urodził się 1 grudnia 1867 roku w
Mierzanowie w dzisiejszym województwie mazowieckim. Miał szóstkę rodzeństwa.
Po skończeniu gimnazjum (najpierw w Skierbieszowie, potem w Zamościu) oraz tzw.
szkoły realnej w Warszawie studiował chemię na uniwersytecie w Rydze, który
ukończył w 1891 roku. W 1892 poślubił Michalinę Czyżewską. Początkowo
związany światopoglądowo z ruchem narodowym zwrócił się jednak w stronę organizacji
socjalistów i był współpracownikiem II Proletariatu uczestnicząc nawet w
przygotowaniach do (niezrealizowanego) zamachu na generał-gubernatora Warszawy.
Wobec groźby aresztowania wyjechał wraz z żoną do Londynu, gdzie kontynuował
studia, ale także imał się prostych, aczkolwiek dość oryginalnych zajęć w
rodzaju… produkcji kefiru, pomocy w zakładzie fryzjerskim czy też rzeźbienia w
drewnie albo inkrustowania. W latach 93 - 99 pięciokrotnie został ojcem
(pierwsze dziecko – córka - zmarło krótko po urodzeniu).
W 1897 roku przeniósł się do Szwajcarii i tam kontynuował karierę
naukową miedzy innymi studiując uzupełniająco w Fryburgu fizykę i matematykę, a
później także współpracując przy tworzeniu i rozwoju fabryki kwasu azotowego w
spółce Société de l’Acide Nitrique wykorzystującej zresztą autorską metodę Mościckiego.
Wynalazł i opatentował nowe
modele kondensatorów, z których zysk (prawa patentowe) przekazał jednak jako
rekompensatę radzie nadzorczej wspomnianej fabryki, gdy okazało się, że w
Norwegii wynaleziono tańszy sposób produkcji kwasu niż ten, który miano wdrażać
według jego pomysłu.
Wreszcie zatrudnił się w Société
Générale des Condensateurs Electriques gdzie zaprojektował wiele modeli
kondensatorów i bezpieczników, które były później przez lata jeszcze stosowane
masowo w całej Europie, a następnie powrócił po negocjacjach do firmy z której
wcześniej odszedł i tam kontynuował prace nad pozyskiwaniem azotu z atmosfery.
W 1912 roku przyjął zaproszenie
Politechniki Lwowskiej i wrócił do Polski, gdzie został mianowany profesorem
zwyczajnym technologii chemii nieorganicznej i elektrochemii technicznej. W tym
samym roku nadano mu tytuł doktora honoris causa. Zajmował się projektowaniem
aparatury chemicznej, pracował nad metodami otrzymywania kwasu azotowego, cyjanków,
produktów naftowych. Efektem tych prac były kolejne patenty.
czwartek, 13 grudnia 2012
Muanta wie co robi!
Wczoraj wieczorem skierowałem do Biura Obsługi Klienta sieci handlowej "Biedronka" zapytanie, a raczej sugestię, której potrzebę wyartykułowania odczuwałem od wielu miesięcy. Oto ona.
"Autoantyreklama"
----------------------------------
Szanowni Państwo!
Jeżeli naprawdę troska o pracownika jest dla Waszej sieci tak ważna, to proszę zdejmijcie z Waszych kasjerek przymus mówienia przez całą zmianę każdemu klientowi “Dzień dobry, dać jednorazówkę?” oraz “Do widzenia, zapraszamy ponownie!”. Jest to żenujące robienie z żywych ludzi maskotek firmy i absolutnie nie działa na Państwa korzyść w sensie wizerunkowym, a raczej potwierdza wiadome stereotypy sprzed kilku lat. Jakąś łagodniejszą, aczkolwiek również niesmaczną formą tego samego są plakietki z imieniem pracownika i tekstem (o ile pamiętam) “”W czym mogę pomóc?”
Czy plakietka w rodzaju “Jan Kowalski – kasjer” nie wystarczyłaby?
Czy jest możliwe aby klient nie poprosił sam o torebkę jeżeli jej potrzebuje?
Gdy tylko zdarza mi się robić zakupy w Biedronce, oglądać owe plakietki i słuchać zmęczonego wielogodzinnym mechanicznym powtarzaniem “dać jednorazówkę?” odczuwam smutek i szczere współczucie wobec Państwa pracowników.
Pewien jestem, że nie o taki oddźwięk Waszej firmie chodziło.
Będę wdzięczny za ustosunkowanie się do mojego listu.
Pozostaję z poważaniem
[tu w oryginale moje dane - dop. Portiera]
Katowice
----------------------------------
Szanowni Państwo!
Jeżeli naprawdę troska o pracownika jest dla Waszej sieci tak ważna, to proszę zdejmijcie z Waszych kasjerek przymus mówienia przez całą zmianę każdemu klientowi “Dzień dobry, dać jednorazówkę?” oraz “Do widzenia, zapraszamy ponownie!”. Jest to żenujące robienie z żywych ludzi maskotek firmy i absolutnie nie działa na Państwa korzyść w sensie wizerunkowym, a raczej potwierdza wiadome stereotypy sprzed kilku lat. Jakąś łagodniejszą, aczkolwiek również niesmaczną formą tego samego są plakietki z imieniem pracownika i tekstem (o ile pamiętam) “”W czym mogę pomóc?”
Czy plakietka w rodzaju “Jan Kowalski – kasjer” nie wystarczyłaby?
Czy jest możliwe aby klient nie poprosił sam o torebkę jeżeli jej potrzebuje?
Gdy tylko zdarza mi się robić zakupy w Biedronce, oglądać owe plakietki i słuchać zmęczonego wielogodzinnym mechanicznym powtarzaniem “dać jednorazówkę?” odczuwam smutek i szczere współczucie wobec Państwa pracowników.
Pewien jestem, że nie o taki oddźwięk Waszej firmie chodziło.
Będę wdzięczny za ustosunkowanie się do mojego listu.
Pozostaję z poważaniem
[tu w oryginale moje dane - dop. Portiera]
Katowice
Dziś przed południem otrzymałem odpowiedź. Po pierwsze anonimową, a po drugie... no dobrze, przeczytajmy a potem ocenimy.
Szanowny Panie:
W imieniu Dyrekcji firmy Jeronimo Martins Polska S.A. pragniemy podziękować za kontakt z Biurem Obsługi Klienta sieci sklepów Biedronka. Obowiązkiem personelu Jeronimo Martins Polska S.A. jest zapewnienie naszym Klientom odpowiednich warunków do dokonywania szybkich i bezproblemowych zakupów w miłej atmosferze. W odpowiedzi na zgłoszenie dziękujemy za przekazane uwagi dotyczące oferowania produktów przez personel sklepu podczas obsługi Klientów przy kasie fiskalnej. Zostały one przekazane osobom odpowiedzialnym z ramienia Spółki za kreowanie i implementację procedur operacyjnych. Jeszcze raz bardzo dziękujemy za kontakt z Biurem Obsługi Klienta.
W imieniu Dyrekcji firmy Jeronimo Martins Polska S.A. pragniemy podziękować za kontakt z Biurem Obsługi Klienta sieci sklepów Biedronka. Obowiązkiem personelu Jeronimo Martins Polska S.A. jest zapewnienie naszym Klientom odpowiednich warunków do dokonywania szybkich i bezproblemowych zakupów w miłej atmosferze. W odpowiedzi na zgłoszenie dziękujemy za przekazane uwagi dotyczące oferowania produktów przez personel sklepu podczas obsługi Klientów przy kasie fiskalnej. Zostały one przekazane osobom odpowiedzialnym z ramienia Spółki za kreowanie i implementację procedur operacyjnych. Jeszcze raz bardzo dziękujemy za kontakt z Biurem Obsługi Klienta.
-
Z poważaniem
Biuro Obsługi Klienta
---
Z poważaniem
Biuro Obsługi Klienta
---
Trudno mi jakkolwiek skomentować tak sztampowy list, bowiem już to, że otrzymałem go w dziesięć minut po informacji o przyjęciu zgłoszenia nie nastraja optymistycznie, ale założmy, że rzeczywiście ktoś nazywający swoją pracę "implementacją procedur operacyjnych" moje słowa przeczyta.
Ciekaw jestem czy zauważy ich sedno, którym bynajmniej nie jest to, czy kasjer oferuje mi lub nie jakiś towar, a tylko i wyłącznie odczucie, że sprowadzenie pracownika do roli de facto małpki kataryniarza jest czymś zwyczajnie przygnębiającym...
===
* - Tytuł posta zaczerpnąłem oczywiście z powieści Macieja Wojtyszki pt. "Synteza".
Muanta to fikcyjny polityk z XX wieku przypadkowo odhibernowany w przyszłości i dążący do panowania nad światem, zaś hasło użyte przeze mnie w tytule wyrażało w tej książce bezgraniczną akceptację woli dyktatora przez sterroryzowanych i oszołomionych specjalnym specyfikiem poddanych . To tak w skrócie i nie na temat ;))
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.





