poniedziałek, 20 grudnia 2010
niedziela, 19 grudnia 2010
Wciągnij brzuch czyli bajki robotów
Fascynuje mnie ostatnimi czasy zjawisko, które nazwałbym syndromem Trabanta*, a mianowicie istnienie różnych produktów w wersjach quasi rozwojowych, a jednak zapomnianych lub zapominanych. Brzmi dziwnie? Już tłumaczę.
Każdy chyba zetknął się choć raz z kasetą video. Skoro tak, to również fakt, że nie ograniczają się one tylko do jednego formatu jest chyba ogólnie znany. W Polsce (tak sądzę) dla większości kaseta video, to określenie kasety VHS. I teraz sedno, zanim Czytelnik zaśnie.
Że poza VHS-em, dziś już „świętej pamięci” produkowano też lepszy sprzęt i taśmy systemu S-VHS to żadne odkrycie, ale kto z ręką na sercu przyzna, że słyszał o VHS-ach z jakością lepszą niż płyta DVD? A jak się okazuje jest coś takiego! Jakaś zupełnie zapomniana, a jakże oryginalna odnoga powszechnie znanej i od dawna już nie traktowanej poważnie technologii. Dziwne, prawda?
Takich „Trabantów” jest albo było wokół nas sporo. Stare kasety magnetofonowe systemu CC miały przecież być zastąpione na progu lat dziewięćdziesiątych nie tylko jeszcze w miarę kojarzonymi dziś kasetami DAT, ale także DCC (Digital Compact Cassette), wynalazkiem Philipsa, którego sprzęt, co oczywiste, był wstecznie kompatybilny z poczciwymi analogowymi kasetkami, spotykanymi jeszcze niedawno w naszych domach. Ba! Mało tego! W latach 80 ubiegłego stulecia skonstruowano nawet kamerę nagrywającą na kasetę magnetofonową kilkuminutowe czarnobiałe filmiki!!!
Albo dyskietka. Dziś raczej poza ZUS-em ;) mało używany nośnik. A w latach dziewięćdziesiątych aparaty cyfrowe Sony Mavica zapisywały na niej zdjęcia. Dla jasności – same zapisywały, tzn. były jednocześnie czymś w rodzaju stacji dyskietek w wersji portable. Skoro zaś jesteśmy przy dyskietkach, to czymś co na przełomie lat 80 i 90 XX w miało je zastąpić był wynalazek o nazwie LS-120, system zapisu z możliwością pomieszczenia 120 MB. Dziś tyle pamięci ma byle telefon komórkowy, ale np. w 1994 roku? Sto dwadzieścia megabajtów!? Szok! Rzecz jasna LS-120 odczytywał i zapisywał także dotychczasowe nośniki.
Klasyką trabanciarstwa były znane z lat 90 odtwarzacze video lub odtwarzacze z możliwością nagrywania. Znów mowa o VHS-ie. Nie stać Cię na magnetowid? Kup odtwarzacz! Albo bardziej nawet odtwarzacz z możliwością nagrywania. Różnicy w przypadku tego pierwszego tłumaczyć nie trzeba, a drugi od magnetowidu różni się brakiem tunera i timera, czyli skazaniem na nagrywanie „tępe” z doprowadzonego kablem sygnału.
No właśnie. Więc te kasety a' la DVD, od których zacząłem, cóż to jest? Ano wymyślił ktoś D-VHS, czyli cyfrowego VHS-a, nagrywającego (proszę łyknąć relanium i popić) do 40 GB na taśmę DF-480! Czas nagrania zależny od wybranego trybu jakości od 4 do nawet 40 godzin na kasetę. Rozdzielczość? W najwyższych trybach 1920 x 1080 lub 1280 x 720. O tym, że sprzęt obsługuje obydwa wcześniejsze formaty (czyli S-VHS i VHS) zgodnie z ich natywnymi parametrami pracy chyba nie muszę wspominać?
No i jak? Komu jeszcze poczciwe "wideło" wydaje się zabytkiem? ;)
„Trabantów” ci u nas dostatek. Półautomatyczne pralki, telewizory kineskopowe superslim (w najgrubszym miejscu ok. 28 cm), komputerowe nagrywarki combo (DVD-ROM + CDRW) czy na przykład standard SVCD jako „ratunek” przed upadkiem VCD z jednej, a nadejściem DVD z drugiej strony. No i oczywiście SACD czyli ulepszone płyty kompaktowe czy też HD-DVD jako reakcja na Blu-ray.
Pora na morał.
Zapyta ktoś całkiem słusznie, co w tym wszystkim fascynującego? Ot, zwykły postęp technologiczny. Racja, ale jednak ciekawy o tyle, że gdy się zastanowić, dojść można do wniosku, że my ludzie zachowujemy się czasem podobnie (?) chcąc w różnych sytuacjach wyglądać na młodszych, piękniejszych, sprawniejszych, inteligentniejszych czy bogatszych niż jesteśmy. I tak jak z maszynami bywa, najczęściej przegrywamy tą "wojnę formatów" tym boleśniej, im bardziej wierzymy, że poprawione zastąpi komukolwiek lepsze.
Zapyta ktoś całkiem słusznie, co w tym wszystkim fascynującego? Ot, zwykły postęp technologiczny. Racja, ale jednak ciekawy o tyle, że gdy się zastanowić, dojść można do wniosku, że my ludzie zachowujemy się czasem podobnie (?) chcąc w różnych sytuacjach wyglądać na młodszych, piękniejszych, sprawniejszych, inteligentniejszych czy bogatszych niż jesteśmy. I tak jak z maszynami bywa, najczęściej przegrywamy tą "wojnę formatów" tym boleśniej, im bardziej wierzymy, że poprawione zastąpi komukolwiek lepsze.
Dobranoc ;)
* - Trabant, kultowy samochodzik produkcji NRD był w swojej ostatniej wersji produkowany z czterosuwowym silnikiem VW Golfa.
Etykiety:
człowiek,
komputery,
noc,
punkt widzenia,
technikalia,
wspomnienia
sobota, 18 grudnia 2010
Fin de siècle
Przy okazji przedświątecznych porządków trafiłem na dnie którejś szafy na swój starusieńki zeszyt z biologii. Nic szczególnego. Lekcje, rysunki, parę dowodów na to, że edukacja moja, jakże krótka przecież, wyraźnie jednak niszczyła moje jestestwo i czas wolny, a nadto uwierała niczym ciasny but rozrośniętą stopę mych aspiracji.
Ale i coś jeszcze znalazłem. Pakiet wspomnień. Darmowy.
Mam taką teorię, że pamiętamy w życiu wszystko od A do Z, absolutnie każde słowo z każdego dnia, tyle, że w trosce o sprawność naszego "systemu” wspomnienia te są poukrywane w różnych folderach, do których na co dzień nie mamy dostępu. Ale one tam są, z całą pewnością.
Ciekawe czasy. Przełom epok. Z jednej strony to, co normalne dla odchodzącego wolno w niebyt PRL-u, a z drugiej porywająca kolorami tureckich sweterków nowa Polska. I my, na progu dorosłości, rzuceni w to wszystko bez kół ratunkowych.
I co z tego, że na mojej pierwszej umowie o pracę pierwszym punktem była „socjalistyczna dyscyplina”? Nikt już wtedy o niej nie myślał.
Ale po kolei. Zaczynałem edukację ponadpodstawową jeszcze w Państwie Ludowym. Szkoła naprawdę nas ubierała i karmiła za friko, a nadto oferowała comiesięczną pensję, darmowy basen, autokarowe wycieczki i zbiorowe oglądanie filmów ze śnieżącego VHS-a.
Nie uczono już nas o Leninie ani niczym podobnym. Chwilowo nikt jeszcze nie wiedział do czego zmierzamy. Dla bezpieczeństwa trudne tematy pomijano. Chociaż nie zawsze. Nie zapomnę lekcji historii z 1988 roku. Nowy nauczyciel zadał nam pytanie: czy wiemy jakie było ostatnie polskie zwycięstwo? Oczywiście wszyscy rzucili się, że Berlin 1945, ktoś tam wspominał Lenino albo ostatecznie Monte Cassino, a nasz pan wciąż tylko kręcił głową, że nie i nie…
Warszawa. 1920 rok. – wiecie coś o tym? – spytał wreszcie cichym głosem
Nie mieliśmy pojęcia.
I wtedy nam opowiedział.
O Prawdziwej Polsce, tej z orzełkiem w koronie, o prawdziwych bohaterach, o prawdziwej dumie.
Miałem gęsią skórkę. Do końca życia nie zapomnę tej lekcji. Nikt nie przeszkadzał, nikt nie szeleścił, nikt nie spoglądał na zegarek. Chłonęliśmy tą inność całymi sobą. Przeżywaliśmy ją i trawili nie mogąc nijak dopasować do tego, czego uczono nas wcześniej.
Albo Powstanie Warszawskie. Najpierw lekcja, parę tygodni później wypracowanie. Napisałem właściwie bez dat i faktów tylko to, co najgłośniej krzyczało mi w głowie. Stalin, zbrodnia, oczekiwanie, zdrada! Cztery strony krzyku rozpaczy nad ginącymi polskimi cywilami i żołnierzami. Dostałem piątkę.
Mój kolega w tym samym czasie wyleciał ze szkoły. Za coś, co dziś może wydawać się żartem, za statystowanie w filmie. Rodzice napisali mu usprawiedliwienie, a on wyjechał do muzeum Auschwitz, dał się za ciężkie pieniądze ogolić na łyso i grał więźnia.
Gdy wrócił odebrał tylko papiery i musiał się z nami pożegnać.
Skoro szkoła to i sniadanie. Przypomniały mi się nieśmiertelne kanapki z żółtym serem. Duże bułki, jasne, pachnące, okrąglutkie. Do tego czerwone jabłko. Trzecia albo czwarta lekcja i wymarsz z tacą po porcję dla trzydziestu osób. A potem pół lekcji mlaskania aby dłużej. Szczególnie na matematyce.
Kobiety. Ha! Szkoła była męska, dziewczyn ani śladu. Pozostawało platoniczne wpatrywanie się w nauczycielki. Gdy po pierwszym roku dyrektorka przestała wykładać nam geografię (a dalibóg geografia była ostatnią rzeczą o jakiej myśleliśmy wpatrując się w nią jak w obraz) atmosfera była grobowa…
Książki... W zasadzie wtedy czytałem mało (odwrotnie niż teraz) . Najczęściej brałem te, które zwracał mój kolega, bardzo już wtedy znający się na literaturze. Czytanie było passe. Sama nauka zresztą także, czego efektów dla mojego dalszego życiorystu pozwolę sobie w tym miejscu nie skomentować...
Zupa! No właśnie! Darmowa zupa z wkładką. Zakład, który miał nas zatrudnić gdy skończymy szkołę, wydawał posiłki dla swoich pracowników, oczywiście za darmo. Całym sznureczkiem przeciskaliśmy się o odpowiedniej godzinie przez dziurę w płocie, aby zakosztować tego smakołyku. Do czasu, aż w kapuśniaku odnaleźliśmy, powiedzmy inne formy życia, których obecność tamże skutecznie odebrała nam apetyt, a niektórym i pewnie drugie śniadanie.
Kujon? Nie, to nie ja. Byłem wprawdzie dobrym uczniem, czego nie mam powodów się wstydzić, ale nie nazwałbym siebie kujonem. Ot, udawało mi się umieć. Zresztą od zysków w notowaniach, jakie się dzięki temu miało u nauczycieli ważniejsze było ich zaufanie, które przy odpowiednim podejściu znacznie upraszczało dalszą walkę o dobre oceny.
Pamiętam, że zdawałem WF wożąc jakiś żużel na bieżnię, matematykę zanosząc pożyczony ze szkoły odkurzacz mężowi matematyczki, a biologię maszerując do apteki po mleczko na wrzody żołądka ;))
Były też praktyki. Baaardzo złe praktyki. Na budowie na przykład, wespół z wojskiem. I winami owocowymi.
Śpiewający Osinobus na katowickim osiedlu Tysiąclecia ("A gdybym był młotkowym to co byś powiedziała?") niejednemu musiał wówczas zapaść w pamięć. Nam nie mógł, bo niektórzy nie wiedzieli nawet gdzie są.
„No jak młody? Wolisz pilnować lepiku czy skoczysz po famfaramfam?”
Się skakało.
------------------
W wielkich szkolnych oknach odbija się słońce. Wybiegamy roześmianą gromadą prosto w jego promienie.
I znikamy.
I znikamy.
Jak tamten czas.
Bezpowrotnie.
poniedziałek, 13 grudnia 2010
13.12.1981
Dziecko pamięta inaczej...
----------------
Pranie to był cały ceremoniał. Wielki kocioł na gazowym palniku, unoszące się wokół kłęby pary i pływająca w wannie pościel...
Ileś godzin spędzonych zamiast w domu - w piwnicy i moje buszowanie wśród starych książek i gazet ułożonych karnie obok słoików z kompotami.
Tamtego dnia, już wieczorem, rodzice jak zwykle przy takiej okazji zarządzili mi kąpiel. Piwniczne okienko zasłonięto kocem, do wody wsypano „szyszkę” (rodzaj soli kąpielowej nazywany tak przeze mnie z racji kształtu szklanego opakowania) i jak po każdym praniu pozwolono wymoczyć się w wannie ile tylko chciałem. Po takim pluskaniu i dowleczeniu się na drugie piętro zasypiałem już w moment.
Nazajutrz, w niedzielny poranek jak co tydzień wyruszyłem w drogę do kościoła. Było mroźno, padał lekki śnieg, a na murach domów niepokojąco powiewały białe płachty papieru. Podszedłem do jednej z nich. „Obwieszczenie o wprowadzeniu stanu wojennego” — przeczytałem tytuł. Rozejrzałem się wokół. Jak okiem sięgnąć plakaty wisiały prawie na wszystkich budynkach. Co i rusz podchodził do nich ktoś i podobnie jak ja próbował zrozumieć, co tak naprawdę się stało. Ulica była pusta i cicha.
Szedłem powoli dobrze znaną droga, ale wszystko wydawało mi się już inne, groźne, obce. Bałem się, że to wojna, że lada moment zacznie się coś podobnego do filmów pokazywanych do znudzenia w telewizji — strzelanina, wybuchy, krzyki. Mimo, że zbliżałem się do kościoła postanowiłem nagle wracać biegiem do domu.
W każdą inną niedzielę z pewnością dostałbym lanie, ale tego dnia, gdy mama otworzyła mi drzwi usłyszałem tylko:
Dobrze, że jesteś.
Dobrze, że jesteś.
niedziela, 12 grudnia 2010
Rififi po sześćdziesiątce
Są takie miejsca, w których czas nie istnieje. Jednym z nich jest moja portiernia.
Proszę sobie wyobrazić brudnoszarą, niegdyś zapewne pomarańczową (!!!) boazerię, niesprawny od lat zegar, zaplombowaną gablotkę z kluczami do hal i budynków, które buldożery zamieniły w kupę gruzu dekadę temu i wiszące na ścianie „ważne numery telefonów” z Milicją Obywatelską na pierwszym miejscu…
Pełny oldskul.
I teraz w takiej scenerii dwóch (nie bójmy się tego słowa) cieciów na granicy rękoczynów, wałkujących podniesionym głosem kwestię „mieć czy być”. Zaśnieżoną nocą na peryferiach miasta i życia. O wpół do czwartej dokładnie! Niewiarygodne? Owszem, a jednak prawdziwe.
Zaczęło się od zwykłej rozmowy na temat układu dyżurów w święta i jego wpływu na nasze plany. Od słowa do słowa doszliśmy do sprawy jednego z kolegów, którego z przyczyn rodzinnych raczej Boże Narodzenie nie cieszy i wtedy mój współtowarzysz wyraził jakże odkrywczą myśl:
-A po co mu żona w święta albo dzieci? Żeby łazili za uszami? Tak ma chłop święty spokój. Kupi se wódeczkę, odpocznie, zje dobry obiad w restauracji…
-A może jemu nie o dobry obiad chodzi, ale o to, żeby mieć z kim usiąść przy tym stole, tak samo jak rok temu? – odpowiedziałem czując jak szybko rośnie mi ciśnienie.
-Co? Ty chyba życia nie znasz! Jak ma kasę, to se znajdzie taką babkę na święta, że palce lizać i co mu po żonie? Lokal, rozumiesz… Dobre jedzonko…
-Ale to mu rodziny nie zastąpi!
-Rodzina! Coś ty taki dziwny? Pójdzie do lokalu, zabawi się albo wyjedzie na sylwestra do Paryża… Byłeś kiedy w Paryżu?
-Nie!
-No widzisz. Tak że nie ma co rozpaczać.
-Ale ja mówię o świętach, o rodzinie, o atmosferze, a nie o kasie!
-Ja też o świętach!
-Nie. O pieniądzach. A pieniądze to nie jest najważniejsza rzecz na świecie!
-Nie? A co niby?
-Ku…! – nie wytrzymałem – Co by mi było po świętach z kimś, kogo KUPIŁEM?
-A co ty pierd… – rozmówca wyraźnie się rozkręcił – Zabawi się, potańczy, napije i też ma święta.
I tak do oporu. Całości nie ma sensu cytować.
Zgadza się. Jestem idealistą, choć wcale nie nazwałbym tak sam siebie. Uważam, że pieniądze są ważne, są też środkiem do celu, którym może być lepsze życie i nie ma w tym niczego niestosownego, ale gdy stają się tylko celem, stają się też chorobą. Na taką chorobę cierpi przypuszczalnie ów pan, w którego towarzystwie przyszło mi spędzić ten dyżur.
Nie chciałbym, żeby ten post brzmiał jak donos, nie w tym rzecz, ale myśląc nad naszą nocną dyskusją przeanalizowałem rozmowy z pozostałymi kolegami z obiektu, na którym pracuję. Jest nas razem jedenastu. Gdyby sprawa miała się tak, że nie dogaduję się z żadnym lub z większością, to uznałbym bez bicia, że wina jest po mojej stronie, ale skoro z dziesiątki wojuję tylko z jednym…
Jest w człowieku coś takiego, że gdy wierzy w coś, co jest dla niego ważne, a spotyka na swojej drodze kogoś myślącego radykalnie inaczej, to jakoś automatycznie i jego poglądy się „stroszą”, stają bliższe jakiemuś ekstremum. Podobnie było tej nocy chyba i z nami.
Pan, o którym tu wspominam przy dosłownie każdej okazji opowiada mi o swoich pieniądzach. We wszystkich konfiguracjach. O podwyżce w firmie, o waloryzacji emerytur, o cenach alkoholu, ubrań, wczasów itd. Nawet, gdy już nie wytrzymałem i grzecznie poprosiłem go o zmianę tematu pokazał mi swój złoty zegarek…
Wszystkie argumenty, jakie mam na taką wizję świata zabrzmiałyby tu bardziej staffowsko niż realistycznie, więc zachowam je tym razem dla siebie, ale przyznam się, że przestraszyłem się tego człowieka.
On wierzy w to, co mówi.
poniedziałek, 6 grudnia 2010
Godzina duchów
Religia w naszym kraju od wieków jest częścią polskości, jej spoiwem i dodatkową siłą. Tam gdzie polskość była w odwrocie, tam gdzie słabła, tam zawsze jej miejsce przejmował katolicyzm. Tak było pod zaborami, tak było podczas wojen, tak też z całą pewnością działo się pomiędzy 1944 a 1989 rokiem. Wiara połączyła się w tych trudnych czasach z patriotyzmem i pozwoliła mu przetrwać. Nikt trzeźwo myślący nie odważy się temu zaprzeczyć.
Ale gdy okres walki o wolność dobiegł końca i zaczęło się budowanie nowej Polski okazało się, że nie mamy przepisu na miejsce, jakie w niej zajmować miałby Kościół. Spory o ustawę aborcyjną, krzyże Świtonia w Oświęcimiu, mniej lub bardziej zawoalowana chęć wpływania hierarchów na politykę, to wszystko sprawiło, że doszliśmy do zdawałoby się niemożliwego – buntu przeciwko narzucaniu nam (znów) jedynie słusznych poglądów. To, co dla żołnierzy AK czy NSZ, bohaterów roku 56, 70, 76 i zwłaszcza 80 było nie do pomyślenia, dziś dla dwudziestokilkulatka jest czymś absolutnie normalnym. Kościół nie zawsze i nie we wszystkim ma rację, a już na pewno nawet mając ją, nie ma prawa komukolwiek jej narzucać.
Przynajmniej nie tam, gdzie dyskusja tyczy się spraw organizacyjnych państwa i różnorodnie rozumianej polityki bieżącej.
Przynajmniej nie tam, gdzie dyskusja tyczy się spraw organizacyjnych państwa i różnorodnie rozumianej polityki bieżącej.
Od czasów przełomu 1989 roku postępuje zatem na naszych oczach erozja wiary, głównie zresztą tej wiary pisanej z małej litery, wiary w nieomylność ludzi w sutannach. O ile do czasu śmierci Jana Pawła II proces ten przebiegał w ukryciu i z oporami, o tyle później znacząco przyspieszył i przeniósł się na ocenę Kościoła, jako takiego.
Ta przemiana, jaka się dokonała w młodych ludziach i stopniowo dokonuje także w starszych, miała wpływ na pewną radykalizację drugiej strony, a może i obu stron jednocześnie. Wprowadzono stan wojenny w myśleniu i ocenianiu. Pewien jestem, że jak każdy radykalizm tak i ten do niczego dobrego nas Polaków nie doprowadzi.
Myślę o tym, ponieważ zdarzyło mi się wczoraj słuchać przez godzinę (a po kilku latach przerwy) Radia Maryja, a w nim dyskusji ze słuchaczami. I o ile wolno mi tak powiedzieć, przecierałem uszy ze zdumienia.
Mężczyzna omawiający sprawę przegranej w wyborach na stanowisko prezydenta Warszawy Czesława Bieleckiego sugeruje, że należy zastanowić się nad celowością popierania przez PIS człowieka, który prawdopodobnie jest Żydem. OCZYWIŚCIE to według dzwoniącego MA ZNACZENIE.
Profesor J. R. Nowak odpowiada spokojnie (nikt słuchaczowi w trakcie długiej wypowiedzi nie przerywał), że może sprawa pochodzenia nie jest jednak najważniejsza, ale przecież Bielecki jako polityk ma inną wadę niezaprzeczalną, jest bowiem agnostykiem.
W kraju w którym 70 procent populacji nie zrozumie takiego słowa ciężko mi uznać agnostycyzm za wadę, ale niech tam, jestem tylko portierem. Słucham więc dalej.
A to dopiero początek.
W kraju w którym 70 procent populacji nie zrozumie takiego słowa ciężko mi uznać agnostycyzm za wadę, ale niech tam, jestem tylko portierem. Słucham więc dalej.
A to dopiero początek.
Następny dzwoniący twierdzi, że pani Kluzik Rostkowska od początku wydawała mu się jakaś dziwna, a pan Poncyliusz inny. Tą opinią wpisuje się zresztą w wywody prof. Nowaka opisujące szczegółowo, kto z „rozłamowców”, kiedy i w jakich okolicznościach zachował się tak lub inaczej i mówił to lub tamto. Konkluzja jest jasna. „PIS oczyścił swoje szeregi z osób chwiejnych, niepewnych, nieskutecznych i szkodzących partii. Dobrze, że już ich tam nie ma. Od początku nie pasowali do reszty” .
Który to rok mamy w kalendarzu?
1953? 1976? 1981?
1953? 1976? 1981?
Nieważne.
Kolejny telefon. Tutaj dzwoniący przebija wszystkich oświadczając, że prezes Kaczyński jest jak Napoleon, którego też zawodzili czy wręcz zdradzali doradcy…
Jeszcze kilka głosów w podobnym tonie. Oczyszczenie, kłopotliwe elementy, niepewni ludzie itp. Pan profesor oczywiście skwapliwie potwierdza to wszystko apelując przy tym do prawicy o zjednoczenie w imię patriotyzmu i polskości przeciwko (uwaga!) meksykanizacji Polski. (Say what?!)
Tym razem kobieta. Znów problem z prezydentem Warszawy. Bo ten Bielecki to z tą Łepkowską bez ślubu żyją, w konkubinacie! To przecież dla polskiego polityka absolutna dyskwalifikacja!
O 23:40 do studia dzwoni sam Dyrektor. Opowiada o swoich spotkaniach ze zwykłymi ludźmi i ich szczerej wierze. Już mam nadzieję, że będzie milej, gdy po chwili padają słowa pełne żalu do naukowców, którzy nie pracują z narodem w imię idei, nie angażują się jak powinni (?) i stoją tylko z boku czekając na zaszczyty.
A potem jest już tylko gorzej.
Na chwilę przed północą o. Rydzyk wzburzonym głosem mówi o 25 milionach Polaków zamordowanych przez Polaków po wprowadzeniu ustawy aborcyjnej, oraz dwóch setkach płodów, które (gdzieś, kiedyś - dodaje) zatkały kanały ściekowe…
I o Bogu.
Zadaję sobie pytanie, po co Go do tego wszystkiego miesza...
----------------------------------------------------
Dla jasności. Uważam, że za obecną sytuację pomiędzy Kościołem, a społeczeństwem, za obecną ocenę Kościoła zwłaszcza, odpowiedzialne są obie strony. Tak jak nie jestem w stanie zaakceptować ofensywy absurdalnego dziś już fundamentalizmu, tak zawsze będę przeciwnikiem obrażania czy drwin z Wiary, papieża czy instytucji kościelnych.
sobota, 4 grudnia 2010
Most do Terabithii
Z mojego okna widać wiadukt. Na stokach jego grobli leży gruba śniegowa pierzyna przesłaniając i zrównując wszystko wokół w jedną mglistą, zimną całość pośrodku której pojawiają się nagle niebieskie poręcze.
Drogą która przechodzi górą suną w dzień i w nocy długie sznury aut. Od lat niezmienne w swym pędzie ponad moim światem.
Bo tu jest mój świat.
Pomiędzy filarami widać drzewa, a kilkaset metrów dalej dom w którym się wychowałem, całą krainę mojego dzieciństwa. To z tamtego okna z drewnianym płotkiem obserwowałem śpiące na pętli tramwaje, to za tamtymi brudnymi garażami toczyłem partyzanckie bitwy, to w tamtym sklepie kupowałem słodycze.
Dawno temu.
Patrząc z okna na groble pokryte śniegiem starałem się odczytać z niego ile jeszcze potrwa zima, kiedy przez białą nicość przecisną się pierwsze zielone źdźbła trawy, kiedy wreszcie w lśniącej balustradzie odbiją się promienie wiosennego ciepła.
Nigdy nie zastanawiałem się co jest za wiaduktem. Moje tu i teraz tam nie docierało i nawet nie czuło chyba takiej potrzeby. Wszystko co było wokół mnie zamykało się w ramach znanych podwórek, ulic i hałd. Dalej było niewiadome. Może wielki świat, może otchłań ciemności.
Dziś patrzę jak wtedy na drugą stronę. Z innego już miejsca, czasu, wieku i stanu świadomości. Teraz to mój dom jest TAM, a ja TUTAJ. Cichą spokojną podmiejską ulicą z rzadka przemknie spłoszony autobus, rzadziej przechodzień. Na górze jak wtedy pędzą samochody. Z pozoru nic się nie zmieniło, poza punktem widzenia.
Przeszedłem pod wiaduktem. Nieodgadnione stało się jasnym. Tajemnicze - prostym. Dziś wypatrując na horyzoncie CZEGOKOLWIEK, widzę tylko swój stary dom, dzieciństwo, podwórko i okna za którymi od dziesiątek już lat mieszkają obcy mi ludzie.
Przeszedłem pod wiaduktem. Nawet nie zauważyłem kiedy.
I nigdy nie spróbowałem się na niego wspiąć.
czwartek, 2 grudnia 2010
Boso, ale w ostrogach
Pewien mój znajomy, nazwijmy go X, zaopatrzył się był w buty. Rzecz w branży portierskiej niebagatelna dla budżetu, a więc także ważna w całokształcie życiorysu. Można powiedzieć nawet, że nie da się wobec tej kwestii przejść bez słowa, tym bardziej zresztą, gdy buty są dziurawe. Zbyt mocno i zbyt szybko niżby się tego można było spodziewać oceniając markę producenta oraz cenę wyżej wymienionych.
Jako że X pozytywnie odróżniając się tym od większości braci portierskiej nie daje sobie po głowie skakać (szczególnie w butach), wziął i zakup swój zareklamował. Wyreklamował znaczy. No oddał po prostu.
W swojej naiwności wydawało mu się że but dziurawy po czterech miesiącach od zakupu jest bezsprzecznie czymś nieplanowanym przez producenta, że o kliencie nie wspomnę i zwrot gotówki lub dostarczenie mu nowej pary będzie formalnością.
Taaa…
Dalej jeszcze kilka mądrych zdań o braku należytej dbałości ze stony butoposiadacza oraz ogólne stwierdzenie absolutnej niewinności producenta tudzież sprzedawcy. Potwierdzone jego własną ekspertyzą. (sic!)
Uśmialiśmy się wczoraj do łez ze sformułowania o badaniu organoleptycznym, które jednak większości kojarzy się bardziej z konsumpcją niż po prostu z oględzinami, jak również z "powierzchni użytkowych" nadających się pod obuwie będące przedmiotem sporu (co zrobić na ulicy, gdyby okazało się, że puzzle są OK, ale asfalt już nie?), aż wreszcie po krótkiej naradzie ustaliliśmy, że nonsensy tego świata należy zwalczać również nonsensami, czego wynikiem będzie list do centrali firmy z zapytaniem, jakież to powierzchnie certyfikowane są przez niego, a także od jakiego rozmiaru dziury (proszę wybaczyć wieloznaczność) producent poczuwa się już do odpowiedzialności.
X ma nadzieję, że nie potraktują go per noga...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.








