sobota, 11 listopada 2023
Dzień Podległości
czwartek, 9 listopada 2023
Portier - Niemcy 1:0
sobota, 4 listopada 2023
Was ist das, was ist los?
Czytam ja sobie ostatnimi czasy książkę opisującą stosunek Republiki Federalnej Niemiec do granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej w czasach wczesnego PRL-u. Książka ciekawa, nie powiem, nawet, mimo roku wydania, nie skalana za bardzo komunizmem (były takie kwestie polityczne w których władza wiedziała, że nie musi czarować, żeby naród był po jej stronie) i generalnie dobrze napisana. Jest tam o prawie, o kartografii, o wydawnictwach wszelakich, zjazdach z darmowym wurstem, specyficznym słownictwie i wielu jeszcze innych aspektach problemu, w tym oczywiście o słynnych Związkach Wypędzonych. Kto żył w PRL-u, ten pamięta jak nas straszono ziomkostwami a zwłaszcza panami Hupką i Czają.
Co ciekawe, to już tak bardziej na marginesie, sam Herbert Czaja po 1990 roku bywał w Polsce i wspomagał swoją pracą władze województwa opolskiego, ale nie przeszkadzało mu to jeszcze kilka lat później twierdzić, że dałoby się to i owo do Niemiec przyłączyć, bo przecież Polakom pod niemieckimi rządami żyło się wiele lat zupełnie dobrze.
Brednie? No jasne że tak. W końcu w Polsce też są ludzie którzy słysząc o ataku Rosji Putina na Ukrainę zaczęli kalkulować odzyskanie Lwowa. Nie ma sensu się nad tym rozwodzić. Pomieszanie wspomnień z tęsknotami i z... pomieszaniem. Dopóki to prywatna sprawa jestem w stanie to zrozumieć.
A kiedy przestaje być prywatną?
Taki oto obrazek przywitał mnie na stronie (w wolnym tłumaczeniu) Śląskiej Drużyny, czyli regionalnego związku wypędzonych. Gdzieś już to widziałem...
Najpierw otworzyłem Mapy Google, ale pewności nie miałem, potem poszukałem artykułów na portalach turystycznych i wszystko stało się jasne. Wiadukt w Łabajowie. Wisła. Versteht ihr, Genossen? Wisła, eine alte deutsche Stadt im alten Deutsch-Schlesien.
No i teraz mam problem, bo chciałbym kulturalnie. Ale jak? Mimo wszystko spróbujmy.
Osobną kwestią jest samo zdjęcie, po odnalezieniu na innych stronach raz określane jako "wolne", a innym razem mające konkretnego autora i stronę macierzystą (Marcin Baranowski - Mosquidron), tu jednak jedno drugiego nie wyklucza, choć postanowiłem powiadomić autora o tym kto i gdzie jego fotografię wykorzystuje. Sprawa jest jednak dużo poważniejsza.
Jeżeli nawet przyjmiemy, że strona takiej organizacji jak "Drużyna Śląska" zajmuje się tylko pielęgnowaniem wspomnień, osobna rzecz, czyich, bo urodzeni z końcem wojny mają dziś po 80 lat, ale ok., to pozostaje jeszcze kwestia dobrego smaku oraz znajomości historii.
Wiadukt postawili Polacy około roku 1933 w trakcie budowy linii kolejowej do Zwardonia przez Istebną, gdy w tym samym czasie Niemcy zajmowali się budowaniem zupełnie, ale to zupełnie innych obiektów. Nie można nawet powiedzieć, że dołożyli jakąś swoją cegiełkę, bo stało się wręcz przeciwnie, zniszczyli w czasie okupacji tablice pamiątkowe opisujące TYLKO kto i kiedy wiadukt zaprojektował i wybudował.
Krótko i węzłowato. Guzik mają panie i panowie "wypędzeni" do wiaduktu, który ich rodacy zdewastowali i którym także z winy ich rodaków oraz pewnego austriackiego kloszarda nie prowadzi dziś linia kolejowa do Zwardonia a tylko kilkaset metrów dalej, do Głębiec. Guzik, powiadam!
***
O zdjęciu poinformowałem autora oraz osobno złożyłem zapytanie niemieckiemu stowarzyszeniu Die Landsmannschaft Schlesien.
niedziela, 17 września 2023
Człowiek który zrobił o jeden krok za mało
Nie jestem już dziś pewien, kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy, ale na pewno miał wtedy na sobie tę świetnie skrojoną sztruksową, granatową marynarkę, której potem przez długie lata tak mu zazdrościłem i która już na zawsze będzie mi się z nim kojarzyć. Wsiadał po południu do autobusu którym wracałem z zawodówki o kilka przystanków później niż ja, mimo, że był zatrudniony w tej samej firmie. W porannym nie widziałem go nigdy. Przyglądałem mu się z zainteresowaniem, zastanawiałem się kim jest. Niewątpliwie przystojny, wysoki, szczupły, zawsze gładko uczesany. Jakoś odróżniał się od innych pasażerów. No i przecież kto wtedy na co dzień nosił marynarki?
Powiedzmy, że ma na imię Andrzej, choć i czytający te słowa i ja wiemy że jest inaczej. Ale to nie ma znaczenia.
Po trzech latach przyjąłem się do pracy, przyjąłem, a właściwie jakby przeniosłem, bo nasza szkoła była od początku częścią zakładu. Traf chciał że wylądowałem w dziale w którym mój autobusowy znajomy pracował. Poznaliśmy się. Z czasem staliśmy się dobrymi kumplami.
Andrzej był świadkiem moich porażek i sukcesów, spięć z kierownikiem i wygranych z dyrektorem, widział jak uczę się zawodu i widział jak popełniam błędy. Przez kilka lat widywaliśmy się codziennie, czasem kłócili, czasem pili wódkę, jak to w pracy. Obrazek, jaki wyniosłem ze szkoły, prawie filmowego amanta szybko okazał się złudzeniem. Mój kolega miał spaprane małżeństwo, był alkoholikiem a i w pracy ledwo, ledwo, utrzymywał się na granicy pomiędzy pomocnikiem a fachowcem, cudem chyba tylko po stronie fachowca...
Mam przed oczami kilka wspomnień. Pierwsze nie wiedzieć czemu nasuwa mi się to, kiedy leży jęcząc z bólu w magazynie pełnym worków wapna i czeka na przyjazd pogotowia chwilę po tym jak spróbował podnieść więcej niż pozostali, inny to kolejne awantury z majstrem i nagany za alkohol, jeszcze inny to jego najlepszy kolega chwalący się tuż obok pijanego w sztok Andrzeja jak to dzień wcześniej "ta jego siedziała mi na kolanach i jakbym tylko chciał, to ten by nawet nie wiedział..."
Wypadek na delegacji, jedno, potem kolejne chorobowe, podejrzenie o kradzież, cudem wyprostowana bumelka, kłótnie, skargi, wódka, wódka, wódka...
Jeden z ostatnich obrazków to Andrzej podnoszący kieliszek już dwiema dłońmi a i tak rozlewający połowę na stół i wreszcie ostatni dzień - zwolnienie. Kto nie żył w PRL-u albo krótko po nim, ten nie wie jak abstrakcyjnym było wylecieć dyscyplinarnie z państwowej firmy. Andrzej wyleciał. Pewnego dnia po prostu zabrał swoje rzeczy, podał mi rękę i potem wyszedł bez słowa.
I znów widywałem go tylko z autobusu. Siedział w swojej sztruksowej marynarce czasem z żoną, czasem sam i sprzedawał jakieś drobiazgi na osiedlowym targowisku. Gdy się patrzyło na zawartość jego walizki widać było, że choćby sprzedał wszystko i tak nie zarobiłby więcej niż na średni obiad w barze... Potem już tylko pomagał innym handlarzom nosząc im torby, ustawiając stoiska albo sprzątając. Częściej pijany niż trzeźwy.
Po latach rozmawiałem z kimś kto także z nami pracował. Usłyszałem, że Andrzeja eksmitowali, że żona odeszła, że trafił do jakiegoś ośrodka, nie wiem już dziś, czy na leczenie czy tylko na przetrwanie.
Spotkałem go w zupełnie innej dzielnicy naszego miasta ponad trzydzieści lat później. Na pierwszy rzut oka się nie zmienił. Tak samo szczupły, choć nigdy nie chudy, ta sama, nie nadszarpnięta czasem fryzura, z pozoru identyczny z tym człowiekiem z którym murowałem, betonowałem albo transportowałem szkło dawno dawno temu. Tylko z pozoru.
Zapadnięte oczy, pożółkła cera, braki w uzębieniu. Drżące teraz już non stop dłonie. Tak jak kiedyś w latach osiemdziesiątych widzę go czasem z okna autobusu. Oczywiście mnie nie poznaje, choć kilka razy minęliśmy się oko w oko. Nikogo już nie poznaje. Żyje w innym świecie. A może w ogóle już nie żyje. Po prostu jest.
Czasem w objęciach z podobną mu niemłodą kobietą, czasem sam, kiedyś z podbitym okiem i przestawionym nosem, innego dnia kiwający się bezsensownie na przystankowej ławeczce. Nie ma już tej fascynującej mnie granatowej marynarki ani torby przewieszonej przez ramię. Ma reklamówkę do której zbiera pety ze śmietniczek. Z pozoru kloszard, ale zawsze spokojny, ba! nawet czasem szarmancki dla kobiet. Z pozoru z czymś na kształt uśmiechu, w rzeczywistości uczestniczący w codzienności tylko na tyle, aby od rana dotrwać do zmroku.
Człowiek, który w końcówce komuny nie zrobił tego jednego kroku by ugruntować swoją fachowość, która dałaby mu jakąś gwarancję przetrwania, człowiek który gdy był "wczorajszy", a bywał często, bez oporów zamieniał kielnię i packę na taczkę i łopatę dając się ustawiać byle komu. Kto "nie zniżył się" do tego by poprosić o darowanie win, gdy decydowano o jego dyscyplinarce. Kto jakby spadając w przepaść wciąż głębiej i głębiej po prostu się rozglądał nie decydując się nawet na krzyk. Może z niewiary, że to coś zmieni?
Stracił pracę, stabilizację, pieniądze, żonę, mieszkanie, okruszki normalności. W zasadzie wszystko. Jak na ironię jego ciało i twarz zmieniły się przez te dziesięciolecia najmniej. Gdyby dziś ubrał tę swoją granatową marynarkę z grubego sztruksu, w przeciwieństwie do wszystkich moich kolegów z tamtych czasów i do mnie samego wyglądałby identycznie jak kiedyś.
Życie jest jak ten autobus, do którego niegdyś wsiadł znikąd, przejechał kilka przystanków i z którego później uciekł przed kontrolą, chociaż nikt tak naprawdę go nie gonił a może nawet nie miał zamiaru kontrolować.
Nie wie, nie pamięta, nie poznaje. Znów siedzi na ławeczce, tak samo jak wtedy, gdy w 1988 roku zobaczyłem go po raz pierwszy. Oczywiście że jest dla mnie jak wyrzut sumienia. Ale czy tylko dla mnie? Nigdy się tego nie dowiemy, bo Andrzej nie zamierza już wsiadać do żadnego autobusu.
Nadchodzi mrok.
czwartek, 31 sierpnia 2023
Sztuczna Inteligencja, czyli Prawdziwa Głupota
W ciągu ostatnich powiedzmy dwóch lat tak zwana Sztuczna Inteligencja weszła w nasze życie na skalę wręcz niewyobrażalną. Jest prawie wszędzie tam, gdzie stykają się człowiek i oprogramowanie. Jako narzędzie sprawdza się doskonale. Dzięki niej możemy oglądać filmy z VHS-ów podrasowane do Full HD a nagrania z "mindefałek" (mini DV - pierwszy powszechny system cyfrowego zapisu filmów) zaprgrejdowane do 4K. Wyostrza i wzbogaca zdjęcia, koryguje kolory, odszumia i poprawia dźwięk. Zapewne ma też inne zastosowania. Nadal jednak zyskujemy tylko, jeżeli jest naszym narzędziem, a gdy usiłujemy ustawić ją w roli czegoś więcej...
Tak mi się teraz skojarzyło. Nowocześni i bardzo nowocześni śmieją się do rozpuku z ludzi, którzy z jakiejś plamy na ścianie czy zarysu na drzewie robią sobie w głowach obraz Chrystusa albo Maryi i zaczynają się doń modlić. Niejednokrotnie jednak ci właśnie w tak bezkompromisowy sposób postępowi chwilę później również "modlą się" do iluś literek kodu programu, czyli właśnie Sztucznej Inteligencji. Dla nich to już nie narzędzie, ale prawie osobowość, drogowskaz, wyrocznia.
Dla mnie to nawet gorsze zacofanie niż dziadek z babcią klękający przed plamą na murze.
Na You Tube posłuchać już możemy Freddyego Mercurego śpiewającego "Final Coundown" zespołu Europe albo Michaela Jacksona wykonującego hity Celine Dion. I ludzie tego słuchają. Naprawdę słuchają. Klikają, komentują, przeżywają. Dekadę temu nazywali Autotune zabijaniem muzyki, dziś chylą czoła przed szambem, jakim jest sztuczne generowanie głosu nieżyjącego wokalisty, który nigdy jakiegoś utworu nie śpiewał, albo nigdy nie chciałby go zaśpiewać. Ale przecież to takie futurystyczne, takie nowe, takie wspaniałe!
PG wchodzi w nasze życie nachalnie, pcha się do wyszukiwarek internetowych, proponuje nie tylko szukanie czegoś, ale wręcz myślenie za nas i udaje, głupio, bo inaczej nie potrafi, że jest mądra.
Google wprowadziło właśnie Barda, Prawdziwą Głupotę mającą być pomocą dla tzw. Przewodników Googla, czyli po prostu ludzi takich jak ja, dodających czasami do Map swoje zdjęcia czy recenzje. Bard jest szybki, miły i potrafi pisać/mówić jak człowiek. Problemem jest to, że nie potrafi myśleć, bo jest tylko zbiorem komend na łączenie w całość różnych wyszukiwań w Internecie.
Zadałem oto Bardowi proste pytanie. Jakie poleca łatwe szlaki turystyczne dla seniorów w Beskidzie Śląskim?
Prawdziwa Głupota zaproponowała mi między innymi trasę z Ustronia Polany na Skrzyczne. Zaciekawiło mnie to, ponieważ stanowczo nie uznałbym niczego ze Skrzycznem w składzie za łatwe, no chyba że od kolejki do kolejki, ale żeby z Ustronia?
Bard nie widzi problemu. Trasa jest łatwa, ponieważ ma trzy kilometry (sic!), sześćset siedemdziesiąt metrów przewyższenia (to nie jest mało, zaręczam) i trwa półtorej godziny. Zaczyna się w Ustroniu Polanie szlakiem zielonym, a kończy na Skrzycznem obok schroniska. Najpierw prowadzi przez las, a potem przez polany (o maj gat!).
Co Państwo na to? Tylko maszerować. Oczywiście lasy i polany spoko, ale informacje od Barda trzeba zweryfikować, bo w górach żartów nie ma.
Weryfikujemy:
Trasa ma w rzeczywistości 22,5 km, suma przewyższeń to 1510 metrów, a czas przejścia ponad 8 godzin. Założenie było tylko takie, żeby początek był w Ustroniu Polanie, koniec na Skrzycznem a pierwszy odcinek zielony. Jak papiery Barda...
"Jesteś idiotą, Bard. Nawet kalkulator ma więcej inteligencji niż ty" - napisałem mu w okienku.
Oczywiście jak twierdzą uczeni oraz doświadczenie gatunku ludzkiego, Bard będzie ewoluował i jest szansa, że kiedyś zrozumie, że go obraziłem, a także postanowi się zemścić, ale jakoś się tego nie obawiam. Do tego czasu bowiem zostanę już dawno przekonwertowany na torf.
Enter. W imię Ojca i Syna.
Mojżesz teraz bezpiecznie wyłączyć komputer :)
czwartek, 24 sierpnia 2023
Obecny
Od skrajności w skrajność przez lata dzieciństwa i dorastania raczej nieśmiały dojrzałem około lat trzydziestu do asertywności i przekonania, że dopóki żyję, dopóty żyć mają prawo moje racje. Nie jestem dziś w stanie określić żadnego konkretnego zdarzenia, które by to sprawiło, ale jednak jako jedno z pewniejszych przychodzi mi na myśl dość specyficzne, kiedy to wepchnąłem się jako pierwszy do konduktu pogrzebowego mojego ojca. Zdaję sobie sprawę jak to brzmi, ale sugerowałbym patrzeć na ów dzień w rozumieniu bardziej emocji i symboliki niźli tylko gołego faktu.
Do tego dnia byłem synem, byłem może i dzieckiem gdyby mówić tylko o prawie, potrzebie i możliwości wyrażania swojego ja wobec rodziny i jej znajomych. Ta śmierć była przełomem. Dopóki załatwiałem, pisałem, dzwoniłem, rozmawiałem, wszystko trwało jak wcześniej, ale gdy zakończyła się msza a przed kościołem zaczął formować się kondukt, coś się zmieniło. Zobaczyłem ciocie i wujków, kuzynów i przyjaciół, sąsiadów i kolegów niezdarnie nieco przepychających się na wedle własnego uznania należne im miejsca. Za trumną stała siostra ojca i jej córka. To poza mną były najbliższe osoby. Przez chwilę patrzyłem jeszcze jak dziecko i nagle uświadomiłem sobie, że wśród żywych to ja jestem tu najważniejszy. Prawie wepchnąłem się jako pierwszy a szmer za plecami uświadomił mi, że niektórzy do tego momentu nawet nie wiedzieli kim jestem.
Jestem.
Już dawno nie młody, ale chyba jeszcze przez jakiś czas nie stary, jeszcze „umiący w Internety”, ale też pamiętający, że „22 lipca, dawniej E. Wedel”. Jeszcze ktoś, zanim pewnie kiedyś coś.
Bronię się przed byciem januszem, przed krytykowaniem nowego i wychwalaniem starego, przed uznawaniem siebie i swoich czasów za niedościgły wzór, w jakimkolwiek tego słowa znaczeniu. Staram się jeszcze (to słowo z racji upływu lat muszę tu dodawać) bardziej uczestniczyć niż tylko obserwować, rozumieć, nawet jeżeli nie akceptować i starać się mieć równie trzeźwe spojrzenie na przedwczoraj jak i na pojutrze.
Byłem już kiedyś w takiej sytuacji jakby na próbę. W pracy trafiłem do grupy w której mój wiek plasował mnie idealnie pomiędzy najstarszymi a najmłodszymi. Wysłuchiwałem żalów i jednych i drugich, tłumaczyłem i jednym i drugim. Potem dopiero dotarło do mnie, że nie tylko tłumaczyłem w znaczeniu wyjaśniałem, ale w tym dosłownym, czyli „przekładałem”, także. Dałem radę.
To było dekadę temu.
Nie krytykować i nie ustawiać, zwłaszcza podług siebie, młodych, ale nie skreślać i nie lekceważyć starszych. Czerpać, łączyć, budować. Z doświadczeniem, jako fundamentem, ale z otwartością umysłu, jako gmachem.
Starość nie oznacza, jak się to młodszym wydaje „nie rozumiem”, a nawet jeśli, to jest to etap drugi. Pierwszym i sporej mierze pochodzącym z własnego wyboru zawsze jest „nie chcę”.
A zatem "jestem", rozumiem, jako "uczestniczę". I tu sprawa z lekka zmienia swój kształt, bowiem z „uczestniczę” nie sposób nie wyjść na „(współ)tworzę”.
Praca, mała firma, circa dwadzieścia osób. Właścicielka, złodziejka i oszustka łamie prawo pracy, prawo podatkowe, łamie wreszcie ludzką godność. Nikt nie ma ochoty tego nazwać po imieniu. Dostając okruchy zamiast okruszków zapomina się, że miało się prawo do pełnej kromki, czyż nie?
Znów sam, jak kiedyś w firmie ochroniarskiej, „prostuję świat”. Inspekcja Pracy, Kontrola Skarbowa, zdjęcia, zeznania, przykłady. Tak jak tam, nikt nie ma ochoty stanąć do walki, mimo, że każdy wie jak jest okradany.
A drobiazgi? Tyle ich każdego dnia. Złośliwy kurier doręczający uszkodzoną paczkę tak, żeby uszkodzenia nie było widać, przedsiębiorca który obraża się i znika gdy za uzgodnioną już pod każdym względem usługę oczekuje się od niego legalnej faktury, złodziej, który mający do czegoś dostęp na przykład w pracy, przekłada to prawo dostępu na prawo dysponowania, oszust sprzedający nam coś, co opisał jako sprawne i nowe a co nowym ani sprawnym nie jest, opryskliwa sprzedawczyni i opryskujący nas samochód… Wszystkiego po trochu.
Jestem.
Małe i duże wyzwania. Już nie mam czasu, by je odkładać, już nie ma sensu, by je omijać. Już nie można się bać. Trzeba być. Albo nie być.
To mój wybór, już pewnie ostatni w życiu jaki mam PRZED sobą.
Jestem.
Dawno nie młody, ale chyba jeszcze przez jakiś czas nie stary. Jestem by nie skłócać, ale spróbować złączyć, jestem by nie pouczać, ale budować pomost zrozumienia, by mieć własne zdanie, ale bronić cudzego, nawet jeżeli jest niezgodne z moim, ale także powinno zaistnieć. Jestem by mówić o złodzieju per złodziej a o bohaterze per bohater.
Jestem to znaczy JESTEM.
Życie ciągle jeszcze trwa.
niedziela, 23 lipca 2023
Dwaj zimni dranie i ocieplanie
Co łączy kładzenie styropianu z wciskaniem kitu? Już tłumaczę.
Jesienią piękną Roku Pańskiego dwa tysiące dwudziestego drugiego postanowiłem ocieplić sobie dom. Wstępnie zorientowałem się na czym rzecz polega, ile może kosztować, na ile lat zmieni moją dietę i po głębokim namyśle postanowiłem spróbować. Jako że w Internecie niestety odchodzi się od firmowych stron www na rzecz Facebooka lub tylko wpisów we wszelakich katalogach przedsiębiorców sprawa znalezienia potencjalnego wykonawcy łatwa nie była, ale z pomocą serwisu o nazwie Fixly po kilku dniach się udało. Pewnego popołudnia przed moimi drzwiami pojawiło się dwóch panów na których pierwszy widok nadzwyczaj szybko przeanalizowałem sobie w myślach czy aby nie jestem komuś winny jakichś pieniędzy, ale jako że nie znam nikogo kto byłby mi gotów je pożyczyć, a od tego zwykle się zaczyna, bez większego wahania otworzyłem... puszkę Pandory.
-Tak, pewnie. A tu się zrobi uskok. Żaden problem.
-A kiedy panowie ewentualnie?
-Nawet od poniedziałku, bo akurat mamy okienko a potem szykuje nam się duży bank (Wtedy pomyślałem o ocieplaniu, ale po zakończeniu całej historii, o czym się Państwo za chwilę przekonają już nie jestem taki pewien, ha ha ha).
-A ile?
-Tak jak mówiliśmy. Albo i taniej jak pan kupi w naszej zaprzyjaźnionej hurtowni. Mamy tam upusty i da się załatwić darmowy transport. To jak, pisze się pan? To są trzy dni roboty.
-Tak! Jasne! Możecie zamawiać co trzeba.
Panowie zamówili. Mailem dostałem szczegółowe, a w żadnym wypadku nie szokujące wyliczenie materiałów i robocizny a po jego zaaprobowaniu dwa dni później przesłano mi fakturę pro forma z hurtowni. Transport na niebagatelną odległość 35 kilometrów miałem za darmo! Jeszcze nie wierzyłem, że jestem taki skuteczny w wynajdywaniu tanich, szybkich i bez wątpienia fachowych sił roboczych, ale już, już, zaczynałem się tym chwalić wśród znajomych.
-Czekaj, czekaj - mówili - Za chwilę się okaże, że gościu w życiu ocieplenia nie robił!
Istniała taka obawa, więc kładłem uszy po sobie. Niepotrzebnie. Umówionego dnia o umówionej porze pod dom podjechała ogromna ciężarówka wypełniona styropianem, klejami, tynkiem i masą drobiazgów. Papiery były w porządku, dostawa i rozładunek w gratisie, a gdy w minutę później pojawili się moi fachowcy czułem się już kandydatem na najlepszego "HR-owca" na wschód od Cabo da Roca, I gdyby był to HR-owiec tygodnia, to pewnie tak właśnie by było...
Praca ruszyła żwawo. Skuto uszkodzone tynki, zdemontowano parapety, zagruntowano ściany, a wszystko szło jak podręczniki nakazują, więc nie miałem powodów do niepokoju. Panowie, jak się dowiedziałem ojciec i syn, wbrew pierwszemu nieciekawemu wrażeniu nie tylko doskonale się orientowali w robocie, ale pracowali sumiennie i czasem nawet jakby za długo. Nie było do czego się przyczepić. Po gruncie przyszedł czas na klej i styropian i mogłem w jak najbardziej pozytywnym szoku oglądać moje krzywe, przedwojenne ściany wyprostowane jak spod lasera. Po prostu zupełnie inny dom. Do tego zachowano wszelkie uskoki i zaokrąglenia budynku jedynie go pogrubiając, ale nie zmieniając, a przecież dokładnie o to mi chodziło.
Po takim pokazie prośbę o zaliczkę przyjąłem jako coś najzupełniej oczywistego. Co prawda z fakturą za materiały dawało to już ładnych kilka wypłat, a i czas roboty sporo się wydłużył, ale w końcu materiał leżał a robotnicy wręcz przeciwnie (to już któraś firma w moim domu i nikt nie pije, ja nie wiem...) więc wypłaciłem ile należało żeby sprawę szybko zakończyć.
Zaczęło się kołkowanie. Tak jak sobie zażyczyłem, pięć kołków na płytę styropianu, według niektórych sporo za dużo. Ale płacę i wymagam. Wymagam i mam. Do czasu...
-Dzisiaj nie przyjedziemy, bo pada.
-Jasna sprawa.
Trzy dni później.
-I jak tam, panowie? Będziecie dziś?
-Tak, przepraszamy za opóźnienie, już jesteśmy w drodze.
-Spoko.
Pół godziny później.
-Mieliśmy stłuczkę. Nie dojedziemy dziś. A jesteśmy już prawie u pana.
-Jaką stłuczkę?! Co się stało?
-Aaa... stuknął nas jeden taki na czerwonym przed skrzyżowaniem. Będziemy jutro, tylko skołujemy auto.
-No właśnie, bo miałem pytać. Już pora pomyśleć o blacharce na dach, bo deszcze, śniegi, a woda wlatuje za styropian... Zapłaciłem za to.
-Wszystko już czeka. Tylko trzeba większe auto. Bez obaw.
Wieczór. Dzwoni obcy numer...
-Halo?
-Dobry wieczór, to ja (pan starszy, ojciec, nazwijmy go tutaj seniorem), z telefonu żony. Musimy prosić pana o zaliczkę jeszcze raz, bo auto będzie z wypożyczalni.
-Uzgadnialiśmy JEDNĄ zaliczkę i resztę po robocie.
-Nie mamy auta, a z wypożyczalni inaczej nam nie dadzą. Weźmiemy, będziemy pojutrze, skończymy robotę do piątku i zapominamy o sprawie. Blacharka czeka, pogoda jest...
-Zrobię przelew rano. A nie możecie jutro czymś też dojechać i cokolwiek ruszyć? Miało być trzy dni, na umowie jedenaście a mamy już trzeci tydzień...
-Dobra, wezmę auto od kolegi i dojedziemy. Ten tynk chce pan wymienić? Bo przemarzł na placu a jeszcze można go oddać.
-Za dopłatą?
-Nie. Oddajemy i bierzemy tyle samo, tylko inny kolor. Domieszają nam z katalogu.
-I w tym tygodniu tynk i blacharkę załatwicie?
-Tak.
-Dobra.
"Pan ojciec" faktycznie się pojawił, zabrał tynk i pojechał. I znów zapadła cisza. Dzień, drugi, trzeci. Dzwonię do syna (oczywiście JEGO syna).
-Ja żadnej drugiej zaliczki nie brałem.
-Niech mi pan tu bajek nie plecie, na pana konto przelałem, przecież mieliście stłuczkę rzekomo.
-A to pan musi z ojcem. Ja o żadnej stłuczce nic nie wiem. On jechał na wesele wczoraj.
-Jak na wesele? Przecież mi pisał, że blachy ma już na aucie?!
-To niech pan z nim rozmawia.
Tutaj zrobię przerwę i wyjaśnię szczególik. Jak pisałem panowie to ojciec i syn. Ojciec jest bardziej fachowcem od konkretów, syn ma na siebie firmę i jest oficjalnie szefem. Podpisaliśmy umowę, termin wykonania, zgodę na pierwszą zaliczkę. Druga jak z tego wynika była na czyjś... prezent ślubny...
Dzwonię do seniora. Nie odbiera. Po kolejnych próbach wyłącza telefon. Dzwonię do juniora, ta sama sytuacja. Widać mają to w genach.
Nastał grudzień, za oknem sypie śnieg, pomiędzy goły styropian i mur także, bo blacharki jak nie było tak nie ma. Fragmenty zaprawy na styropianie ładnie się na mrozie kruszą i spadają... Panowie milczą, ja wręcz przeciwnie, klnę na czym świat stoi, ale niewiele to daje.
Pan ojciec wreszcie się pojawia. Bez dużego samochodu, bez blach, ale za to z pomocnikiem. Twierdzi, że pokłócił się z synem, ich drogi zawodowe się rozeszły, ale on, człowiek honoru, mi to skończy. Ok. Coś zaczyna się dziać. Kołkowanie styropianu, naciąganie nań siatki, zaciąganie klejem...
-A co z kołkami ponad oknami? Miał pan mieć rusztowanie warszawskie? Gdzie ta blacharka? Śnieg leci za styropian i jak zacznie topnieć to go oderwie? Miały być trzy dni! Ma pan kalendarz?!
-Wszystko opanujemy.
I znowu znika. Znika też pomocnik. Sprawdzając świeże ślady po kołkowaniu odkrywam, że powyżej okien fachowcy WYDŁUBALI w styropianie dziurki w które włożyli okrągłe zatyczki wiedząc że po zaciągnięciu klejem i zmianie temperatury będzie to wyglądało jak zakołkowane. Jedna zatyczka, druga, szósta, dziesiąta. Ktoś tu komuś wciska kit.
Śnieg sypie, idą Święta. Mam ładnie wyprofilowany styropian, ładnie odmarzający na nim klej i wszystko powyżej dwóch metrów bez kołków, bo panowie zrobili sobie rusztowanie z konstrukcji paczek styropianu który im potem schowałem oraz mojej starej drabiny a ani jedno ani drugie nie pozwoliło zakołkować reszty...
Zaczynam mieć pewne podejrzenia. Sprawdzam w Internecie firmę. Na Fixly już jej nie ma. Konsultantka zapytana jak mam wystawić negatywną opinię i ostrzec innych odpowiada, że nie mam już takiej możliwości. Szukając dalej dowiaduję się, że pan junior założył swoją firemkę (UWAGA!) na dwa tygodnie przed zawitaniem do mnie, a pan senior podobnych firemek miał i ma kilka...
Dzwonię do hurtowni zapytać czy już namieszano nowy tynk i co z transportem.
-Ale pan zwrócił tynk, nie dał do zmiany...
-JA ZWRÓCIŁEM?!
-No tak, pan (...) przywiózł i zdał do magazynu. Jesteśmy na czysto.
-Dobrze. Czyli mogę za te pieniądze kupić inny teraz?
-Za jakie pieniądze? Myśmy wypłacili gotówkę.
Głęboki oddech. Liczenie do dziesięciu. Nie pomaga. Może dlatego, że to nie dziesięć złotych a ładnych parę tysięcy.
Mailem dostaję fakturę korygującą. Faktycznie kasę wypłacono. Pytanie dlaczego nie mnie? Zaczynamy styczeń. Dom wygląda jak ruina, ściany w zaciekach, zaprawa odmarznięta. Panowie nie odbierają telefonów. Piszę pismo do hurtowni informując, że jej działanie ma znamiona paserstwa i zostanie zgłoszone na policję. Przyjęto zwrot materiału od osoby która nie była kupującym, nie miała upoważnienia kupującego, paragonu ani faktury. Równie dobrze mogła tynk ukraść gdzieś z budowy obok. A hurtownia wypłaciła. Ciekawe jak się takie numery księguje...
Po dwóch dniach otrzymuję przelew zwrotny za tynk. Przynajmniej tyle.
Styczeń. Pogoda iście kwietniowa. Słońce, ani śladu opadów, po prostu wiosna. Pan starszy włącza telefon i krótko, bez rozdrapywania ran zobowiązuje się podjechać i robotę zakończyć. Pojawia się następnego dnia z trzema kolegami. Syn nie może, bo jest chory. Trudno. W trzy godziny siatka jest zaciągnięta klejem a styropian uszczelniony WRESZCIE od góry pianką. Już widać że tylko parapety, blacharka i tynk. Ale ekipa po tym jednym jedynym dniu "przyspieszenia" znów znika, a ja dostaję w międzyczasie kolejny mail z hurtowni która informuje mnie, że przesyła pozostałe faktury korygujące... Jakie pozostałe???
Panowie zanim oddali tynk o którym wiedziałem sprzedali sobie kilka wiaderek wcześniej kiedy jeszcze ani nie było mrozu ani przerw w pracy. Sprzedali też grunt, listwy i trochę innej drobnicy. Sprzedali w tej samej hurtowni w której ja to kupiłem. Sprzedali praktycznie w dwa tygodnie po zaczęciu robót.
I znów pismo do hurtowni. Sąd, policja, paserstwo, odpowiedzialność, opinie w Internecie. Do wyboru, do koloru, do krwi ostatniej. Mija doba i pojawia się kolejny przelew. Wszystko co ukradli mi tatuś z synusiem wróciło w formie pieniędzy. Ale robota dalej stoi.
Musiałem dokupić klej i narożniki. Dokupiłem. Pomierzyłem, wyliczyłem, schowałem w garażu wszystko co już nie było potrzebne. Styropian, kołki, zaślepki, siatkę. Wszystko co można ukraść.
Któregoś ranka telefon od juniora żebym kupił klej bo zaraz będą.
-Przecież klej jest. A co się stało, że nagle pan dzwoni?
Cisza, stłumione przekleństwo.
-Pomyliłem się, to nie do pana miałem.
-Zaraz, zaraz! Czyli wy robicie gdzie indziej a ja mam bur... (bałagan) od kwartału?!
Mija kolejnych kilka dni. Pojawia się senior z pomocnikiem. Widzę ich irytację gdy spostrzegają, że cały niepotrzebny już na obecnym etapie materiał jest pod kluczem. W ramach "zemsty" albo może treningu kradną mi... kielnię, a na żądanie pokazania wiertarki którą rzekomo kołkują twierdzą, a właściwie senior twierdzi, że nie może jej teraz (w środku dniówki) znaleźć... A co do kielni to jestem dziwny, czepiam się i w ogóle, ale proszę, proszę, jest i kielnia.
-Tam był jeszcze pędzel.
-Oddaj panu pędzel.
Jest marzec. Po dwóch czy trzech dniach udawania że coś się dzieje a nadal bez rusztowania (pochowałem wszystko na czym można stanąć), parapetów czy blacharki panowie znikają. Tym razem definitywnie. Sprytnym też sposobem innego dnia rano kiedy w domu jest tylko mama zabierają resztę gratów i tylem ich widział.
Szukam dalej i natrafiam na kolejnych ciekawych ludzi. Pan z innego miasta żąda za skończenie pracy więcej niż senior z juniorem za całość. Polecam mu się oddalić. Inny z kolegą twierdzi, że ogarnie temat w dwa, trzy dni, ale mam załatwić oświetlenie, bo będzie robił od 16:00 do 22:00, ponieważ rano... pracuje. I wreszcie wisienka na torcie. Zwyczajny z pozoru facet, widać, ze obeznany, bez kosmicznych cen, chorych pomysłów i targowania. Będzie jutro.
Nie ma go. Telefon wyłączony. Smsy nie dochodzą. Piszę "O co chodzi, przecież uzgodniliśmy cenę i zakres?" Nic. Cisza.
Po dwóch dniach oddzwania.
-Sorry że tak wyszło, ale byłem "na dołku" i dopiero teraz mnie puścili (sic!)
-Gdzie pan był?!
-Zamknęli mnie na czterdzieści osiem za takiego kumpla, ale już jestem, możemy robić.
-Chyba nie jestem zainteresowany.
Połowa marca. Na spacerze po innej dzielnicy spotykam kilkunastoosobową ekipę dociepleniową sprzątającą plac po zakończonej robocie. Krótka rozmowa z właścicielem i w ciągu circa dwóch tygodni mam wszystko. Osadzone rewizje, kratki, daszek, rury spustowe, blacharkę i parapety.
Od połowy listopada do końca marca. Robota oceniana przez wszystkich, których napotkałem na trzy do sześciu dni. Tyle, że moja była w wersji z przygodami.
Uprzedzając pytania. Tak. Na razie tynk się trzyma. Ja chyba też.
poniedziałek, 15 sierpnia 2022
Paraprofesjonaliści
Niniejszy tekst z racji długiej, długaśnej wręcz mojej przerwy w pisaniu nie ma bynajmniej ambicji przekazania jakichś nadzwyczaj głębokich przemyśleń w niezwykle barwnej stylistycznie formie, skądże, chce tylko wykorzystując starą, zarośniętą już ścieżkę do reszty świata, to jest do Was czasem miłościwie mnie tu odwiedzający, przedstawić pewien zbiór nieudaczników, mieniących się fachowcami i co gorsza mimo swej nieudolności przez niektórych za fachowców uważanych.
Nie dalej jak dwa lata temu zmieniano na mojej ulicy wodociąg. Któregoś późnojesiennego dnia ekipa zapukała i do moich drzwi. Co prawda byli tu już wcześniej, doprowadzając do budynku rurę, ale tamto jakimś cudem zrobili zgodnie ze sztuką, więc nie ma do czego wracać. Teraz za to połączenie rury owej z resztą że tak się wyrażę wodoobiegu (z racji wieku powinienem był napisac voodoooobiegu) nastręczyło im sporo trudności. Proszę zwrócić uwagę. Mamy firmę, która niczym innym się nie zajmuje, tylko właśnie skleja razem rurki, z tym tylko zastrzeżeniem że nic im się nie klei. Najpierw nie mieli TAKICH rurek, potem zgrzewarka padła, nie wykluczam, że ze wstydu, następnie dwóch z pięciu, tak! pięciu panów monterów w sieni dwa na dwa metry - atmosfera rodem z parady równości, gdzieś wybyło a pozostali... nigdy nie zgrzewali.
Stałem i oczom nie wierzyłem, a nie zdarza mi się to często pomijając chwile gdy liczę iksy na swojej rozmiarówce i czekałem na cud. Znaczy na to żeby COKOLWIEK im wyszło. Wyszła woda. Niby słusznie, ale nie do końca, bo na zgrzanym tuż przed wodomierzem kolanku. Kątówka, cięcie, nowa rurka, drugie zgrzewanie. I znów pech. Rurka PRZED wodomierzem i rurka ZA NIM są na różnych wysokościach. Znów cięcie, znów przekleństwa, znów próby. Wreszcie zadziałało. Na dworze zimno, w niczym nieogrzewanej sieni tym bardziej, drzwi na dwór otwarte, na podłodze błoto i panowie jeden nad drugim usiłujący coś z czymś połączyć. Można powiedzieć paraprofesjonaliści. Ledwie cztery godziny pracy. Koniec? NIE! Po trzech dniach okazało się, że wodomierz cieknie...
***
Kupiłem półtora roku temu za ciężko pożyczone kilka tysięcy piec. Piec ów jest włoski, ma piękną nazwę i imponujące parametry a nawet i całkiem niezły wygląd, więc w sumie nie byłoby powodów do narzekań, gdyby tylko last but not least WYTWARZAŁ CIEPŁO. Niestety o tym drobiazgu producent w natłoku wyżej wymienionych zalet zapomniał. Piec sam się rozpalał, pięknie mnie o tym po angielsku informował na złocistym wyświetlaczu i tylko momentami nie wiedzieć czemu wył jak poczciwy kamaz na wertepach peerelowskiej budowy, co nawet miało swój urok (Feel the power!) ale ciepła z tego nie było. I co ciekawe montowali go, a jakże, fachowcy, w dodatku wprost z reklamowego filmu na You Tubie, na którym nie tylko praca, ale i piec paliły im się wręcz w rękach. Na żywo jednak wszystko było zimne jak żona mojego kolegi po wizycie listonosza. Na podłodze gruz, część tego gruzu pracowicie wgarnięta pod wykładzinę, na ścianie odciski brudnych łap panów montażystów a przed nimi wyjący (może z zimna?) piec za circa trzy moje wypłaty.
On tak wyje, bo jest taki cug, wie pan?
Nie wiedziałem, ale wierzyłem. Do czasu kiedy wrzesień zmienił się w październik, a ten z kolei w listopad i grudzień. Teraz wyliśmy już w duecie, i ja i piec. Za chwilę niczym brakujący trzeci tenor dołączył do nas pan montażysta gdy pomiędzy paroma oktawami przekleństw jakie mu wyśpiewałem przez telefon dowiedział się między innymi, że ma piec bezwarunkowo wymienić na egzemplarz wytwarzający nie tylko dźwięki, ale i ciepło... Wymienił. Na pożegnanie dałem mu jeszcze śrubę wielkości małego palca, którą znalazłem luzem w popielniku. Nawet okiem nie mrugnął. A nowy piec, cóż, typowe małżeństwo z rozsądku, może nie tak ładny i nie tak imponujący designem, ale po prostu się go włącza i... jest ciepło. Nudy na pudy.
***
Rok temu postanowiłem założyć kablówkę. W umówionym dniu zawitało do mnie dwóch panów z wiertarką i zaczął się problem. Najpierw najspokojniej w świecie zaproponowali mi "rzucnięcie" światłowodu luzem ze słupa na dach i potem wywiercenie dziurki przy oknie. Spojrzałem na nich mniej więcej tak jak moja szefowa na mnie kiedy trzeci raz (bezskutecznie) pytam o podwyżkę. Panowie żartujecie, prawda?
Nie, dlaczego? Tu ze słupa damy na dach, dachem dwadzieścia metrów i w dół do okna...
No ale jak dachem? Bez montażu, bez peszli, bez korytek? Luźno na papie?
No a co to panu za różnica?
Moja sugestia żeby jednak bardziej konwencjonalnie przymocować kabelek do muru prawie panów fachowców obraziła. Starszy aż jęknął. Pół godziny później siedział już w duzym pokoju i przez nikogo nie zaproszony kiwał się na krześle rozmawiając przez telefon.
Ale tu tynki twarde, wiertło nie to, haczyki mi nie wchodzą!
Zirytowany cokolwiek zaproponowałem panu przerwanie pracy i oświadczenie swojej firmie, że "się nie da", bo dla mnie akurat "manie" albo "nie manie" stu kanałów i szybkiego Internetu nie jest kwestią życia. Obraził się po raz drugi. Zrobił. Po kolejnych narzekaniach, telefonach i wymianie wierteł z haczykami i vice versa. A to czego nie zrobił poprawiałem potem sam.
***
Dach sobie w tym roku remontowałem. Litościwie już pominę pierwszego pana, który wywalił mi rachunek wartości nowego samochodu i zdziwił się, że kazałem mu zamknąć furtkę z drugiej strony. Pal go licho! Tacy zawsze byli i zawsze będą. Tacy jak ten drugi też. A drugi od razu nazwał pierwszego idiotą i kombinatorem samemu proponując mniej niż 1/3 ceny swego poprzednika i gdy tamten mówił o trzech tygodniach pracy, wykonanie wszystkiego w dwa, góra trzy dni. Już mi się wydawało, że złapałem Pana Boga za nogi, ale czas pokazał, że to nawet nie były sznurowadła...
Zamiast trzech dni wyszło dziesięć, zamiast jednej trzeciej ceny jedna druga, a ekipy która na środku podwórka pośród kupy gruzu, starych desek i papy robiła sobie palnikiem gazowym... jajecznicę, moi sąsiedzi nie zapomną już nigdy. Ja zresztą także, bo wszystkie moje wieloletnie doświadczenia z budów okazały się niczym wobec wynalazczości panów dekarzy. Oto wylewkę wyrównującą usiłowali oni robić... klejem do styropianu a po awanturze z mojej strony zaprawą tynkarską (gdyby ktoś nie kojarzył - najsłabszą z używanych w budownictwie). Zapłaconą przeze mnie wełnę na ocieplenie podmieniono mi na resztki styropianu z poprzedniego zlecenia, nadmiar zerwanej papy który nie wszedł na auto "przypadkowo" przysypano gruzem, a moje oczekiwanie że kominy otynkowane będą nie tylko nad dachem ale i pod nim doprowadziło panów do rozpaczy. Podobnie jak mnie to, że na źle przyklejoną papę następnego dnia paraprofesjonaliści z czystym jak ich kora mózgowa sumieniem przywalili łatę! Państwo to widzą? Jest remont, dach ma nowe pokrycie i na tym nowym jeszcze przed końcem pracy mamy doklejkę!
***
Za kilka tygodni kolejna ekipa przyjedzie przerzedzać mi drzewa. Podobno żaden problem, tak mówi szef który jest już po rozpoznaniu terenu. W trosce oto aby po wyrębie i mnie dało się rozpoznać na wszelki nomen omen wypadek wynająłem już pokój w hotelu, spakowałem walizki i profilaktycznie złożyłem wniosek o mieszkanie. No bo jakby tak coś im się, fachowcom, za przeproszeniem omskło?
niedziela, 24 października 2021
Na sztokholmskim lajcie
W długiej już mojej że tak zażartuję karierze zawodowej napotykałem bardzo różne typy pracowników z którymi nie sposób mi się było identyfikować. Do jakiegoś momentu wydawało mi się, że najbardziej odpychający są wazeliniarze. Do dziś siedzi mi w głowie np. pewien portier który co piątek żegnał wychodzących okrzykiem (sic!) "I życzę miłego weekendu!" wydawanym przez okienko w pozycji kukułki zegarowej, nie zauważając absolutnie, że jest obiektem drwin. Ale co by nie mówić on nikomu krzywdy nie robił. Miał takie nawyki (cytat kolejny: "To do czwartku, BO MNIE JUTRO NIE MA!") i koniec. Fakt faktem, że każdy jego zmiennik zwyczajnie tylko reagujący "proszę-dziękuję" i "dzień dobry - do widzenia" wychodził prawie że na gbura, ale nadal nie było to niczym strasznym. Dopiero lata później, choć niestety także w branży ochroniarskiej napotkałem przypadek dużo gorszy, który zresztą był jednym z wielu nie tylko tam i nie tylko wtedy. "Porwany". I nie, nie chodzi mi tu o stan odzieży roboczej delikwenta, bez obaw. Bardziej mam na myśli tak zwany syndrom sztokholmski w wersji light.
Środek zimy 2009/2010. Gnijąca budka z dykty na pustym placu po umierającej firmie. Pilnujemy rozpadających się budynków i paru maruderów pracujących tu i ówdzie na ogromnym terenie. Do ukradzenia nie ma tam nic. Do pilnowania także. I nagle wśród nas pojawia się nowy kolega, mężczyzna około trzydziestki, który okazuje się większym służbistą od naszego kierownika, który to (o czym mówiłem w "Urobionych") robił mi wymówki w środku nocy o to, że nie noszę krawata. Bo tego że do połowy łydek mam mokre od śniegu nogi we własnych starych butach i że pracuję za 3,70 (pozdrawiam wielbicieli pana Tuska, to oni, peowcy tak dbali o rynek) nie zauważał. Ale to nie o nim miało być. A więc ten nowy kolega. Sprawny, zorganizowany, zaangażowany. Ani stawka, ani otoczenie go nie deprymują. On się łasi, on wierzy, że dostanie umowę o pracę, że go przeniosą, ba!, może nawet mianują jakimś ochroniarskim generałem czy kim tam. Wydzwania do kierownika, pyta, notuje, biega na obchody, no po prostu cud pracownik. Tyle że dureń.
Ktoś kto czyta mojego bloga od lat, pamięta zapewne ile razy pisałem o tym, że zaangażowanie i uczciwe wykonywanie obowiązków nie powinny zależeć od stawki czy umowy, że jest to nasza część porozumienia z pracodawcą i my ją powinniśmy wykonywać jak należy, skoro na siebie przyjęliśmy. Tak właśnie robiłem. Nie spałem na służbie, nie wpisywałem fikcyjnych obchodów, kilka razy złapałem złodziei, zebrałem też ileś pochwał. ALE! Ale proszę Państwa, to było TYLKO wykonywanie obowiązków. Można rzec, że coś jakby naprawianie dziadowskiej firmy dobrym pracownikiem. Zawsze w stronę petenta, jak najmniej w stronę pracodawcy - oszusta.
A ten bidok wydzwaniał, poprawiał ten krawat patrolując pusty plac o drugiej w nocy, bał się zamienić z kimś na zmianę i w ogóle brać głębszy oddech bez wiedzy władzy. A to wszystko za 3,70...
Żebyśmy mieli jasność. On wiedział, że zlecenie na jakim pracujemy jest na warunkach umowy o pracę, wiedział, że firma nas okrada, łamie prawo, ma głęboko w nosie. Ale on tę firmę kochał.
Minęło circa pięć lat. Znalazłem się w ogromnym zakładzie produkcyjnym na jakże popularnym w naszym kraju stanowisku operatora maszyn. To już były inne pieniądze, to fakt, ale poza tym jak w ochronie albo i gorzej. Wyzwiska ze strony tak zwanych "liderów", ciągłe poganianie, ignorowanie przepisów prawa pracy i bhp i tak dalej i tym podobna. A do tego wyścig szczurów, bo przecież raz na pół roku kto się naprawdę angażował (soboty, niedziele, nadgodziny, normy) mógł dostać prawdziwą umowę o pracę. I w takiej to firmie spotkałem którejś nocy piękną ciemnowłosą dziewczynę. Wydała mi się jakaś inna, spokojniejsza, ciekawsza od całego tego oszalałego tłumu wokół. O jakże się myliłem! Plus minus w środku dniówki traf chciał że zastawiłem wózkiem na odpady jej wózek. Ot, musiałaby swoje ścinki wrzucić górą albo do mojego. Żaden problem, tym bardziej, że wszystko trwało może ze trzy minuty. Wiązanki jaką wtedy od niej usłyszałem nie jestem w stanie do dziś powtórzyć, a święty nigdy nie byłem. Te bluzgi, te wyzwiska pod adresem bądź co bądź starszego od niej, kogo widziała pierwszy raz w życiu zwyczajnie mnie powaliły.
Norma! Czas! Wydajność! Lider! A ty taki owaki i tak dalej...
A przecież ona wiedziała, że tę upragnioną umowę powinna mieć od pierwszego dnia, że dodatek nocny którego na zleceniu nie ma też jej się należał, że nagradzanie etatem to żenada. Ale cóż tam, ważne, że może ktoś zauważy, pochwali, podrapie za uchem... O tym, że się gdzieś przez ten wyścig powoli odczłowiecza pewnie nie pomyślała.
Nie tak dawno poznałem kolejnego takiego człowieka. Nie jest młody. Nie jest też stary. Sporo umie. Od lat pracuje na minimalnej dostając resztę (niewielką) pod stołem, od lat znosi wyzwiska szefa i chamskie komentarze kierowników, od lat tłumaczy się z każdego dnia urlopu czy chorobowego. A i tak nie ma tygodnia żeby nie był szmacony. A i tak tę firmę kocha. I tak nawet nie zerknie na ogłoszenia w których za jedną z kilku jego umiejętności oferują pensję o tysiąc albo i więcej złotych wyższą od tej którą ma.
Takich ludzi są tysiące, a może dziesiątki tysięcy. Karmieni chlebem ze smalcem zamiast suchego chleba zapomnieli już że istnieje szynka. Są tragiczni potrójnie. Krzywdzą siebie samych i swoich bliskich, upewniają złodziei i oszustów że mogą dalej kraść i oszukiwać, a wreszcie gdy ktoś obok krzyknie DOŚĆ! to oni pierwsi go uciszą, zanim pracodawca zdąży otworzyć usta.
Bójmy się ich.
Jak usunąć malware AGENT TESLA
Z pozoru coś zupełnie nie na temat, ale ważnego. Malware. Szkodliwe oprogramowanie. Dokładniej niejaki agent tesla, czyli świństwo pozwalające wykraść nasze dane.
Nie wiem skąd się przyplątało, ale się przyplątało. Najpewniej ze spamem. Jeżeli i Ty masz z nim problem, to przeczytaj jak ja się go pozbyłem. Za darmo.
Jest wiele programów wykrywających tego szpiega, ale co do usunięcia bywa różnie. Wbudowany system ochrony Windows 10 w każdym razie mimo kilku prób sobie nie poradził. Inne programy są płatne, a sposoby ręczne czasochłonne. A ja połączyłem darmowość z szybkością i zadziałało.
Jak napisałem Windows Defender znalazł toto i nie potrafił usunąć. Po przekopaniu Internetu znalazłem program Combo Cleaner (KLIK!). Skuteczny podobno, ale płatny. Zainstalowałem licząc na cud. Cud się stał. Combo Cleaner znalazł zainfekowane lokalizacje będące jakimiś wpisami przeglądarki Microsoft Edge. Żeby je dokładnie usunąć musiałbym zapłacić za pełną wersję, a że tego nie chciałem robić po prostu zapamiętałem/zapisałem kto co i gdzie. Generalnie MS Edge. Spoko. Następnie ściągnąłem program CleanMyPC (KLIK!), który również w pełnej wersji jest płatny, ale sporo można w nim zrobić za darmo. A mnie wystarczyło, że potrafi usuwać programy, których Microsoft do usunięcia nie przewidział, w tym wspomnianą wcześniej przeglądarkę.
Zaznaczyłem pełne odinstalowanie Edge wraz ze wszystkimi śladami (a w tym także agentem tesla) i... zadziałało. Bez płacenia, bez reinstalacji, bez ręcznego kopania w rejestrach. W ciągu kilkunastu minut! Może mój amatorski sposób Cię przyda. Jeżeli tak, będzie mi miło. Pozdrawiam.
sobota, 26 czerwca 2021
Szkiełko, oko, mózg na ścianie
Na naszym skrzyżowaniu tuż przed pasami napisano jakiś czas temu białą farbą ostrzeżenie o treści "Odłóż telefon i żyj". Pomyślałem sobie dzisiaj, konstatując jednocześnie, że sam swojego aparatu zapomniałem, że chyba najczęściej stosują się do tegoż hasła konsultanci w telefonicznych biurach obsługi, przez co takie na przykład "Orinoco Flow" niejakiej Enyi i to w wersji maxisinglowej każdy abonent Orange jest w stanie zanucić nawet obudzony o drugiej w nocy. Ale ja nie o tym miałem. Ciekawych ludzi dziś spotkałem, o to mi chodziło. Postanowiłem Wam o tym opowiedzieć. Wam wszystkim czterem którzy na tego bloga traficie tylko dlatego, że kiedy siedzieć będziecie przed klawiaturą chomik Wasz nagle przez nią przebiegnie...
Najpierw zatem tuż za moimi plecami pan w wieku późnopaździernikowym zaczął wydawać odgłosy. Samo to może jeszcze by mnie nie zdziwiło, gdyby nie fakt, że były one że tak powiem w dużej opozycji do jego metryki i brzmiały w uproszczeniu tak:
-Mmmm... Oooo... Ładna... Malutka taka...
Spodziewając się... no nie wiem... strach pisać kogo, bo to w sumie dobry reżyser jest, więc chyba nie, obejrzałem się za siebie i ujrzałem mężczyznę GŁASZCZĄCEGO pozostawioną przez kogoś elektryczną hulajnogę.
Nie dowiedziałem się niestety czy między nimi zaiskrzyło, a lepiej żeby nie, bo było po deszczu, bowiem podjechał akurat autobus. W nim także czekały na mnie niespodzianki. Najpierw kierowca po wejściu pasażerów wyłączył silnik. Uznałem, że może ma instrukcję obsługi do góry nogami i już miałem mu to zasugerować, kiedy to on zasugerował chłopakowi obok mnie: Pan w dresie, proszę założyć maseczkę!
-A spie... (oddal się szybko w dowolnym kierunku) -odmruczał wezwany
-Proszę założyć maseczkę! Pan mnie słyszy?
-Słyszę, słyszę, rwa...
Ruszyliśmy.
-A wie pani, jak to usłyszałam, to aż się zaczęłam macać, czy też mam - rzuciła z dziwnym uśmiechem babcia na siedzeniu po lewej do swojej towarzyszki - maseczkę, no maseczkę przecież!
-A ten nie ma, widziała pani? I jakoś żyje. A jakie ząbki fajne, jak malowane - odpowiedziała jej tamta komentując billboard za oknem.
Z billboardu wspomnianego uśmiechał się do nas pewien niegdyś między innymi piosenkarz reklamujący obecnie jedzenie w torebkach.
-On to pięć żon miał! A z każdą inne dziecko! (No trudno, żeby to samo, pomyślałem)
-Boże jedyny, dokąd ten świat zmierza?
-"Przystanek przychodnia" - odpowiedział natychmiast donośny bas z głośników
Wysiadłem. Jak to mawiał mój kolega "fizycznie, psychicznie i logicznie".
Jako że bezdyskusyjnie jestem Polakiem (babcia co prawda podpisała volkslistę, ale miała okulary na NFZ, więc to się nie liczy, za to druga dla równowagi trzymała ruskich u siebie na strychu, czym jak po 1989 roku twierdziła znacząco opóźniała postęp frontu na tym odcinku, bo to akurat oni mieli cały bimber i reszta nie wiedziała co robić) więc mam obowiązki polskie. Znaczy rzunt nasz pisobłogosławiony każe nosić maseczkę, to noszę. Bom patriota. Inna wersja, że mianowicie golę się raz na tydzień i zwyczajnie mi się nie chce tej szmatki ściągać jest podłą insynuacją wiadomych kół. I innych sześcianów.
No to se szłem.
-Khe, khe, khe... (wie ktoś jak zapisać kaszel???) - dotarło do mnie z przystankowej ławki. Śmiech jakim te odgłosy były przetykane jasno dawał do zrozumienia, że był to komentarz do mojego (wy)stroju.
Jako że autorami owych odgłosów okazały się być dwa nomen omen fundamenty Polskiego Monopolu Spirytusowego oraz rosyjskich rozlewni płynu do spryskiwaczy pokazałem im na którym palcu proktolog nie nosi obrączki i poszedłem dalej. Jak to mawiają piloci (polska historia pokazuje niestety, że nie wszyscy) - nie będę się zniżał.
W sklepie panowała przyjemna atmosfera. Chyba posprzątali. To już drugi raz w tym roku. Też kiedyś się zbiorę i dojdę do takiej średniej. A za stoiskiem z bułkami rodził się związek. Dżeronima z Martinsem...
Tfu! Zboczeńcy!
...Dżeronima z Martinsem uspokajam, że nie związek zawodowy!
Uff!
Zresztą to nie ta sieć.
Siedź i słuchaj.
-Bierzesz jajka (O Matko! Czyli jednak!) i dodajesz pieprz, bazylię, potem ser (Jeżuniu Kolczasty, jaka ulga) i to wszystko mieszasz..
- I ty to wymyśliłeś?
-No.
Ech młodość, miłość i inne takie... Ona zauroczona jego jajkami (z bazylią), on jakże dumny a nie spodziewający się, że potem będzie musiał pozmywać... I tak do końca życia...
Zostawmy ich. Niech sami dojdą. Do porozumienia.
Po zakupach głównych (Dygresja numer czy i pół. Uwielbiam studentów. W sensie ich sposób kupowania. Proszę pół jajka, dwa plasterki parówki i trochę okruszków spod półki z ciastem. Mam dziś urodziny!) planowałem jeszcze zajrzeć do innego sklepu, ale po drodze był tylko ten, który bojkotuję. (Jak odparł pewien kucharz okrętowy na pytanie co tak śmierdzi plastikiem w kuchni) więc sobie darowałem. Na wystawie jednak dostrzegłem obrazek jakże uroczy. Oto przeceniona flago-sztandaro-szaliko-chusto-płachta kibica z napisem Zwyciężymy! a obok wielki napis Brzoskwinia UFO 8,99. I weź tu sobie człowieku odpowiedz co jest bardziej zabawne!
I już wysiadając z autobusu ostatnia perełka mię dopadła. Stanąłem oto oko w oko z człowiekiem trzymającym w ręku torbę z napisem JESTEM KOTEM!
-A ja psem. Dokumenty poproszę!
:))
-----------------------------
Wszystkie zdarzenia i dialogi zasłyszane i opisane są autentyczne i miały miejsce między ósmą a dziewiątą rano dziś, w sobotę dwudziestego szóstego czerwca roku pańskiego dwa tysiące dwudziestego pierwszego. Skojarzenia i interpretacje są wyłącznie moje. Oraz lekarza lub farmaceuty.
Dobranoc :)
niedziela, 20 czerwca 2021
Album covidowy
Doceniamy wagę wszystkiego, gdy jest już za nami, tak mógłbym zacząć, czytając wpis na pewnej stronie zachęcający do tworzenia "albumów covidowych", czyli po prostu zbierania wspomnień z dziwnych czasów w jakich przyszło nam od ponad roku żyć. Albowiem rzeczywiście, w pierwszym odruchu pomyślałem sobie "a cóż mam tam zbierać?", po co mi zostawiać w pamięci to wszystko, ten strach, maseczki, puste półki, taśmy ostrzegawcze w autobusach i profilaktyczne odsuwanie się od każdego kaszlącego, nawet jeśli jego kaszel towarzyszy nam (i jemu) od lat?
Ale zastanowiłem się kilka chwil i dotarło do mnie, że Weronika, która tworzenie takich albumów promuje, ma rację. O wiele za późno ta propozycja została upowszechniona, to fakt, ale pomysł jest przedni.
Myśląc o wspomnieniach mamy zwykle przed oczami te największe, te od łez, śmiechu, te na całe życie. A przecież między nimi, obok nich i bezustannie mijamy te zwyczajne, te z których NAPRAWDĘ składa się nasza codzienność. I co ciekawe one nawet nie muszą być ważne. One mają być tylko, a przynajmniej być powinny, ikonkami dla naszej pamięci, powinny wyzwalać to, co mamy w głowach i sercach a co tylko poprzez skojarzenie wynika ze wspomnianych wspomnień ;) typu standard. Przykład? Mam w domu taki zeszyt sprzed dokładnie trzydziestu lat a w nim między innymi bilet autobusowy. Zwykły bilet, nawet po czasie nie mający żadnej wartości, ale będący kluczykiem (ok. niech będzie że hasłem) do "folderu" w mojej pamięci. A w nim jest już cała masa ważnych chwil. Deszczowy dzień, strach, wielki szpital, oczekiwanie na decyzję lekarza, przyjęcie, operacja, długie dni leżenia i wreszcie wyzdrowienie. A wszystko zaczęło się od tego biletu.
Nie, nie robiłem zdjęć gdy pojawiła się pandemia. Pewnie z dzisiejszej perspektywy oceniając robiłbym, ale nie robiłem. Mam jednak "zrzuty ekranu" w głowie. Obrazki - symbole tamtych dni. Pierwszy to zapewne jakieś wiadomości o epidemii, gdzieś daleko, na końcu świata. Zaraz potem nawet nie dziewiętnastowieczne, ale chyba przedpotopowe myślenie, że TO nigdy do nas nie dotrze, bo przecież morza, góry, tysiące kilometrów...
Obrazek drugi to chłopak w maseczce, którego minąłem obok Biedronki kilka tygodni później. Mój pogardliwy uśmiech mający zamaskować niepokój. To był pierwszy człowiek w maseczce jakiego spotkałem gdzie indziej niż na ekranie telewizora czy monitorze komputera.
Obrazek trzeci. No właśnie, błahy, ale mocno wyryty w pamięci. Kierowca autobusu podniesionym głosem każący mi usiąść, ponieważ NIE MA TERAZ MIEJSC STOJĄCYCH. Bzdury jakieś, powie ktoś. Nie za bardzo. Wsiadłem do autobusu żeby wracając ze sklepu przejechać trzy przystanki. Jak zawsze. Nie siadałem, bo nie było mi cięzko, trasa też krótka, słowem zachowałem się jak setki razy wcześniej. I nagle ta głowa wychylona z szoferki... Bez słowa usiadłem. Byłem przerażony.
Przerażenie, na granicy łez nawet budziły też u mnie maseczki. Ludzie odsuwający się od siebie, opatuleni tymi szmatkami i zachowujący się jakby tak było zawsze. Bałem się, że tak BĘDZIE zawsze. Że stało się coś strasznego skoro musimy wyglądać jak postacie z katastroficznego filmu.
Obrazek następny. Mój ulubiony sklep i montażyści zakładający pleksiglas na drewniane ramy wokół kas, kasjerki w przyłbicach i rękawiczkach, ochroniarz odliczający ilość klientów mogących jednorazowo wejść. Zamiast wesołych piosenek (jest tylko jedna sieć marketów która gra fajne piosenki pod nóżkę a nie smęty) komunikaty o tym by realizować zakupy szybko i bez spacerków. Kolejki, długie kolejki z odstępami po dwa metry między każdym czekającym. I nikt nie psioczył, nikt nie narzekał. Każdy się bał.
Potem pojawili się ONI. Ci którymi gardzę do dziś. Hieny i tchórze. Hieny podnosiły ceny na wszystko (mydło Protex zamiast średnio 2,60 zł za sztukę na 12 zł w promocji albo paczka rękawiczek zamiast 10 zł około 100) a tchórze wykupywali (wykupywały?) hurtowe ilości najzwyklejszych artykułów łudząc się że przedłużą sobie zdrowie i życie kartonem makaronu...
Przeżyłem komunę. Znam puste półki, czekanie na dostawę, jedzenie szynki dwa razy w roku albo zapach batoników Mars dochodzący zza drzwi Pewexu na dworcu w Katowicach. Biedę, taką prawdziwą, gdy nie ma się na bułkę też przerabiałem. Wydawało mi się zatem, że w tej materii nie może mnie już nic zdziwić. A tymczasem wiosną 2020 roku okazało się, że w ogromnym markecie nie ma ziarenka soli. SOLI!!!! A nie wiem jak czytającym te słowa, ale piszącemu je, kilo soli wystarcza circa na rok... Zatem sól, makaron, kasza, konserwy, mrożone mięso, papier toaletowy i puste półki, puste palety, wypchane po brzegi wózki. Oczywiście, że nie zazdrościłem tym, którzy coś "upolowali" przede mną, nie w tym rzecz, ja po prostu nienawidziłem ich za ten chaos jaki wprowadzają, za to nakręcanie strachu, zachęcanie kolejnych im podobnych do identycznych a KRETYŃSKICH zachowań.
Szał zakupów na maseczki. Te zwykłe przeciwpyłowe, budowlane, kosztujące wcześniej może złotówkę, a teraz sprzedawane po 20 albo i 70 za sztukę. I te "nowocześniejsze" szmaciane, warte (i sprzedawane dziś znów po) 2 złote wtedy nagle wyceniane na 10 albo 20. I jeszcze płyny antybakteryjne, które jak wynika z nazwy guzik mają wspólnego z wirusami. I masa, cała masa innych towarów. Gorączka cen i zakupów. Strach, który obudził w nas małych, wrednych, prawie że szmalcowników.
I już przede mną inne zdjęcie. Ja - pacjent zero. O mało co. Gdy zaczęły się zachorowania w Polsce, gdy po raz pierwszy otworzono specjalne oddziały covidowe, zachorowałem ni stąd ni zowąd na pewną zakaźną chorobę, której początkowe objawy bardzo przypominały tę, której tak wszyscy się baliśmy. Stąd moje telefony do sanepidu, do szpitali i do lekarza rodzinnego. Stąd potem codzienne dopytywania moich przełożonych o mój stan. Byłem przez moment słynny, wszak mogłem zostać tym, który wyśle na kwarantannę co najmniej kilkunastoosobową grupę współpracowników i to jako pierwszy w naprawdę dużym zakładzie! Gdy już potwierdziło się, że to zupełnie co innego, wszystko nagle ucichło. Przeleżałem sobie w domu około dziesięciu dni słuchając Pet Shop Boysów i czytając wspomnienia Augusta Kubizka. Jedno i drugie też już na zawsze będzie mi się kojarzyć z tym czasem.
Następna kartka. Końcówka maja. Ogłoszenie o zwolnieniach grupowych w mojej firmie. Czytam je i fotografuję rano, kilka godzin później otrzymuję już wypowiedzenie. A razem ze mną wielu, wielu innych.
No właśnie. Poza strachem, cenami, trudnościami w zrobieniu zakupów i zmianą w zachowaniach jest coś, co dla mnie osobiście stało się wspomnieniem ważniejszym. Iluś ludzi, ileś miejsc, ileś rozmów, ileś przyjaźni, sympatii, ileś zwykłego tu i teraz zostało przez pandemię skasowane. Kogoś się lubiło, z kimś się rozmawiało, kogoś znało się od lat. Jedni potracili pracę, inni zdrowie, jeszcze inni życie. Poszatkował nam się ten świat.
Antyszczepionkowcy, antymaseczkowcy. Kolejna porcja ludzi "nieobsługiwanych w Media Markt". Szkoda na nich złości, ale zrozumienia u mnie także nie znajdą. Są następnym obrazkiem covidowego albumu. Razem z hienami i tchórzami to oni także, choć co jasne, nie wyłącznie, są winni temu jak przeszliśmy ten czas.
***
Mamy początek lata 2021 roku. Udało mi się nie zachorować. Straciłem "tylko" pracę, zgubiłem po drodze iluś ludzi których mi brakuje, zaliczyłem trzymiesięczne bezrobocie (bezbolesne dzięki odprawie i "dudowemu") i jestem o rok starszy. Kilka dni temu przyjąłem drugą dawkę szczepionki i wierzę, że będzie lepiej. Ale ten rok z małym hakiem zmienił w mojej duszy, w naszych duszach, więcej niż całe dziesięciolecia wcześniej.
Czasem ważniejsze są te małe sprawy na których wyrastają dopiero te wielkie, życiowe. Jeżeli za kilka dni znów usiądę obok kogoś w tramwaju lub autobusie bez zastanawiania się nad tym czy mi wolno, to może już to będzie milowym krokiem do świata jaki znaliśmy przed marcem 2020. A może akurat los sprawi, że tym kimś będzie ktoś, kogo dawno, dawno nie widziałem?
Dla tego uśmiechu jaki by spowodowało takie spotkanie zostawiam miejsce na ostatniej stronie mojego albumu.
piątek, 23 października 2020
Żeby Wszystkich Świętych nie było Świętem Zmarłych
Do stu tysięcy problemów prawdziwych i wymyślonych, jakie nam w tym roku towarzyszą doszedł w ostatnich dniach kolejny.
Iść czy nie iść na groby swoich bliskich w Dniu Wszystkich Świętych.
I oto obudziła się nasza narodowa obłuda. Nagle jesteśmy tacy rodzinni, tacy pamiętający, tacy wierzący, tacy tęskniący i tacy niewzruszeni. Taką krzywdę nam chcą „źli pisowcy” zrobić zamykając cmentarze. Bo przecież przed nami trzeba je zamykać, my się tam pchamy rękami i nogami.
Po co?
Po to by zostać?
Łatwo nam nie pamiętać, nie znać, nie pomagać i nie mieć czasu za życia kogoś. „No ale wiesz, ja mam tyle na głowie!” Potem za to wielkością i ilością zniczy czy kwiatów w naszym jedynie mniemaniu naprawiamy to wszystko ten jeden lub nawet kilka razy w roku stojąc nad kamienną płytą czy ziemnym kopczykiem i mając pełną świadomość, że temu, kto pod nimi spoczywa jest to totalnie obojętne.
Nie, nie, nie obruszaj się tak. Raczej się rozejrzyj. Rewia mody, plotki, znudzone miny i pokazanie się „bo co by ludzie powiedzieli”. Pomiędzy tym garstka takich, co naprawdę tęsknią, naprawdę cierpią, naprawdę chcą tu być. Garstka. Zawsze tak było.
A ja nie chcę.
Nienawidzę udawać.
Zwłaszcza w takim nieprzewidywalnym roku jak 2020.
Żaden wieniec, żadna świeczka nie wróci mi babci, dziadka czy ojca. Dla nich i dla mnie wszystko zakończyło się, gdy odeszli. Pamiętam, owszem, dbam, owszem, ale nie mam żadnego wyrzutu sumienia, że w tym roku ich nie odwiedzę na cmentarzu. To co ważne zostało w moim sercu, nie pod płytą z chińskiego piaskowca.
Maseczek, dystansu społecznego ani dezynfekcji nie wymyślili Morawiecki z Kaczyńskim. Tak samo nie oni każą mi lub zabraniają wpychać się do pełnego autobusu, podawać ręki czy łazić po galeriach handlowych jakby nadal był rok 2019. To zdrowy rozsądek. Pozytywny egoizm.
Chcę żyć, chcę być zdrowy. Wszystko inne jest na drugim miejscu.
Nie podam Ci ręki. Nie usiądę obok w autobusie. Nie zdejmę maseczki „bo tutaj i tak policja nie chodzi”, nie pójdę na cmentarz pierwszego listopada.
Może mi to nic nie da i któregoś dnia i tak zachoruję.
A może sprawi, że nie zachoruję nigdy.
Najpierw żyć, potem dopiero popełniać błędy.
Amen.
sobota, 15 sierpnia 2020
Rewizor
W czasach mojej oby dawno minionej pracy na budowie wielkim poruszeniem odbiło się dnia pewnego przyjęcie do firmy nowego pracownika, na którego identyfikatorze mój kolega odczytał był napis „elektronik”. Pośród kilkudziesięciu murarzy, płytkarzy, malarzy i jednego mało aktywnego zawodowo tudzież prywatnie elektryka była by taka to nowa osobistość nawet nie perłą między wieprzami, ale wręcz Koh-i-Noor’em na miejskim wysypisku, i tak też tę informację odbieraliśmy do momentu, gdy sami ujrzeliśmy owego nowoprzyjętego z wystającym spod kufajki kartonikiem „robotnik budowlany”. Jako że nikt wcześniej w naszym zakładzie takiego tytułu nie nosił widocznie owo słówko robotnik wyglądało dla nie dość spostrzegawczego prawie jak elektronik…
A że prawie robi różnicę, to już wszyscy wiemy. Z reklam.
I ja o reklamie właśnie. Zawisła sobie taka w kilkudziesięciu egzemplarzach w mojej okolicy udając jednak, kto wie czy nie lepiej niż wspomniany na wstępie pan (bo świadomie), że absolutnie reklamą nie jest. Słowa „robotnik budowlany” zastąpiono tu tylko poważnym zwrotem „zawiadomienie”. I oto na karteluszku tym, a warto tu dodać, że absolutnie nie wiszącym na byle tablicy czy słupie a raczej „poważnie” na skrzynkach na listy, ogrodzeniach czy elektrycznych szafkach, napisano że W związku z coraz większą liczbą awarii urządzeń gazowych oraz zatruć tlenkiem węgla Zakład Instalatorstwa gazowego [tak w oryginale – dop. mój] będzie przeprowadzał zapisy na kompleksowe czyszczenie piecyków, tzw. junkersów oraz kuchenek gazowych. W czasie trwania zlecenia usługa będzie wykonywana z 50% rabatem. Usługa przeznaczona jest dla osób chętnych. Tyle „elektronik”, pora na "robotnika budowlanego”. Oto on. W ofercie posiadamy czujniki czadu. Usługi hydrauliczne – montaż –serwis – naprawa piecyków. Zapisy tylko telefonicznie [tu numer] w godzinach od 10 do 18:00. I „elektronik” po raz drugi: Dziennik Ustaw nr 74 z dnia… ble ble ble
W czym problem, zapytają Państwo?
Można powiedzieć, że w tym, iż nie wiadomo w porównaniu do czego ani jak duża w ogóle, gdzie, kiedy i jak liczona jest np. ta coraz większa liczba awarii i zatruć albo jakiż to konkretnie i gdzie się mieszczący Zakład Instalatorstwa gazowego oferuje nam swoją pomoc, ewentualnie jeszcze, od jakiej ceny i czy kiedykolwiek istniejącej liczona jest ta ogromna 50% zniżka, czym jest okres trwania zlecenia i wreszcie, już z przymrużeniem oka, jak rozumieć zapis o tym, że klient powinien być chętny. Ale zostawmy to. Sedno leży gdzie indziej.
Zatytułowanie REKLAMY zwrotem ZAWIADOMIENIE wprowadza potencjalnego klienta w błąd sugerując, iż wszystko, co znajduje się w takim druku jest czymś, do czego mniej lub bardziej jest on zobowiązany lub zobowiązywany właśnie od teraz np. przez jakiś urząd lub przepis. Powoływanie się w reklamie na w żaden sposób niedoprecyzowane „coraz większe liczby awarii i zatruć” jest sugerowaniem jakoby wydarzyło się w ostatnim czasie coś, co wymaga od użytkownika/klienta podjęcia jakichś konkretnych działań najlepiej jak najszybciej. Użycie miana Zakład Instalatorstwa gazowego bez podania pełnej nazwy firmy, nazwiska właściciela czy adresu siedziby tworzy wrażenie jakoby druk był sygnowany przez mniej lub bardziej oficjalny czynnik w rodzaju np. firm zajmujących się dystrybucją gazu czy prądu. Zwrot „zapisy” sugeruje, że istnieje jakiś określony czas, liczba wolnych miejsc lub konkretna sytuacja („liczne awarie” na przykład) w trakcie których skorzystanie z oferty jest możliwe. I wreszcie powołanie się w zakończeniu na Dziennik Ustaw (w druku opisany dokładnie ze wszystkim paragrafami i datami) a także miejsca wywieszenia reklam tworzą w czytającym przeświadczenie, że podjęcie przez niego działań opisanych wyżej jest, jeśli nie konieczne, to przynajmniej pożądane. Drobiazgiem jest tu dodanie, że ustawa nie wspomina o wymogu korzystania z usług firmy będącej autorem opisywanej reklamy, a jednie mówi, że użytkownik odpowiedzialny jest za sprawność instalacji, co jest oczywistą oczywistością.
Pan „elektronik” z mojej historii chyba nawet nie dowiedział się nigdy, za kogo go błędnie wzięto i jak się jego przybycia na budowę wystraszono a pomyłka ta stała się potem tylko naszą firmową anegdotką, pan „robotnik” z roku 2020 zasłania wirtualną kufajką swój identyfikator tak, że nawet, gdy sam mówi, że elektronikiem nie jest, robi to w sposób, który każe, przynajmniej mniej zorientowanym myśleć inaczej.
Nie twierdzę, że to nielegalne, skądże, za to niesmaczne z całą pewnością.






