Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


czwartek, 13 stycznia 2011

Prywatne śledztwo

Mój pierwszy raz?

Zdaje się lata osiemdziesiąte i chyba ta słynna emka, czyli magnetofon kasetowy zakupiony z narażeniem życia i zdrowia za wystękane od rodziców pieniądze.

Zepsuł się. Po dwóch dniach.

Jaki to był cios dla początkującego audiofila ;) nietrudno sobie wyobrazić. Następnego ranka byłem w sklepie zaraz po otwarciu. Formułkę, którą miałem tam wygłosić dla pewności spisałem sobie na kartce i wykułem na blachę. Oczywiście wymienili mi bezproblemowo.  Należy tu zauważyć, że w tamtych czasach można było oddać coś na zasadzie „bo nie i już” i też przyjmowali. Pamiętam jak w ten sposób jeszcze lata wcześniej niż magnetofon wymieniałem pluszowego misia na autobus, a następnie autobus na innego misia, aż wreszcie… skończyło się na misiu początkowym. Przy kolejnym podejściu pani z kiosku tylko zasunęła szybę na mój widok!

A więc jednak miś był pierwszy. Hmm…

Nie wiem skąd wzięły się u mnie, osoby z natury cichej i nieśmiałej, pokłady determinacji i nierzadko odwagi cywilnej, które pomagają mi w życiu walczyć o swoje. W każdym razie mam tego sporo i od dawna.

Mieszkając jeszcze z rodzicami zawsze to ja odpisywałem na urzędowe listy albo zajmowałem się wszelakimi reklamacjami wszystkiego począwszy od nieświeżej musztardy do zadrapanego telewizora. I to bynajmniej nie dlatego, że moi rodzice nie potrafili takich spraw okiełznać, skądże, robiłem to, ponieważ budził się we mnie szatan, gdy widziałem, że coś jest nie tak.

Proszę sobie wyobrazić miny pań w biurze np. spółdzielni mieszkaniowej na widok perorującego trzynastolatka z plikiem papierów pod pachą! „Przecież myśmy to wpłacili, o widzi pani, tutaj, a dostajemy jakieś upomnienia co i rusz!”

Dopóki byłem uczniem, zajmowałem się, co chyba naturalne, bardziej sprawami rodziców i naszymi wspólnymi, a mniej miałem „zleceń własnych”, ale gdy zacząłem pracę powód do kolejnej wojenki pojawił się prawie równocześnie z nią.

Jako klasowy prymus (ten od dobrych stopni, nie ten od herbaty na biwaku) przyjąłem się do pracy zaraz po zakończeniu roku szkolnego dobrowolnie wycinając sobie tym samym z życiorysu ostatnie pełne wakacje. Dostałem jakąś tam stawkę, zacząłem pracować (kiedyś o tym opowiem, bo to też historia) i wdrażałem się w bycie dorosłym. Wszystko wydawało się być na swoim miejscu. Do czasu.

Po wakacjach dołączył do mnie kolega z klasy. Początkowa radość ze spotkania przygasła dramatycznie gdy okazało się że na jego umowie stawka zaszeregowania była o grupę wyższa. Oczywiście nie do niego miałem pretensje, ale do firmy, za to jednak całkiem spore. No bo jak to tak? Uczyliśmy się w tej samej szkole i klasie, mamy w tej samym zakładzie identyczne stanowiska, żaden z nas nie ukończył jakiegoś dodatkowego kursu czy nie posiada „ponadstandardowej” wiedzy, więc cóż nas różni?

Dyrektor.

Tak, tak. Dyrektor. Mnie przyjmował stary, a kolegę już jego następca. I już. I tyle.
Idę do kierownika, a potem do działu płac. Telefonuję do kogo się da. Nic. Skoro taka jest decyzja, to nie panu ją zmieniać, słyszę wszędzie jak echo.
No to zobaczymy.

Zanoszę do kancelarii pismo. Spokojnie, bez irytacji, ale ze słusznym oburzeniem wykładam w nim swoje racje. Pamiętam kluczowe zdanie: "Na dzień dzisiejszy nie ma więc żadnych podstaw do różnicowania nas, naszych kwalifikacji, możliwości, a więc co za tym idzie także stawek”

Następnego dnia wzywają mnie „na dywanik”. No toś sobie popracował – myślę.
Dyrektor uśmiechnięty huśta w dłoniach moją skargę.
-Mogę pana tylko przeprosić. Oczywiście ma pan rację. Już podpisałem decyzję o zmianie stawki.
-Ooo… Ten… no… dziękuję…
-Nie ma za co. Bardzo dobrze, że pan się z tym zgłosił. Mam takie pytanie tylko…
-Tak?
-Kto panu to pisał? Dział płac?
-Nie… Sam pisałem…
-No bo to świetne jest. Wie pan co? Mógłbym zostawić to sobie na wzór u siebie?
-Tak… jasne…

A zatem wygrałem. Z dyrektorem, nie tym najważniejszym wprawdzie, ale jednak ze ścisłej elity mojej kopalni. Mając ledwie siedemnaście lat na karku.

I tak już mi zostało. Pisanie, dzwonienie, domaganie się swojego. Tym mocniej, im bardziej sprawa wydawać by się mogła nierealna i tym odważniej im bardziej inni kapitulowali.

Rzecz jasna opowiadam dziś o samej (w pewnym sensie) asertywności jako takiej, bo nie da się ukryć, że wielkie sprawy nie zdarzały mi się co roku. Jak wspomniałem wyżej taka upartość jest we mnie tak samo szczera gdy maszeruję z „podejrzaną” wędliną do mięsnego jak i wtedy gdy wnoszę skargę na współpracownika jednej z najważniejszych osób na naszym kontynencie (a i to mi się zdarzyło).

Zapyta ktoś: a jak efekty? Zawsze wygrana?

Nie, oczywiście, że nie. Raz się wygrywa, trzy razy remisuje, a dwa przegrywa z kretesem, ale walczyć o swoje należy zawsze i bez wahania. Nawet jeśli jest się tylko szarym portierem. A może zwłaszcza wtedy.

Gdy przeglądam moje domowe archiwum i to papierowe w szafie i to elektroniczne na twardym dysku, spotykam tam różnych ludzi, lata i sytuacje. A to koleżance pomagałem wywalczyć wyższe alimenty, a to innej uświadomić firmę wodociągową, że projekt walnięcia przez środek czyjegoś podwórka rury wodnej dla całego osiedla jest… głupi, innym znów razem koledze tworzyłem przewracające do góry nogami całą sprawę pisma do Sądu Pracy (wygrał!), a już taki PIP, Urząd Skarbowy czy operatorzy telekomunikacyjni dorobili się u mnie własnych teczek albo folderów. O portierskim buncie w Akademii Medycznej wspominałem tu wielokrotnie, a to przecież (jako zapłon) też tylko ja i moje karteczki…

I myślę tak sobie o tych dekadach walki z wiatrakami idąc do sklepu spożywczego, w którym sprzedano mi dzisiejszego ranka (12.01) przeterminowane o kwartał (!!!) ciasteczka. Idę obmyślająć  na szybko taktykę. Fotki ciastek mam, dyktafon w kieszeni włączony, jak będą kombinować robię zdjęcie sklepu, a jeszcze lepiej półek z owym przysmakiem zombi i dziś blog, a jutro Sanepid albo jeszcze coś…

Ale niestety…
Pani stwierdziła tylko, że ma słabe okulary (sic!), przeprosiła i przyjęła towar z powrotem.

Poczułem się jak dresiarz na widok kartki o remoncie siłowni.

Czego i Wam życzę.

piątek, 7 stycznia 2011

Wideonarkomania

Kupiłem se wideło.
Rily, siur, of kors.

To było silniejsze ode mnie, jak to mawiał mój kolega po trzeciej butelce. Po prawie dziesięciu latach od wywalenia na  śmietnik stareńkiego magnetowidu i rozdania/rozprzedania kolekcji około 50 kaset, przyzwyczajenie okazało się drugą naturą. Mam go! Yuahaaaaaa!!! ;)

Nie żebym tęsknił za czyszczeniem głowic spirytusem czy wyłapywaniem kolejnych drop-outów (ręka w górę, kto wie, co to?) na taśmie marki noname, ale zaczadziło mnie zaglądanie w „zakazane” (przez zdrowy rozsądek) rejony Allegro. Najpierw tygodniami tylko sobie zwiedzałem i usiłowałem przypomnieć dawne nazwy, super ekstra ważne i nowoczesne funkcje oraz ceny tych cudeniek, a potem… Potem tak zapragnąłem znów usłyszeć dźwięk przewijanej taśmy, że postanowiłem kupić coś, dzięki czemu dotknę przeszłości raz jeszcze.

Poza książkami, dział magnetowidów i taśm jest jednym z niewielu w którym nie muszę się za mocno ograniczać finansowo, a dzięki temu jest mi tym bardziej miły. Więc cóż? Stanęło na tym, że kupię sobie magnetowid „do zabawy”, podobnie jak niektórzy nie wiedzieć po co spędzają godziny na instalowaniu na jakimś złomie Windowsa 95 z dyskietek, tylko po to, żeby zobaczyć „jak to tam było”.

Z początkiem lat 90, gdy euforia video osiągnęła w naszym kraju apogeum, byłem jak mi się wydaje bardzo dobrze zorientowany w temacie. Czytałem przeróżne miesięczniki, zbierałem reklamy, pomagałem dobierać sprzęt znajomym, a potem na kartkach w kratkę ładnie rysowałem im „instrukcje obsługi” np. pilota do telewizora czy właśnie „widea”. Szkoda, że nie zostawiłem sobie na pamiątkę któregoś z takich rysuneczków…

W tamtym czasie sprzętem high end (z przymrużeniem oka rzecz jasna) był dla szarego Kowalskiego magnetowid czterogłowicowy. I tyle. I już. O dźwięku stereo czy funkcji longplay nikt prawie nie słyszał, a gdyby nawet, to po co mu one były, skoro kasety nigdy nie były drogie, a telewizja nadawała monofonicznie? 

I teraz nawet przy założeniu, że kupuję coś nie do faktycznego użytkowania, a dla rozrywki i chwili wzruszeń technologicznych powstaje pytanie: czym się kierować? Cokolwiek wybiorę i tak będzie przestarzałe, to jasne. Trzeba więc znaleźć kompromis pomiędzy wiekiem, ceną i możliwościami.

Gdybym miał zbędne parę tysięcy (a nie mam) to najprawdopodobniej walnąłbym sobie JVC w standardzie Digital VHS, czyli cudo, o którego dziwnych możliwościach już kiedyś wspominałem. Dość powiedzieć, że wysiada toto dopiero w zetknięciu z Blu-ray’em, bo DVD bije jakością obrazu i dźwięku bezproblemowo.

Tak… Bądźmy realistami.
Ale to tak jakby prosić o umiar alkoholika zamkniętego na noc w monopolowym…

No to może S-VHS? Kiedyś grube tysiące (czy miliony), a dziś można kupić i za 200 i za 150 zł. Ale po co? Jakość jest gorsza od DVD, a i tak osiągalna tylko przy użyciu odpowiednich kaset, których cena nawet dziś jest zaporowa biorąc pod uwagę efekt końcowy. Skromnie licząc trzy, cztery dychy za sztukę. Nie nada.

Wracamy do punktu wyjścia.
VHS. Wrrr... Aż czuję mrówki na plecach :)

Ale jaki?
Stary gruchot z 1992 roku za 25 zł? No klimat by był, to pewne, ale z drugiej strony w jakim to musi być stanie po blisko dwóch dekadach? Jak polonez po dwóch zimach na parkingu…
Krew, pot i rdza.
No to może combo?

Takie cosik łączące odtwarzacz DVD/DivX z magnetowidem? Tylko że DVD to ja mam w formie nagrywarki, a tu ma być zabawka. Czyli odpowiedź jest prosta. Trzeba szukać schyłkowego, aczkolwiek tradycyjnego w miarę możliwości magnetowidu solo.

No to już patrzymy. Ceny czegoś takiego, oczywiście działającego i z pilotem (jak bez pilota, to wiadomo, że z wystawki w Bundesrepublik) wahają się między 30 a 130 zł. No dobrze.

Oglądam zatem dzień, tydzień, drugi tydzień i jakoś nie mogę się zdecydować. A to cena za wysoka, a to stan podejrzany, a to „nietestowany” czyli zepsuty na mur beton i w sumie zawsze czegoś brakuje. Aż pewnego dnia…

Aukcja kończy się za 3 godziny. Nikt nie licytuje (co wcale nie jest normalne, nawet w takim dziale), stan w zasadzie idealny, rocznik 2006, pierwszy właściciel, parametry jak marzenie i cena… 29 pe el enów.
Dwadzieścia dziewięć złotych!

Biere go! Pakujta, nie czekajta!

Licytuję.
Nic, tylko to minimum. Prawie półżartem. Gdzieś obok taki sam innej marki dobija właśnie za sprawą szóstego allegrowicza do 110 złotych… Nie ma szans, by tu nie ruszyło.

Ale właśnie że nie rusza!
O dziewiętnastej zero dziewięć roku pamiętnego staję się za cenę kilograma dobrych cukierków nowym właścicielem sprzętu, za który w roku powiedzmy 1995 płaciłbym raty dwa lata… A i to nie całkiem, bo wtedy nawet go jeszcze nie projektowali.
Ha!

Po trzech dniach odbieram malutką paczkę. Malutką, LEKKĄ paczkę. Szok.
Z wszelkimi wypełnieniami i podwójnym kartonem raptem cztery kilo. Jak sobie wspomnę mojego Sonic’a z 1991, którym można było bezproblemowo zabić dorosłego tyranozaura…

I oto jest. Mały, patrząc z góry mniejszy od większości odtwarzaczy DVD. Patrząc z przodu – mniejszy od najmniejszego jakie istniały „w moich czasach”. Biorąc zaś pod uwagę funkcje i możliwości – o niebo lepszy niż najlepsze z jakimi się stykałem do plus minus 2001 roku.
I jaki ładny, skubany...
Ten egz. nie jest mój - ja mam z oryginalnym pilotem - w końcu za coś płacę, nie? 

A więc tak. Mamy sześć głowic (tak się pisze, ale to zestaw 4 video plus 2 audio), tryb LP (do ośmiu godzin na kasecie E240, podczas gdy moja nagrywarka na DVD upycha tylko sześć), dźwięk hi-fi stereo, menu ekranowe na kształt systemu operacyjnego Amigi 500 :) i cichutki, jednak niesamowicie szybki mechanizm na dodatek. Za niecałe trzy dychy!

Po co mi to?
Nie wiem. Pozbyłem się analogów dosyć dawno, myślę, że zgodnie z „terminarzem” reszty świata. Od 1999 roku nie korzystam z analogowej telewizji, od 2000 z kaset audio, a od 2001 video. Chyba nieźle, ale za bardzo jak się okazuje radykalnie. Posprzedawałem pamiątki przeszłości i zostałem z tym, co niby współczesne, ale jakieś bezduszne ;)

Mam nadzieję, że takie rozważania nie doprowadzą mnie do zakupu któregoś dnia magnetofonu! Tfu! Odpukać!

Kurcze…
Commando z Arnoldzikiem ;) za 4 zł widziałem, a czteropak z Obcym za 20…
Tylko nie klikać, nie klikać, nie…

Nieeeeeee!!!

:)

czwartek, 6 stycznia 2011

Zasada ograniczonego zaufania

Sprawa, o której dziś opowiem nie jest czymś w naszym kraju nietypowym, ale reprezentuje to swoiście pojmowane podejście do biznesu, którego nie mogę mimo upływu lat zaakceptować. Oto firma zatrudnia pracownika na pół etatu i o dziwo czas nieokreślony. Nie płaci kokosów, ale płaci ile obiecała i ten temat zostawmy.




Pewnego dnia pracownik ów zostaje wezwany do kadr celem podpisania "aneksu".
Z dokumentu, który zostaje mu przedłożony wynika, że zmieniony zostaje z połowy etatu na ¼ jego wymiar czasu pracy (oraz adekwatnie wynagrodzenie) i że dzieje się to „na podstawie zgodnej woli i wcześniejszych uzgodnień obu stron”. Pozostałe warunki umowy nie ulegają zmianie. Data, podpis.



Tekst wydaje się brzmieć całkiem racjonalnie. Sytuacja pochodzi pod art. 42 KP., a w związku z tym powinniśmy zadać firmie wystawiającej tenże sympatyczny inaczej dokument kilka trudnych (?) pytań.

Oto one:

1.      Dlaczego zastosowano formę aneksu i powołania się na zgodę pracownika na zmianę warunków pracy, skoro takich ustaleń, a tym bardziej zgody nie było? ( W tym konkretnym przypadku domniemywać należy nawet, iż pracownik ze względu na swoją sytuację materialną zainteresowany byłby pracą na cały etat!)

2.      Dlaczego nie zastosowano formy wypowiedzenia zmieniającego wraz z opisem przyczyn proponowanych zmian, informacji o możliwości ich niezaakceptowania przez pracownika oraz terminów i skutków podjęcia przez niego odpowiednich decyzji w tym także (w razie odmowy) zwolnienia "z winy zakładu pracy"?

3.      Dlaczego brak jest informacji o możliwości odwołania się chociażby do Sądu Pracy?

4.      Dlaczego pracodawca nie czuje się partnerem pracownika, a traktuje go jedynie jak „wypełnienie komórki” w Excelu?

Takich kwestii znalazłoby się chyba więcej...


-------------------------

Przedstawione kopie dokumentów są fragmentami autentycznej umowy o pracę oraz "aneksu" do niej. Pliki zostały zamieszczone na tym blogu za wiedzą i zgodą osoby na nazwisko której je wystawiono. Wszelkie dane umożliwiajace identyfikację, takie jak nazwy własne, adresy, sygnatury, podpisy i daty zostały usunięte.

Dziękuję właścicielowi za użyczenie kopii do niniejszej prezentacji.

środa, 5 stycznia 2011

Ile waży koń trojański

Trzask prask i mamy rok 1972. Polska rośnie w długi a towarzyszom żyje się dostatniej. ;) Wychodzę z domu na piękny nowiutki chodnik i ciesząc oczy wiosennym słońcem udaję się do sam-u po buteleczkę soku Bulgar czy jak mu tam było…
I co dalej?

No właśnie.

Napisała do mnie jedna z Czytelniczek tego bloga, uparcie zresztą z powodów mi nieznanych wstrzymująca się od jego komentowania, bardzo ciekawy list. Ponieważ nikt nie dał mi prawa do publikowania go, skupię się tylko na głównym problemie. W trakcie wcześniejszej wymiany maili gdzieś tam zażartowałem, że w sumie do komuny mi nie tęskno, ale gdybym wrócił, to na pewno zapisałbym się od razu do partii albo (i) ORMO, bo i pochodzenie mam odpowiednie i nawet na starym Łuczniku piszę jakby sprawniej niż na komputerze. Ot, napisałem, zapomniałem, a tymczasem po drugiej stronie łącza ktoś się mocno wkurzył. Od razu dodaję, że wkurzył twórczo, potrzebnie i… bardzo ciekawie.

No bo co mianowicie zrobiłbym w ów słoneczny dzień przykładowego absolutnie anno domini 1972?
Naprawdę zapisał się do partii? Naprawdę wstąpił do ORMO? Naprawdę wszedł w cały ten komunistyczny światek z uśmiechem na umazanych sokiem ustach?

Oto jest pytanie!

Odpowiadając wcześniej autorce listu napisałem o firmie ochroniarskiej, w której (wbrew swojej woli de facto, bo po przeniesieniu z "cywilnej" Akademii Medycznej) pracowałem, a która to firma była i jest dla mnie ucieleśnieniem najgorszych dyktatur, w których każe się ludzi za słowa, myśli i uczynki zawsze, gdy tylko są one odmienne od wizji władzy. Powie ktoś, że to nie to samo, bo z firmy można odejść, a z komunizmu nie było to takie proste, ale ja nadal obstaję przy swoim. I żeby w pełni opisać swoje zdanie muszę się jednak podpierać doświadczeniami z mojego byłego totalitarnego w każdym calu miejsca pracy.

Otóż.
Można negować, trwać lub się angażować (w tym również z tchórzostwa). I to są trzy drogi. Negując wystawiamy się na atak, trwając (w znaczeniu „nie wychylając się) możemy przynajmniej teoretycznie żyć mniej lub bardziej po swojemu, zaś angażując się, jednoznacznie wspieramy siłę przewodnią, nieważne czy to komunistyczną partię czy złodziejską firmę ochroniarską. Albowiem zapomnijmy teraz o skali, a skupmy się na problemie.

Prawdopodobnie gdybym znalazł się w 1972 roku z tą wiedzą i w tym wieku, jakie mam dziś, to zapisałbym się nie tylko do partii wiadomej, ale także do TPPR-u, ZSMP, EKG, USB 2.0 oraz H2O. Dosłownie wszędzie. Dlaczego? To proste. Bo już wiem to wszystko, o czym oni tam jeszcze pojęcia nie mają. I w związku z tym pewnie nieźle bym się bawił.
Ale to oczywiście żarty rodem z Powrotu do przyszłości.

A naprawdę?

Jest rok 1972. Mam lat ile mam dziś, ale wiedzę adekwatną do czasów. PRL kwitnie, buduje się, rozwija. Nigdzie, na żadnym murze nie widać jeszcze pęknięć. To nie jest tak, że gdzieś tam im bił licznik „tyle do Okrągłego Stołu”. Nie. To po prostu jest i trzeba w tym żyć, bo inne, cokolwiek inne, jest za daleko.

Więc znów mamy problem, bo oceniając dzisiejszą miarą przeszłość, zawsze i wszędzie będziemy lepsi, uczciwsi, sprawiedliwsi i mądrzejsi. Ale my TAM bylibyśmy cichsi. Tamtejsi.

Wracam do „mojej” byłej firmy. Mimo, że nienawidziłem jej i nienawidzę szczerze do dziś, to jednak okres pracy tam wspominam jak najmilej. Kto wie, czy w pewnym konkretnym wymiarze nie był najbardziej twórczym w moim życiu. Miałem szansę odegrania roli „małego Wałęsy” i myślę, że ten „duży” nie musiałby się za mnie wstydzić. Nie wstydziły się tez moje koleżanki ani koledzy. Odwiedzałem biura, zadawałem trudne pytania, organizowałem „bunty” i listy zbiorowe, spotykałem się z dziennikarzami, pisałem do urzędów i zawsze dla każdego starałem się znaleźć czas. Nawet, gdy oznaczało to siedzenie do pierwszej w nocy na jakiejś portierni po trzecim w ciągu dnia obchodzie (sporego, to trzeba zaznaczyć) ligockiego kampusu. Oprócz tego strona internetowa, gazetka, druk tejże i rozprowadzanie. I tak dalej i tym podobne. Nie mógłbym robić tego wszystkiego bezkarnie gdybym oficjalnie był na nie wobec nowego pracodawcy. Prosty przykład. Jako cywilni portierzy chodziliśmy w swoich zwykłych ubraniach lub na ważniejszych obiektach w garniturach. Kiedy nowa firma nakazała noszenie czarnych uniformów wszyscy zgodnie odmówili. Przynajmniej na początku. Na dłuższą metę jednak się nie dało. Wiadomo, umowa o pracę, nasza zgoda na warunki pracy itp. I tak się złożyło, że tym kimś, kto jako pierwszy pobrał i ubrał czarny mundurek byłem ja. Ku zgorszeniu, zdziwieniu i oburzeniu nawet osób, które mnie znały wcześniej jako firmowego działacza związkowego…

Pobrałem ciuchy, przymierzyłem, zacząłem nosić. Kierownik aż się uśmiechnął odwiedzając mnie dwa dni później i postawił innym "buntownikom" za wzór.

To samo było z fikcyjnymi umowami zleceniami, poprzez które płacono nam jakieś śmieszne grosze zamiast nadgodzin. Można było nie podpisać i jak moja koleżanka trafić następnego dnia „przypadkowo” na inny obiekt na drugim końcu województwa, a można było (znów, jak ja) podpisać grzecznie i bez szemrania i jeszcze wziąć komplet dokumentów dla kolegi.

Więc jak to tak? Zdrajca? Wazeliniarz? Tchórz?

Dzięki pierwszej z moich wizyt reszta kolegów dowiedziała  się jaki jest ten mundur, skąd się go bierze, z czego się składa oraz w jakich godzinach pracuje magazyn. A przede wszystkim jakie mogą być dyscyplinarne konsekwencje dalszego niepobierania przez nas odzieży służbowej. Do niektórych napisałem maila, do innych zatelefonowałem. To wszystko i pewnie jeszcze inne ważne informacje zaraz podałem w gazetce i na stronie internetowej.
Dzięki wizycie drugiej tego samego dnia komplet dokumentów niby to „dla kolegi” był na biurku Inspektora PIP wraz z odpowiednim komentarzem, co do „dobrowolności” tej całej szopki. Proszę zwrócić uwagę, że nie było wolno wynosić nawet karteczki poza budynek. Zapewne dlatego że np. inspektor BHP podbił ich i podpisał in blanco kilkadziesiąt, a my mieliśmy tylko wpisać nazwisko…

Takich mniejszych i większych spraw ułatwiających nam „przetrwanie” i walkę o swoje prawa oraz pieniądze trafiło mi się przez dwa lata więcej. I powtarzam, było mi o wiele łatwiej działać, gdy mój przełożony uważał, że styka się z grzecznym, potulnym, „niezaangażowanym politycznie” gapciem niż z „szatanem” buntującym mu załogę dzień i noc.

No jasne. Bywało i tak, że ktoś domagający się czegoś bezskutecznie obrywał wreszcie od kierownika za pyskowanie, a ja nie obrywałem, ktoś dostawał gorszy dyżur albo portiernię, a ja dwa lata siedziałem „u siebie”, komuś fantazji starczało tylko na „nie manie” krawata, a ja byłem nawet w niedzielne popołudnia (gdy na uczelni nie było żywego ducha) zapięty pod samą szyję i z plakietką na właściwej kieszonce.
Bywało i tak, nie przeczę. Coś za coś.
Nic nie jest proste w życiu.

Te drobiazgi, które (wiem) nijak się mają do prawdziwego totalitaryzmu są tutaj tylko jako przykład do potwierdzenia mojego zdania. Nie oceniajmy ludzi po plakietkach, po partiach, po przynależności, po kolorze skóry, sztandaru czy legitymacji. Patrzmy na to, co i jak robią. Zwracajmy uwagę na ich czyny i faktyczny wpływ na innych.

Mieszkam na Śląsku. Od zawsze, czyli od urodzenia. Tutaj żył mój ojciec i mój dziadek, tutaj miał swoją całkiem sporą posiadłość mój pradziadek Paweł. Były lata, gdy na całej naszej ulicy więcej niż połowa domów miała tabliczki z nazwiskiem takim jak moje. Dziadek zginał w czasie wojny. Jego żona została sama z czwórką potomstwa.
Podpisała volkslistę.
Żeby mieć jedzenie dla dzieci. W tym dla mojego ojca.
Gdyby nie to, może nie byłoby i mnie na tym świecie.

Nic nie jest proste.

Nie jestem zwolennikiem bohaterstwa dla bohaterstwa. Owszem, pisałem to już kiedyś w którymś komentarzu – oddałbym życie dla Polski gdyby było trzeba, ale dopóki nie muszę, wolę żyć dla niej niż dla niej umierać.

Ogromna część ludzi nazywających się od lat 70 ubiegłego wieku opozycją demokratyczną ma w swoich życiorysach przynależność do PZPR. Czy to powinno mieć wpływ na to jak ich oceniamy? Nie. Dopóki była to tylko przynależność, nie.

Co innego gdyby chodziło o aktywność, o donosicielstwo, o jawne poparcie dla socjalizmu.
To jest złe, ale sama legitymacja jeśli już z jakiegoś powodu musiała się pojawić (?) w życiorysie jest tylko kawałkiem tekturki.
Dla kogoś, kto w nią wierzy, a ściślej wierzy w organizację, która ją wystawiła, to jest coś ważnego. Ale jeśli dzięki tekturce ktoś, kto nie identyfikuje się z jej „wystawcą” ma tylko przetrwać, jeśli (a tego nigdy nie wiemy) nie miał innego wyboru, cóż, niechże sobie ją nosi i żyje. Byleby żył uczciwie.

Bo to jego mamy oceniać, a nie tekturkę.

A więc powtórzę się. Mimo swojego wrodzonego chyba antykomunizmu DZIŚ, kto wie, czy budząc się w rzeczywistości 1972 roku nie przypiąłbym sobie czerwonej wstążki idąc na pochód.

A mimo tego pozostał sobą.

wtorek, 4 stycznia 2011

Ściąganie muzyki z Internetu

Po wymianie zdań z Patką na temat m.in. piractwa i ściągania muzyki z Sieci przypominał mi się zalegający gdzieś w czeluściach mojego biurka wycinek z Polski-Dziennika Zachodniego wyjaśniający tą kwestię jednoznacznie, przynajmniej w odniesieniu do muzyki. Oto i on.


poniedziałek, 3 stycznia 2011

niedziela, 2 stycznia 2011

Sidika poproszę!

W latach osiemdziesiątych (jak mi to dziwnie pisać - ubiegłego wieku) podstawą młodzieżowych kolekcji muzycznych w moim otoczeniu były kasety magnetofonowe. Płyt gramofonowych słuchali starsi i bynajmniej nie kwestie techniczne o tym decydowały, ale raczej sam repertuar. Jeśli się lubiło to, co wiele lat później nazwano muzyką środka, to kaseciak plus radio były zestawem optymalnym. Dla lepiej uposażonych (a raczej ich dzieci) owego kaseciaka zastępowała czasem wieża z Diory lub Unitry.
Na gramofonach słuchało się kolęd, wszelkiego rodzaju muzyki spoza głównego nurtu i oczywiście brzmień poważnych. Czasem trafił się baaardzo zaangażowany maniak rocka, bluesa czy metalu, który sobie tylko znanymi sposobami sprowadzał płyty gramofonowe z Zachodu, ale nie oszukujmy się, większość dzieciarni w wieku między 10 a powiedzmy 15 lat wolała Franka Kimono, Urszulę, Kim Wilde, Sandrę czy Limahla. Niektórym znanym redakcji zostało to nawet do dziś…

Pierwszą kasetą, jaka trafiła w moje łapki była jednak nie licencyjna czy też piracka kopia płyty któregoś z tych lub podobnych brzmieniowo wykonawców, a powiedzmy program kabaretowy (?) autorstwa moich dwóch kuzynek i mnie pod jakże oryginalnym tytułem Radio Wolne Kielce. Było to coś w rodzaju wymyślanych na żywo skeczy, czasem i piosenek, a nawet własnej twórczości instrumentalnej każdego z nas powstałej na „syntezatorze” z targowiska. Pamiętam, że inspirowany Markiem Bilińskim (przy całej absurdalności tego porównania) produkowałem się tam czasem i dobre dziesięć minut waląc w klawisze przy włączonej autoperkusji. I co gorsza lubiłem potem słuchać tychże dokonań w nieskończoność.

Później „dorobiłem” się już prawdziwej kasety ze sklepu. O ile mnie pamięć nie myli co do kolejności, to była to prawie na pewno płyta zespołu OMD, którego znałem wówczas i lubiłem chyba tylko jedną piosenkę. No, ale tutaj chodziło o legalność. Miałem licencyjną kasetę. Szok.
Potem był wspomniany wyżej Marek Biliński ze swoją Ucieczką do tropiku, Crazy Zdzich, czyli Piotr Fronczewski z piosenkami z serialu Tulipan oraz jakieś kabarety. Należy przy tym dodać, że w tamtych czasach nie kupowało się czegoś dlatego, że się chciało, ale dlatego, że akurat było, a jutro już mogło nie być. No i zawsze można było przecież skasować "nietrafioną" taśmę robiąc miejsce na nocną audycję Bogdana Fabiańskiego w radiowej Dwójce.
Do tego oczywiście nieśmiertelne czyste kasety Stilon C-60 i licencyjne niby to BASF-y (dziś firma BASF nie produkuje już nośników tylko… chemikalia, a ówczesny dział elektroniki funkcjonuje pod usamodzielnioną marką EMTEC), a później nocne nagrywanie i radość z każdej upolowanej piosenki.

O swoim pierwszym magnetofonie MK433 już kiedyś na tym blogu opowiadałem, gramofonu analogowego w zasadzie nie miałem (mieli jakiś monofoniczny rodzice, ale stał prawie nieużywany), a o wieży nie było co marzyć. Dopiero około roku 1989 pojawiła się szansa upgrade’u mojego sprzętu do poziomu… stereo, a dokonałem tego zakupując w cenie 139 dolarów HAMERYKANCKICH ;) dwukasetowego „jamnika” firmy Sanyo.
O rany, cóż to były za emocje!

Pierwsza sprawa: kasa. I to zielona. Skąd? Z psa na przykład.
Można powiedzieć, że psem zarabiałem na jamnika. Poza normalnie należnym ;) kieszonkowym, mój tata płacił mi za chodzenie na spacery z naszym Misiem albo dobre stopnie w szkole, a jako że byłem dobrym dzieckiem, to płacił w dolarach. :))

Tak więc zieloniutkie banknoty płynęły do mojej skarbonki długimi miesiącami po kilka lub kilkanaście, aż wreszcie w połowie 1989 roku mogłem ze ściśniętym gardłem powiedzieć do taksówkarza zdanie, o którym marzyłem całe życie: Pan tu zaczeka, bo NIE MAM POLSKICH PIENIĘDZY.
           
A niby skąd miałem mieć, skoro za wszystko kupiłem magnetofon i jeszcze kilka kaset TDK na dostawkę. (Dostawka była owszem. W domu. Pasem.) ;))

Ech młodości! Ja, dolary, Pewex, elegancja Francja i do tego nowiuteńki sprzęt Sanyo pod pachą. Z dźwiękiem surround! I taksówka jeszcze. No, ale skoro Pewex, to przecież nie mogłem wracać autobusem, prawda? To by było faux pas.
Se więc wziąłem taksówkę. Mercedesa nawet. Czarnego.
I wio!

I oto miałem światową nowość wprost z katalogów. Dwie kieszenie, pięciostopniowy equalizer, dwudrożne głośniki i wspomniany już surround, a co najważniejsze było toto trochę jakby HD ready ;) za sprawą gniazd cinch.
Logiczne, że trzeba było jak najszybciej COŚ w te gniazda wpiąć. Najlepiej „sidika”.

Nie wiem dlaczego tak to ze mną jest, ale od zawsze kupowałem nośniki wcześniej niż same urządzenia. Kasety miałem na kwartał przed magnetofonem, kasety video na pół roku przed magnetowidem, a płyty CD chyba też coś koło tego. Powtórzyło się to później jeszcze z dyskietkami, płytami CDR i DVD.

Pierwsza płyta? Oczywiście, że pamiętam, a nawet mam ją tuż za plecami pisząc te słowa. Największe przeboje z filmu Miami Vice, oczywiście tego prawdziwego z lat 80. Cud miód i orzeszki. Płyta gra do dziś jak nowa, choć swoje przeżyła. Drugim zakupem były piosenki z „Pogromców Duchów II”, a trzecim… hity Krzysztofa Antkowiaka… ;((



W szkole za zajęcia praktyczne płacono nam pensję. Pensja była przelewana na książeczkę PKO, a same książeczki wydawał nam i odbierał przed wypłatą szkolny (klękajcie narody!) portier. Proszę nie pytać czy to wtedy zrozumiałem kim chcę zostać gdy dorosnę :)

Pamiętam ten dzień. Koniec roku szkolnego, wielkie sprzątanie międzykopalnianego ośrodka wypoczynkowego Radoszowy w Katowicach i nasze rozważania o przyszłości… Głównie materialnej.
Prawie każdy z moich kolegów przeliczał pensję na dolary, a dolary na zakupy. Po pierwsze dlatego, że dopiero co otwarto wtedy legalne kantory, a po drugie, że dolar, wiadomo, miał odpowiednią wymowę, której brak w „biletach NBP” był oczywisty nawet dla przedszkolaka.

A więc ja na start (???) muszę mieć CD. Dźwięk jak kryształ, standard profesjonalny, niezniszczalność, jakość, styl i szpan. Koledzy słuchają z rozdziawionymi buziami, a potem opowiadają o swoich planach zakupowych „gdy już będziemy bogaci”.

Chciałem wtedy mieć sprzęt NEC-a, dziś chyba nomen omen nieco zapomnianej firmy. Jednokasetowy magnetofon z pionową kieszenią CD. Albo Sharp z poziomą…

Po co mi drugi radiomagnetofon? Ba! A po co mi dziś dwa komputery? Albo wcześniej dwa „widea”? Ja już tak mam. Technologiczny bigamista. Na szczęście tylko technologiczny.

Ale stało się inaczej. Tata wrócił z „eksportu”, dolary się skończyły, a razem z nimi (o ironio!) także komunizm. Nastał rok 1990. Za którąś zaoszczędzoną wypłatą i pożyczką od rodziców uzbierałem wreszcie milion czterysta tysięcy złotych (spokojnie, dziś to tylko 140) i na ulicy imienia marszałka Koniewa (niech mu gwiazda lekką będzie) zakupiłem urządzenie, którego oficjalną nazwą był „gramofon cyfrowy” produkcji polskiej firmy Unitra Fonica.


Ach! Łza się w czytniku kręci…
CDF-001
Jest taki czas, kiedy wszystko bywa pierwsze…
Ale ja nie o tym ;)

Moje marzenie, o którym czytałem długie lata spełniło się. Miałem odtwarzacz! Drżącą ręką podłączyłem cinche do gniazdek i włączyłem płytę…

Pośród rozwalonych po całym pokoju styropianów i kawałków kartonu ja i grający ile fabryka dała mój komplecik…
Umc… umc… umc…umc…

Tak sobie myślę, że niezły to był chyba sprzęt. Odtwarzacz sprzedałem dopiero jakieś dwa lata temu i proszę mi wierzyć, nigdy nie miał żadnej awarii, a radiomagnetofon zamieniłem w 1993 roku na wieżę Philipsa. Czy to nie dziwne, że człowiek pamięta takie rzeczy?

Jeśli wokół poplątanych na dywanie kabli z kolejnych sprzętów na przestrzeni dziesięcioleci leżą też kawałki jego życiorysu, to chyba nie.

Ech, posłucham sobie zaraz starych hiciorów…
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.