Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


wtorek, 23 kwietnia 2013

Trailer

Autoreklama z duuużym przymrużeniem oka.


poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Towarzystwo Unikania Robót

Czy ktoś pamięta jeszcze powiedzonko „robota musi się rodzić”? Ja prawie o nim zapomniałem, a przypomniał mi kolega, który wciąż stosuje ową maksymę na co dzień i nieźle mu się z tym wiedzie. (Nie, nie ma do nich przyjęć, też pytałem.)
 
Już pierwsze skojarzenie ze wspomnianą sentencją sprawiło, że parsknąłem śmiechem. Jeszcze minutę wcześniej nawet nie pamiętałem, że coś takiego w ogóle mi się przytrafiło, a tu nagle  pootwierało się w mojej głowie kilka przykurzonych szufladek i właśnie tym co w nich znalazłem postanowiłem się dziś z Wami podzielić. Od razu jednak zaznaczę, że anegdotki te będą nieco odbiegały od wyżej wspomnianego hasła kierując się bardziej w stronę obijactwa sensu stricto niż nieporównanie ambitniejszego „wymyślania sobie roboty”.


LEMONIADOWY JOE
 
Nie całkiem w zgodzie z porządkiem chronologicznym pozwolę sobie zacząć właśnie od przygody która tak mnie po latach rozśmieszyła.
Było to dawno, dawno temu, kiedy zaczynałem dopiero swoją pierwszą w życiu pracę. Zaczynałem jak wszyscy chyba wtedy fizyczni od… ganiania do sklepu. Pytanio stwierdzenie „No, kto tu jest najmłodszy?” wyjaśniało wszelkie wątpliwości.
 
Znał więc człowiek siłą rzeczy wszystkie dziury w płocie, tajne przejścia, sposoby na strażników (czyli ówczesnych ochroniarzy) i w przeciwieństwie do wiedzy fachowej w tym akurat mógł zdawać egzamin nawet w środku nocy. Ale wszystko do czasu. Któryś z moich kolegów pragnący jednocześnie mieć pełny stan brygady i pełny stan baku zaproponował mi abym dosyć długie do tej pory spacery do sklepu (a wydłużane przeze mnie oczywiście celowo) skrócił radykalnie wnosząc napitki przez… główną bramę naszej kopalni. Jak? Ano zwyczajnie – w butelce po półtoralitrowej oranżadzie. Dobrano mi nawet odpowiedni smak – brzoskwiniowy, którego kolor mógł mieć w powszechnym mniemaniu dosyć szerokie spektrum odcieni.

I faktycznie, zadziałało! Wchodziłem z butelką w ręce tuż przed nosem wartowników a nikt nawet przez moment nie pomyślał, że różowy płyn wewnątrz NIE JEST napojem gazowanym. 

Operacja cała wyglądała tak. Kupowałem dwa famfaramfam (czyli wina marki wino) i przelewałem je za budką trafo :) do przyniesionej w ukryciu za koszulą butelki po oranżadzie. Dwa razy 0,75 = 1,5 litra. Rachunek był prosty. Potem już tylko szkło do kubła, „napój” w rękę i fru! I pewnie proceder cały trwałby miesiącami gdyby nie pechowy przypadek.

Wszystko miałem opanowane. No wszyściuchno. Sklep, sprzedawczynie, ceny, trasę, minę, nóż do korków i nawet mini lejek (sic!), ale niestety nie odpowiedź na pytanie: No i co? wypowiedziane przez naszego majstra DOKŁADNIE W CHWILI, gdy zaczynałem przelewać jedno w drugie!
 
Skubany wracając skądś zobaczył mnie maszerującego ze sklepu wprost za osiedlową rozdzielnię i cóż... po prostu podążył na paluszkach za mną...

Dziś mnie to wszystko śmieszy, ale wtedy dla siedemnastolatka był to stres wręcz kosmiczny. Pierwsze tygodnie pracy i taka wpadka! Wina oczywiście musiałem oddać (Dokładnie jedno, a to drugie, już otwarte - wylać) i na długie miesiące stałem się dla reszty oddziału „Lemoniadowym Joe”. Na szczęście, jako że czasy były jednak nieco inne niż obecnie, żadnych konsekwencji nie poniosłem.


DZIEŃ ŚWISTAKA
 
Przykładem wcześniejszym, jeszcze z zawodówki niech będzie inna historia. Podczas trwającego w przyszkolnym internacie remontu wywoziłem wraz z kolegą gruz z przekuć na drzwi i okna. Nie da się ukryć, że jazda zdezelowaną taczką po ciemnych korytarzach pełnych różnych nieprzewidywalnych przeszkód za każdym razem trochę trwała. Przy którymś z kolejnych pomieszczeń uświadomiliśmy sobie, że nie damy rady skończyć zadania w ramach (jak nam to nakazano) jednej dniówki.
-Syp tam! – mój towarzysz prawie przewrócił mnie wraz z ładunkiem ciągnąc taczkę do sali obok.
-Opieprzą nas!
-Chcesz tu siedzieć do trzeciej?
-No nie…
 

sobota, 30 marca 2013

First minute

W oczekiwaniu na wiosnę i powrót na turystyczne szlaki Beskidów zapraszam do wirtualnej podróży pociągiem Kolei Śląskich z Gliwic przez Katowice do Wisły Głębce. Proszę wsiadać, drzwi zamykać! Oto i nasz ELF gotowy do drogi!


 

 Uwaga! Podróż odbywa się w czasie rzeczywistym i trwa dwie i pół godziny ;))

środa, 20 marca 2013

Moje dziesięć lat z komputerem

Lada moment minie dziesięć lat odkąd po raz pierwszy uruchomiłem komputer. Własny komputer. Wprawdzie nie przez siebie zbudowany, ale za to przez siebie za ciężko pożyczone pieniądze kupiony. Jedyny w moim życiu fabrycznie nowy należałoby tu nie bez pewnego skrępowania dodać.
 
Nie zapomnę chwili, gdy przewracając się o rozłożone na podłodze kartony i torby połączyłem wreszcie wszystkie kabelki i nacisnąłem POWER modląc się w duchu o brak jakiejś przypadkowej eksplozji. Nie wiedziałem jeszcze wtedy o "maszynach matematycznych" zbyt wiele...
 
Zanim jednak nadszedł TEN wieczór było kilka innych. Dni, nocy, popołudni i ranków. Naprawdę pierwszym komputerem, z którym wszedłem w kontakt (proszę się nie śmiać!) był poczciwy jak stara Mućka Pentium 100 MHz. Zdaje się, że miało toto jakieś 64 MB ramu i Windows 98 na pokładzie. Na uruchomienie na tym potworze najprostszego programu czekało się tyle, że można było zasnąć z nudów.
Ale właśnie przed czymś takim zasiadłem któregoś dnia z duszą na ramieniu i prowadzony telefonicznie przez znajomą („Widzisz taki duży guzik na tej skrzyni pod biurkiem?”) odpaliłem co trzeba.
„Przeczekaj to czarne, a jak się pokaże pulpit, to tam w rogu będzie taka ikonka, no znaczek taki, z dużym Wu”
Przeczekałem, znalazłem ikonkę, z niemałym trudem naprowadziłem kursor gdzie trzeba i kliknąłem. Nic. „Musisz dwa razy, szybko” Aha. No to dwa razy. Klik, klik.
Tadam!
 
Ten pierwszy obrazek, jaki mam w głowie jest więc pustą „kartką” Worda – mojego do dziś ulubionego programu. Od niego zacząłem. Coś tam popisałem, skasowałem, zamknąłem. Z klawiaturą jakoś sobie radziłem, bo od dwóch lat całkiem nieźle pisałem na maszynie. Ale nikt, nikt mi nie powiedział o istnieniu w Windows funkcji „polski 214” przez co długo jeszcze wściekałem się na złośliwca, który „przestawił” klawisze „z” i „y”.
 

niedziela, 10 marca 2013

Na wyspach czasu


Podróże w czasie to bardzo poważna sprawa. Najczęściej myślimy o nich wtedy, gdy chcielibyśmy naprawić nasze błędy, zmienić dawno zapadłe decyzje lub spotkać znów kogoś, kogo dziś z różnych powodów obok nas nie ma. Zapominamy jednak, że wracając możemy co najwyżej odegrać swoją rolę po raz drugi lub (co czasem jeszcze bardziej przygnębiające) tylko jej się przyjrzeć, ale niczego zmienić ani odwołać nie będziemy w stanie, bo wszystko to już się raz zdarzyło, a każde nasze dziś jest konsekwencją wczoraj.

Wiem coś o tym. Sporo podróżuję.

Wiosną 2011 roku prawie w transie spacerowałem po umarłej kopalni, moim niegdysiejszym miejscu pracy. Przypominałem sobie ludzi, rozmowy, wydarzenia, budynki. Na kilka godzin tamten świat wstał z grobu. Ale wstając nie przestał być martwy.

Nie spotkałem przecież nikogo, nikt nie powiedział słowa, którego kiedyś bym nie słyszał. Mogłem tylko zobaczyć to, co już raz się odegrało.

Byłem autentycznie załamany, gdy ochroniarze z psami wyprowadzali mnie do bramy. Wydawało mi się, że są tępi, nie rozumieją, nie chcą dać mi tych kilku minut abym w na poły zburzonym pawilonie swojego oddziału mógł dotknąć czasu, który odszedł. Późno, bardzo późno po tym zdarzeniu dotarło do mnie, że dla nich byłem po prostu mężczyzną pstrykającym zdjęcia ruin. Zupełnie jak w „Koszmarze z ulicy Wiązów”, co innego widziałem ja, co innego oni.

niedziela, 17 lutego 2013

Portier na You Tube

 
Zapraszam do odwiedzania kanału video
mojego bloga w serwisie You Tube.
 
 

 

poniedziałek, 11 lutego 2013

Czy trzeba wypowiadać umowę o wywóz śmieci?

Niedawno wpadła mi w ręce bezpłatna gazetka wydawana w jednym z miast Górnego Śląska z zamieszczoną tam informacją o konieczności składania z odpowiednim wyprzedzeniem wypowiedzeń umów firmom zajmującym się wywozem odpadów dla uniknięcia od lipca podwójnych opłat w związku z przejęciem tej usługi przez gminy. 
 
Zwróciłem się po jej przeczytaniu do największego chyba "operatora śmieciowego" w Katowicach - Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej z zapytaniem jak też w naszym mieście wyglądać będzie ta operacja, jaki jest okres wypowiedzenia, w jakiej formie należy je składać oraz przede wszystkim jak sprawić, by unikając zdublowania usługi nie zostać jednocześnie choćby na tydzień "sam na sam z kubłem".
 
Odpowiedź jaką dziś otrzymałem i zamieszczam poniżej dowodzi nie tylko szybkości i praktycznego podejścia samej firmy (bez tych wszystkich "z uwagą zapoznalismy się ble ble ble"), ale także, co o niebo ważniejsze, wzorowego wręcz rozwiązania problemu. Chapeau bas!
---
Dzień dobry,
w odpowiedzi na otrzymane zapytanie informuję, że na fakturze za I kwartał 2013 zostanie umieszczona informacja:
MPGK INFORMUJE, ŻE DOPISUJE SIĘ W §10 UMOWY PUNKT 2 O BRZMIENIU: „2. W ZWIĄZKU Z WEJŚCIEM W ŻYCIE USTAWY O UTRZYMANIU CZYSTOŚCI UMOWA ULEGNIE ROZWIĄZANIU W TERMINIE PRZEJĘCIA OBOWIĄZKÓW ZG.Z W/W USTAWĄ PRZEZ GMINĘ KATOWICE.”
Tym samym zwalnia to naszego klienta z konieczności wypowiadania wiążącej nas umowy i podwójnych opłat.

Z poważaniem
Teresa Manowska
Miejskie Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej Sp. z o.o. 
 
 =============
 
DODANE 9 MARCA 2013
 
 Dotyczy tylko mieszkańców Katowic!
 
Do trzydziestego pierwszego marca br. nalezy pobrać STĄD i złożyć osobiście lub przesłać listem poleconym na adres Urzędu Miasta Katowice wypełnioną deklarację wraz z kopią dotychczasowej umowy z przedsiębiorstwem wywozowym. Obowiązek ten spoczywa na właścielu posesji. W przypadku współwłasności i jednej umowy wystarczy złożenie powyższego dokumentu przez tylko jednego ze współwłaścieli. W razie osobnych umów - przez wszystkich.

piątek, 8 lutego 2013

Bibliografia

Nie pamiętam jaki tytuł nosiła pierwsza książka, którą przeczytałem, ale nie zapomnę za to nigdy, jaki był pierwszy wyraz.

Dżem.

Aha! Wiem, że dziwnie brzmi, ale to szczera prawda. Siedziałem sobie wieczorem w kuchni sącząc kakao („…kapela cięła walca na sześć” – Lady Pank) i wpatrywałem się w stojący na półeczce kredensu słoik.
-Dyy...
-Dyy…zyy…em. Dyzem… Dzem. DŻEM!
Mama mało nie upuściła talerzy.
-Umiesz czytać!
-Nie, ja tylko te literki tutaj… - na wszelki wypadek zacząłem się tłumaczyć.
-Umiesz czytać!!!

Naprawdę nie chciałem. Samo przyszło. Jak po maśle. Znaczy po dżemie.

W tamtych czasach czytania i pisania uczono „oficjalnie” dopiero w pierwszej klasie podstawówki, a że byłem ledwie zerówkowiczem to posiadłszy wspomnianą umiejętność z miejsca awansowałem w przedszkolu do swego rodzaju, nie bójmy się tego słowa, warstwy inteligenckiej (chciałoby sie napisać "i tak mi zostało", ale już sam mój nick wyraźnie temu zaprzecza).

Jako dzieciak początkowo czytałem głównie to, co czytać mi kazano. Puc, Bursztyn i goście, Nasza szkapa, Ferdynand Wspaniały, Chłopcy z Placu Broni, Łysek z pokładu Idy, W pustyni i w puszczy, i tak dalej i tym podobne.  Niektóre z tych książek miały klimat i działały na wyobraźnię (ileż łez wylałem po śmierci Nemeczka albo Piętaszka!), ale ogromna większość była dla mnie zwyczajnie nudna. Jak to ja zdecydowałem się więc pochodzić nieco własnymi drogami.

Pierwszą były tajemnicze kartony w naszej piwnicy. Do dziś nie wiem, dlaczego tyle książek moi rodzice akurat tam trzymali. Zapewne miało to jakiś związek z rozmiarami naszego mieszkania, ale niezależnie od przyczyn dodawało wygrzebywanym przeze mnie skarbom posmaku tajemnicy (oraz zapachu stęchlizny). Siadywałem sobie w każdym razie na skrzyni z ziemniakami i w czasie gdy mama robiła pranie wczytywałem się w różne historie. I potem tylko szło o to bym mógł coś zabrać na górę. Nie zawsze mogłem. Może to i lepiej, bo tam, pośród betonowych białych ścian, otoczony słoikami z kompotem (nie, dżemu nie było), rozmaitymi narzędziami, pudłami i rowerami traktowałem swoje lektury jakoś chyba bardziej magicznie. Proszę sobie wyobrazić na przykład podręcznik dla szkół pielęgniarskich z moim ulubionym (?) rozdziałem o wojnie jądrowej…
Jak urządzić piwnicę na wypadek ataku (kompoty i lekturę już miałem), jak przechowywać żywność itp. A najlepszym fragmentem był ten o konieczności umycia się w beczce po opadnięciu pyłu radioaktywnego.
Taaa… Już to widzę…
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.