Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


piątek, 9 lipca 2010

sKurier*

Dzień pierwszy - poniedziałek
Sprzedający z pewnego „znanego serwisu aukcyjnego” przesyła mi informację o nadaniu mojego piątkowego zakupu przesyłką kurierską. Sprawdzam numer listu przewozowego: "paczka jest wprowadzona do systemu i oczekuje na realizację".

Dzień drugi – wtorek
Rano kontroluję tracking ponownie – bez zmian. Zdarza się – myślę i spokojnie czekam na dostawę. Bezskutecznie. Około 20:00 po stwierdzeniu, że status paczki się nie zmienił piszę maila do biura obsługi. „Otrzymałem informację od mojego kontrahenta, że w poniedziałek 5 lipca została nadana przesyłka do mnie. Na Państwa stronie numer tej przesyłki (xxxxxxxxx) opisywany jest od wczoraj niezmiennie, jako wprowadzona i oczekująca na realizację. W związku z nieoficjalnym standardem, jakim jest dostarczanie przesyłek kurierskich na drugi dzień pragnę zapytać, co dzieje się z moją paczką, skoro w Państwa systemie od wczoraj jej status się nie zmienił, a nie została mi też doręczona. „

Dzień trzeci – środa
Około południa otrzymuję lakoniczną odpowiedź od pani Agnieszki**: „Witam. Przesyłka jest dzisiaj w doręczeniu. Pozdrawiam. Agnieszka (…) „ Status rzeczywiście się zmienił i ni stąd ni zowąd paczka znalazła się nie tylko na Śląsku, ale i w samochodzie kuriera. „Przesyłka załadowana na samochód dystrybucyjny”.
No to OK. Czekamy.
Czekamy.
Dwudziesta. Kuriera ani śladu, nikt do mnie nie telefonuje, więc dzwonię ja. Na infolinię.
Po standardowej informacji, że oczywiście są najlepsi i nagrywają co mówię popełniam że użyję internetowej gwary poczwórnego ROTFL-a. „Infolinia czynna od ósmej do szesnastej”.
Do szesnastej!!!
Sprawdzam tracking. „Przesyłka awizowana o godzinie 19:51” No super. Mamy niewidzialnych kurierów… Otwieram skrzynkę na listy. Ha! Mamy też niewidzialne awiza!
Nie ma co, technika poszła do przodu.
Piszę maila do pani Agnieszki: „Witam ponownie. Powiem krótko. Jesteście Państwo najsłabszą firmą kurierską, z jaką się spotkałem. Tracking na stronie www to jakaś totalna abstrakcja (najpierw dwa dni nic, a potem od razu przesyłka w doręczeniu, mimo , że nadal jej nie ma ), infolinia działa do 16:00, co samo w sobie jest wyrazem poczucia humoru, ale najgorsze jest to, że mimo kolejnego dnia opóźnienia nikt nie czuje się w obowiązku nawet zadzwonić do mnie aby sprawę wyjaśnić i przeprosić. Paczka została nadana w poniedziałek, a dziś mamy środę. Myślę, że w takiej sytuacji należy mi się zwrot co najmniej części opłaty za usługę. Liczę na szybkie wyjaśnienie sprawy i dostarczenie paczki.”

Dzień czwarty – czwartek (bo jakżeby inaczej)
Pani Agnieszka odpisuje dziś wcześniej, ale nadal trzymając się „żółtych karteczek” znad monitora: „Witam! Przesyłka zostanie dziś ponownie przekazana kurierowi do doręczenia. Jeśli chodzi reklamacje i ewentualny zwrot kosztów - proszę przesłać odpowiednie dokumenty ( do pobrania na naszej stronie internetowej (…) w zakładce "reklamacje" ) Pozdrawiam.”
Ripostuję po kilkunastu minutach stukając nerwowo w klawiaturę: „Witam. Proszę o telefon z dokładną informacją o przewidywanym czasie dostawy. W Państwa systemie jest informacja o rzekomym awizowaniu tej przesyłki wczoraj ok 19 50, co jest nieprawdą gdyż kuriera nie było. Podkreślam: kurier xxxx NIE DOJECHAŁ WCZORAJ DO MNIE A ZATEM NIE MÓGŁ ZOSTAWIĆ I NIE ZOSTAWIŁ AWIZA. Nadto przyjętym zwyczajem jest telefon do odbiorcy w sytuacji, gdy nie ma go w domu. Jeśli paczka ma dojść dziś chciałbym znać plus minus porę dnia abyśmy wreszcie zamknęli ta sprawę.”

Nie czekając na odpowiedź pani Agnieszki wybieram numer infolinii. Wita mnie lekki trance plus głos lektora informujący, że aktualnie wszyscy konsultanci są zajęci. Po pięciu minutach rezyguję. Numer oddziału śląskiego. To samo tylko na nagraniu zaoszczędzili. Cisza. Drugi numer. Cisza. Nikt nigdzie nie podnosi słuchawki. Wybieram numer podstawowy w centrali firmy i oto staje się cud. Ktoś czyni mi zaszczyt i odbiera. Pani jest grzeczna i miła choć jakby ciut mało oryginalna...
„Zaraz napiszę maila w pana sprawie"
No to czekam. Po niecałej godzinie pani faktycznie oddzwania. „Już wszystko załatwione, Kurier doręczy dziś paczkę. Ma pana numer telefonu i będzie dzwonił”
No skoro tak to bardzo się cieszę.
O dwudziestej radość jakby mi przechodzi. Kuriera ani śladu, telefon milczy, tracking bez zmian. Że infolinia śpi to już wiem, pozostaje mi zatem pani Agnieszka. ”Witam. Chyba Pani nie zaskoczę pisząc, że PRZESYŁKI NADAL NIE OTRZYMAŁEM. Niestety, ale uspokajające maile mi jej nie zastąpią. Za coś Państwu zapłaciłem o ile pamiętam. Nawet w swoim regulaminie piszecie o dostawie na drugi dzień. Paczka była wysłana w poniedziałek. Powtórzę się:
-na infolinii 801 (...) około 8:30 rano nikt nie podnosi słuchawki chyba przez 5 minut. Próbowałem dziś dwa razy.
-na numerze podanym pod Pani mailem również nikt nie odbierał (jw)
-kierowca jedzie do mnie od wtorku, ale jakoś nie dojechał mimo "zaklęć"
-tracking na stronie www to fikcja, a zapis o awizacji przesyłki jest nieprawdą
-pracownica (xxxx) w (…) do której udało mi się dodzwonić dziś rano (czw) stwierdziła, że interweniowała i wszystko już jest OK, kurier ma paczkę i mój numer, ale na słowach się kończy
-prosiłem w drugim mailu o telefon do mnie celem dokładnego wyjaśnienia sytuacji, ale zignorowała Pani tą prośbę
-proszę przesłać mi mailem numer telefonu kierowcy”

Na netykietyczne "pozdrawiam" nie starcza mi już tym razem cierpliwości.

Dzień piąty – piątek
Z samego rana telefonuję do pani z centrali kurierskiej (dzwoniła z komórki – teraz mam ją na widelcu). Odbiera po drugiej próbie. Oczywiście ona rozumie moje zdenerwowanie (żółta karteczka na monitorze, nieprawdaż?) i już zaraz postara mi się pomóc. Pisząc maila…
Taaa… Maili ci u nas dostatek, ale…piszta piszta, nic sie nie hamujta.

Tymczasem wstała już pani Agnieszka: „Proszę o wyciągnięcie konsekwencji wobec kuriera i wydanie przesyłki do doręczenia. Pozdrawiam” pisze do pana Janka przesyłając mi kopię.
Sprawdzam tracking. Przesyłkę wiezie od godziny 8:18:53 pan Mieczysław, zamiast wcześniejszego pana Pawła od niewidzialnego awiza.
11:00 – zaczynam pisać ten tekst.
11:40 – Pan Mieczysław dzwoni do drzwi wraz z moją paczką na której warstwa kurzu jest porównywalna grubością tylko z ceną za usługę kurierską „z gwarantowaną dostawą na drugi dzień”

* - literka s w tytule oznacza oczywiście "super" ;)
** - Imiona bohaterów (?) zostały zmienione.


poniedziałek, 5 lipca 2010

Dzień dobry, Panie Prezydencie!

Mamy nowego prezydenta.
Cieszę się, bo Bronisław Komorowski to mój kandydat. Nie tylko dlatego, że dwukrotnie oddałem na niego swój głos, ale także dlatego, że wstępnie „desygnowałem” go do tej roli jeszcze w grudniu 2009, gdy nikt chyba nie wątpił, że to Donald Tusk wystartuje w wyścigu do pałacu.

Cieszę się także z tego, że wreszcie pojawił się polityk optymistyczny, którego przez dwadzieścia lat bardzo Polsce brakowało. Polityk, który postawił na uśmiech, bezpretensjonalność i pokorę wobec własnych potknięć. Na przekonanie, że czas dzielenia na swoich i „onych” minął, a uparte wskrzeszanie go jest dowodem anachronizmu. Na nadzieję, że nie jesteśmy narodem innym od wszystkich dookoła i że niekoniecznie zły urzędnik czy przepis określać powinny nasz stosunek do państwa, jako całości. Na patriotyzm nowoczesny, moim zdaniem w tym momencie dziejowym będący idealnym połączeniem tradycji ze współczesnością. Idealnym, bo wyważonym i nieodstręczającym jakimkolwiek radykalizmem.

Od lat i ja tak właśnie myślę.

I cieszę się także tym, że u każdego z dziesiątki kandydatów zauważałem poglądy i propozycje mi bliskie, które szczerze akceptowałem. To też jak nieskromnie sądzę dowód odpowiedzialności za swój głos i jednocześnie dojrzałości politycznej. Nie byli i nie są moimi wrogami, są tylko politykami, których program odpowiadał mi mniej.
Dziękuję:
-Markowi Jurkowi za wartości chrześcijańskie
-Jarosławowi Kaczyńskiemu za patriotyzm
-Januszowi Korwin-Mikkemu za indywidualizm
-Andrzejowi Lepperowi za poczciwość
-Kornelowi Morawieckiemu za Solidarność
-Grzegorzowi Napieralskiemu za autentyczność
-Andrzejowi Olechowskiemu za pragmatyzm
-Waldemarowi Pawlakowi za niezłomność
-Bogusławowi Ziętkowi za idealizm

Każdy z nich to Polska. Każdego szanuję.
Wybrałem Bronisława Komorowskiego.

Dzień dobry Panie Prezydencie!

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Zgoda buduje

Czternaście lat temu spotkałem w pewnej firmie budowlanej człowieka, którego znienawidziłem. Biologicznie, absolutnie i totalnie. Podobnie zresztą jak on mnie. I nie wspominałbym nawet o tym, gdyby nie fakt, że wrogość ta po obu stronach wybuchła w zasadzie bez powodu, a o ile mnie pamięć nie myli w wyniku czyichś „życzliwych” komentarzy na ucho po naszej zupełnie drobnej sprzeczce, jakie zdarzają się w każdym zakładzie. Trwanie w tej wojnie to było jedyne, co nas łączyło. Nie było szans na pracę razem, pracę w pobliżu siebie, ani nawet na spokojne przebywanie w tym samym pomieszczeniu. Dość powiedzieć, że przez cztery lata nie tylko nie podaliśmy sobie ręki, ale nawet nie powiedzieli cześć. A to wszystko w jednym i tym samym miejscu i gronie może 50 osób!

Pół firmy się z nas śmiało, drugie pół pukało w czoło, a my zdecydowanie i bezwarunkowo odrzucaliśmy wszelkie drogi już nawet nie do porozumienia, ale do funkcjonowania obok siebie. Z przyjemnością za to zawieraliśmy mniejsze i większe „koalicje” przeciwko sobie w trakcie rozmów czy pracy z innymi. Głupie żarty, niewybredne komentarze, radość z porażek drugiej strony i Bóg jeden wie, co jeszcze. Jak we wszystkich długich konfliktach zapomnieliśmy w końcu, o co nam szło, bo liczyło się już tylko to, by się nie złamać i trwać niewzruszenie w tym zacietrzewieniu.

Aż pewnego dnia budowa się skończyła. Załogę rozdzielono na dwie grupy i skierowano w różne miejsca. Nie muszę dodawać, że nasza dwójka poddała się temu podziałowi z nieukrywaną radością. Nareszcie! Już nie będę musiał go oglądać!

„Wolność” nie trwała jednak długo. W ramach gonitwy z harmonogramem robót przeniesiono mnie po około miesiącu na budowę, na której pracował mój wróg. Gdy dziś to wspominam śmieję się sam z siebie, ale wtedy naprawdę nie odległość czy nadgodziny najbardziej mnie dręczyły, ale ten zwykły najzwyklejszy fakt, że znów się spotkamy. O ile wiem również mój adwersarz nie był obojętny wobec tego zdarzenia dodając przy okazji, że teraz to dopiero dowiem się jak się pracuje. W domyśle „dostanie w kość”.
I tu akurat miał świętą rację, choć nie do końca.
Dostaliśmy w kość razem.
Absolutnie po równo.

Początkowo powróciliśmy wprawdzie do starej taktyki unikania się jak to tylko możliwe, ale w nowych warunkach nie miało to już sensu, bo i teren był mniejszy i natężenie prac inne. Nie było miejsca na dziecinne podchody. Nie było też na nie czasu.
Pracowaliśmy po dwanaście, czternaście godzin dziennie, do tego po siedem, osiem w soboty, a i niedziele się trafiały jak trzeba było. Niezależnie od sprawności fizycznej, fachowości czy doświadczenia taki tryb życia rozłoży na łopatki każdego. Nie inaczej było z nami.
Złość na kierownika, zmęczenie, upał, brudna szatnia oraz kolejne robocze weekendy i kombinacje jak też ich uniknąć sprawiły, że… zaczęliśmy się do siebie odzywać. Z początku oczywiście oschle, minimalistycznie, z rezerwą, ale jednak. Ba! Z czasem nawet współpracowaliśmy w… kombinowaniu jak też wyciąć z dniówki drugą przerwę śniadaniową około szesnastej, której nasz zwierzchnik nie był entuzjastą. Dłuższa historia.

Po paru tygodniach kolejna rotacja załogi pomiędzy brygadami rozdzieliła nas ponownie i spotkaliśmy się dopiero jesienią. Jak na ironię tam gdzie zaczęła się cała nasza historia cztery lata wcześniej to znaczy obok pierwszej budowy, a ściślej na zapleczu naszej firmy.
Tutaj z kilkoma przerwami pracowaliśmy razem kilka miesięcy przy organizowaniu magazynów, przygotowywaniu transportów i innych drobnych pracach. Czasem sami, czasem jeszcze z dwiema czy trzema innymi osobami, ale zawsze bez kierowników, terminów, nadgodzin czy roboczych niedziel. I nie wiem kiedy wszystko się zmieniło. Zaczęliśmy lubić swoje towarzystwo, mieć wspólne tematy (polityka!), a nawet żartować czy pomagać sobie w różnych sytuacjach bardzo „okołopracowych”. Prawdopodobnie, do czego żaden z nas się nigdy nie przyznał, obaj stwierdziliśmy, że nasze czteroletnie przekonania o charakterze, wiarygodności czy inteligencji tego drugiego nijak się miały do rzeczywistości.

I cóż dalej? Ano nic. Minęło prawie sześć lat od ostatniej wspólnej dniówki na jakiejś budowie. Nie ma już naszej firmy, nie ma pracy razem, poznikali gdzieś wszyscy dawni koledzy, a jednak człowiek o którym dziś opowiadam jest jedną z dwóch tylko osób z naszego zakładu z którymi rokrocznie punktualnie i niezmiennie wymieniam się życzeniami świątecznymi.
Dziwny jest ten świat.

niedziela, 27 czerwca 2010

Demotyportier 3


Copyright by Portier 2010

niedziela, 20 czerwca 2010

O dwóch takich...

Katowice. Połowa czerwca 2010. Po chodniku ulicy [...] wzdłuż targowiska spacerują dwaj strażnicy miejscy w czarnych mundurach. Oglądają się za dziewczynami, prowadzą ze sobą dyskusję i z pozoru patrolują teren. Pozory jednak jak wiadomo mają to do siebie, że mylą...

Z drugiej strony przygotowuje się do przejścia starsza pani objuczona torbami pełnymi zakupów. Mundurowi wyraźnie się ożywiają. Prawie jak kontroler w autobusie, gdy ma wygłosić magiczną formułkę „Bileciki do kontroli!”

Proszę sobie wyobrazić „scenografię”. Mamy dziewiątą rano, upał, tłumy ludzi dookoła i dwa przejścia dla pieszych oddalone od siebie o ponad 200 metrów. Pani niestety jest prawie dokładnie pomiędzy nimi, więc decyduje się na przejście w niedozwolonym miejscu. Konia z rzędem temu, kto nigdy tego nie zrobił, ale OK., jest to czyn niewłaściwy i nie zamierzam go pochwalać. W ogóle nie o nim opowiadam.

Strażnicy patrzą sobie spokojnie acz z uśmiechem na damę z siatkami i nie wykonują najmniejszego gestu. Samochody jadą, starsza pani idzie, strażnicy się uśmiechają. Wreszcie kobieta dostrzega ich będąc o kilka metrów od chodnika. Skręca i niby to się spiesząc usiłuje wejść pomiędzy stragany. Nadaremnie. Mundurowi skokiem godnym lekkoatletów są błyskawicznie przy niej. Dalej już standard. Dokumenty, pouczenie, mandacik (najprawdopodobniej, bo jeden z panów wypełnia coś w bloczku) i widoczne nawet z kilkudziesięciu metrów poczucie jak to się mówi dobrze spełnionego obowiązku.

To nic, że prawie tuż obok tej grupki przeszły w ciągu dwóch minut przez jezdnię dwie inne osoby, to nic, że za jedną z nich, dosyć apetyczną, strażnicy popatrzyli z jakąś powiedziałbym nawet nostalgią. Nic to albowiem zupełnie jak w piosence z „Pierścienia i róży” „Ważne są czyny odważne!” czyli odpowiednio wysoki współczynnik mandatogodzinowy a ten najłatwiej uzyskać „polując” na „słabe sztuki”, takie jak wyżej opisana przestraszona teraz pani z siatkami.

I co? I pstro. Obywatele płacą podatki, miasto płaci pensje strażnikom, a dwóch rosłych mężczyzn bawi się (?) w zbieranie punktów za skuteczność. Nie zapobiega, nie zatrzymuje, nie „płoszy” osób chcących przejść przez jezdnię w niedozwolonym miejscu, nie rozdziela się by skuteczniej operować po obu stronach ulicy. A po co? Tak nikogo nie złapią. Lepiej stać i czekać. A potem pisać mandaciki… A gdy się już pisze to nieważne, że ktoś tuż obok łamie przepisy. Trzeba się skupić…

---------------------------------------
Podobny system "pracy" widziałem już w wykonaniu innych przedstawicieli tej samej formacji około marca - w tym samym zresztą miejscu, stąd uznałem, że tym razem pora zareagować. Przed chwilą opisałem tą historię oraz swoje odczucia w formularzu kontaktowym na stronie Straży Miejskiej w Katowicach. Ewentualną odpowiedź oczywiście z przyjemnością tutaj opublikuję.

sobota, 19 czerwca 2010

Spod dywanu

Człowieka należy rozumieć poczynając „od dołu”
– od jego głodu, chłodu, bezdomności.
Karol Marks
--------------------------------------------------------------------------

„Kandydaci poruszają często nudne problemy tzw. klasy robotniczej, która przecież w swoim XIX wiecznym ujęciu dawno już nie istnieje, podczas gdy tyle jest ważnych spraw, o których należy mówić, takich jak związki homoseksualne,  ochrona przyrody i inne.”

Amen.

Taką oto opinię wygłosiła pewna pani w pewnej stacji radiowej kilka dni temu. I bynajmniej nie była to jakaś ekstrawagancka słuchaczka, a osoba zaproszona do studia, czyli działaczka bądź polityk (na to niestety nie zwróciłem uwagi przy prezentacji). No i nie wiem, śmiać się czy płakać? I jeszcze: nad nią czy może jednak nad sobą? A może po połowie?

Zastanawiam się czasem ile jest Polsk, to znaczy ile różnych rzeczywistości równoległych istnieje wokół nas, skoro ktoś najzupełniej poważnie może wygłaszać słowa takie jak zacytowane i nie czuć przy tym, że (szukam łagodnego określenia) powiedzmy błądzi.

Gdyby przysłuchać się na przykład co niektórym z kandydatów na prezydenta można dojść do wniosku, że nasz kraj składa się wyłącznie z młodych, wykształconych, otwartych na świat i pełnych zapału obywateli. Obywateli, których codziennością są przeszklone windy, wielkie korporacje, granie na giełdzie oraz klimatyzowane biura. Czasem wydaje się wręcz, że poza tymi właśnie ludźmi sukcesu istnieją gdzieś jeszcze ewentualnie tylko rolnicy. Ot, takie niedobitki w rezerwatach dawnych czasów. Rolnika trudno „ominąć”, więc coś niecoś się o nim wspomina. Robotnika pochowano jako NN.

Bywa, że i tu, w Internecie i w tak zwanym realu jestem świadkiem użalania się nad sobą ludzi, których w depresję wpędza niezmienione od pięciu lat auto czy pensja niższa o tysiąc złotych od koleżanki/kolegi, co to robi u konkurencji.
A gdybyście mieli wyżyć za 900 zł?
Co wtedy?

A gdybyście nie jeździli od dziesiątek lat na wakacje, żywili się paskudztwami z tanich marketów, kupowali ciuchy w lumpeksach? Co, pytam się, wtedy? Czy potrafilibyście normalnie żyć i funkcjonować? Obronić się przed upadkiem, piciem, biciem, schamieniem, mimo, że świat każdego dnia zdaje się mieć was w głębokim niekoniecznie poważaniu?

Pisałem już parokrotnie o tym, że w każdym społeczeństwie znajdują się jednostki, które cokolwiek by zrobić i tak przejdą przez życie po najkrótszej prostej, tzn. plus minus aby przetrwać. Nie wybiorą kierunku studiów, bo matura będzie dla nich nieosiągalnym szczytem, nie skończą kursów, nie załatwią niczego w urzędzie, a widok zeznania podatkowego będzie u nich powodował dreszcze. I to nie ich wina, bo zawsze tacy ludzie byli i będą. Zawsze też będzie ciut wyżej stojąca ta typowa „klasa robotnicza”, to znaczy hutnicy, budowlańcy, kierowcy itp.
Oni też raczej wyżyn intelektualnych nie osiągną, a i finansowe rzadko kiedy, ale będąc razem w z tymi wcześniej wspomnianymi taką właśnie krańcową w cudzysłowie częścią nowoczesnego społeczeństwa tym bardziej zasługują na uwagę. Nie na opiekę czy troskę, ale na uwagę właśnie. Na zaadoptowanie do współczesności.

Śmiać mi się chce ze skądinąd słusznego postulatu darmowego Internetu w każdym domu, skoro wiem, że są ludzie dla których mięso na obiad to luksus. Znajmy proporcje!
Jeżeli część z nas żyje nieźle bądź normalnie, to czy wielkim wyrzeczeniem byłoby oczekiwać, że wstrzyma kroku, aby i ci z końca peletonu załapali się chociażby na warunki akceptowalne? Powtarzam: AKCEPTOWALNE tylko. A potem już proszę bardzo, ruszajmy razem!

Nie, nie, spokojnie, nie komunizuję. Nie zazdroszczę ani nie chcę niczego odbierać bogatym. To jasne, że człowiek wykształcony i dobrze funkcjonujący ma prawo do odpowiedniego statusu, ale kwestią kluczową jest, jaki będzie poziom minimum dla kogoś kto tych kryteriów nie spełnia.

Ogłoszono kilka dni temu na przykład z ogromną dumą, że wzrosło zatrudnienie oraz średnia pensja. Cudownie. Po prostu skaczę z radości. Wolałbym jednak, aby w ten sam sposób przedstawiona została liczba osób zatrudnionych w naszym kraju na „umowy śmieciowe” oraz pensję minimalną. Więcej powiem! Oczekiwałbym, że poszczególne firmy, tak pięknie reklamujące siebie i swoje produkty również upublicznią dane na temat procentowego udziału takich pracowników w całości załogi.

To ma być wstyd. Wstyd nie dla tego, który dziesiątego dostanie na konto 950 zł, ale dla tego, który mu tyle płaci, a potem nazywa siebie menadżerem. Niekoniecznie bowiem musimy szukać wyzysku i niewolnictwa w Azji czy Afryce, gdy czasem ktoś mieszkający z nami drzwi w drzwi może być w całkiem podobnej sytuacji.

Nie wolno nam o tym zapominać.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Spowiedź dziecięcia wieku

Mały sklepik w budynku Muzeum Śląskiego w Katowicach. Rok 1990.
-Przepraszam pana, po ile to ta książka? –stuka mnie w ramię starszy pan.
-Nie mam pojęcia, ale jakie to ma znaczenie? – odpowiadam rozgorączkowany.

Faktycznie, nie ma żadnego. Przed chwilą omal nie użyłem hamulca awaryjnego w tramwaju, gdy jadąc z rynku w stronę Ronda zobaczyłem kartony wynoszone z ciężarówki i błyskawicznie rosnącą kolejkę do drzwi księgarni. Kilkaset metrów dzielące Spodek od muzeum przebiegłem rozpychając się łokciami. Może nie wykupią? Może dostanę? Żeby tylko starczyło mi pieniędzy…

"Przerwana dekada" – Edward Gierek, Janusz Rolicki

Książka symbol. Jakby nie patrzeć pierwszy „wywiad rzeka”, pionier nurtu mniej lub bardziej udanych przemyśleń dawnych i współczesnych działaczy politycznych. Czy w swojej treści prawdziwy i czy szczery można dyskutować, ale wyjątkowość jest niezaprzeczalna. Ta książka rozpalała namiętności. Tym mocniej, że będąc pierwszą, była też najbardziej wyczekiwaną i najlepiej przyjętą przez czytelników. Tej gorączki i tego nakładu nie przebił nikt, łącznie nawet z drugim tomem duetu Gierek – Rolicki pt. "Replika" wydanym kilka miesięcy później.

Edward Gierek. Byliśmy głodni jego głosu, jego ocen, jego powrotu, ale to odczucie wtórne, ponieważ pierwotnym było pragnienie koloru w szarym i biednym postjaruzelskim tu i teraz. To, co oferowała nam codzienność w odmienionej, ale jednak słabej Polsce anno domini 1990 nie było jeszcze poważną alternatywą.
Zaczynało się nowe. Nowe, ale inne. Nieznane, niepewne, mało wiarygodne. A Gierek był "stary". Był swój. Dla ludzi znających tylko PRL był rodzajem alternatywy – Pewex czy wolny rynek?
Pewex był bezpieczniejszy.

Kiedy więc ogłoszono, że milczący od 1980 roku dawny Pierwszy Sekretarz wydaje książkę spowodowało to reakcję, o jakiej twórcy reklam mogą dziś tylko pomarzyć. Kolejki, spekulacja, pirackie dodruki, kserówki itp. itd.

Nie pamiętam już dziś ile tysięcy starych złotych zapłaciłem za ten tomik, ale wiem, że sprzedaż trwała kilkanaście minut. Nikt nie wykładał książek na półki – wszystko szło prosto z samochodu i kartonów stojących na środku (sic!) sklepu. Żaden tam Harry Potter czy inne wymyślone historie nie mogą się z tym równać. Tutaj chodziło o coś więcej niż czytelnicza ciekawość. Gdy wspominam podniecenie, z jakim otwierałem pierwsze karty tej książki wydaje mi się ono śmieszne, ale w 1990 roku był to świeży powiew innego spojrzenia na kilka dekad PRL-u. Trudno opisać jak bardzo wtedy potrzebny.

Edward Gierek w rozmowie z Januszem Rolickim opowiada historię swojego życia nie tylko tego stricte politycznego przez pryzmat zdarzeń wszystkim znanych, ale widzianych oczami ich aktywnego uczestnika. Jest to podróż w czasie od biedy przedwojennego Zagłębia poprzez zagmatwane Polaków wojenne losy, aż do stalinizmu, odwilży i tego, na co czytelnik czeka najbardziej – dekady lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego już dziś stulecia.
Książka jest ogólnie lekka w lekturze, ale rozbudzająca głód wiedzy politycznej, prowokująca do przemyśleń, własnych osądów i co chyba najważniejsze, naświetlająca wiele spraw w zupełnie nowym wtedy i odmiennym od oficjalnego tonie.

Czy dziś, po dwudziestu latach warto do niej wracać?
Myślę że tak.

Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że o ile tomik „Ludzie Stalina” Roja Miedwiediewa był pierwszą nieśmiałą próbą wyłamania się z zastałych latami opinii, a „Erotyczne immunitety” Anastazji P. szokiem obyczajowym, to „Przerwana dekada” jest czymś pośrednim. Z jednej strony burzy stereotypy, a z drugiej pokazuje inne, ludzkie (co nie znaczy – dobre) oblicze znanych i nierzadko szanowanych.

Spowiedź życia i goryczy człowieka, który jakkolwiek go dziś oceniać, był i przez wielu nadal jest być może jedynym obok generała Ziętka autentycznie lubianym politykiem real socjalizmu.
I już samym tym zasługuje by o nim pamiętać.
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.