Końcówkę września 2011 roku
pamiętam doskonale. Malowałem wtedy płot przed domem, przyglądałem się zachodzącemu słońcu
i nagle zabłysła mi w głowie kiełkująca od tygodni myśl. Jadę w góry! Tak! Po
dwudziestu latach przerwy, bez wiedzy i map, bez przygotowania i w dodatku ze
zwykłymi roboczymi trzewikami w roli traperów. Nieważne, jadę!
Uśmiecham się dziś pisząc te słowa, bo tamta pierwsza „nowożytna” wędrówka bardziej była wyprawą w głąb siebie i swoich wspomnień niż typową
wycieczką, ale myślę, że właśnie taką była mi wtedy potrzebna.
Zaczynałem ją jako wirtualny dzieciak, jako ZNÓW dzieciak, i tym, czym dawno temu były dla
mnie opowieści mojego ojca, tym teraz były ich wspomnienia powracające z każdym kilometrem szlaku, z szumem
wiatru i zapachem lasu. Potem nakładające się obrazy obudziły we mnie
pewnego siebie żółtodzioba, który zajrzał w Beskidy tylko raz wieki temu, prawie przez przypadek, ale
który wiedział i nie miał wątpliwości, jak każdy kto jest młody. I wreszcie u
kresu, kiedy słońce zaczęło się obniżać, a ja zbliżałem się do ostatniego
punktu swojej drogi, tamte wspomnienia ustąpiły nagle i odnalazłem siebie,
takiego jakim byłem w 2011 roku, znów albo wreszcie wyznaczającego
własne ślady na beskidzkich szlakach. I tak to się zaczęło.
A dziś na
tę moją z całą pewnością mało
oryginalną, ale i tak na zawsze już najbliższą sercu trasę zabieram Agatę,
która po odwiedzeniu w moim towarzystwie Stożka, Kiczor, Glinnego, obydwu Magurek oraz Cienkowa także pokochała góry, co poczytuję
sobie za osobisty sukces i powód do dumy.
WYCIECZKA DWUDZIESTA DRUGA
SZYNDZIELNIA - KLIMCZOK - BŁOTNY - JAWORZE
Opowieść zaczyna się więc po raz
kolejny. Rankiem czwartego września 2014 roku wysiadamy z pociągu w Bielsku Białej, przechodzimy estakadą na drugą stronę ulicy Warszawskiej i
stamtąd miejską ósemką z nosami
przyklejonymi do szyb ruszamy już prościutko do celu,
którym jest dolna stacja kolejki linowej w Olszówce
jak na ironię Górnej.
Moje
skojarzenia z trasą tego autobusu, to głównie… Bolek i Lolek, ale proszę nie pytać
dlaczego, bo nie mam pojęcia. Być może łąki, góry wyrastające ponad nimi, coraz rzadsze
zabudowania i bijące zewsząd słońce tak jakoś działały na mnie w
czasach, w których bywałem tu jako dziecko i oczywiście wielbiciel
wspomnianego także przecież bielskiego serialu. Być może. Nie wiem.
Zagadek zresztą jest więcej. Jak
to możliwe na przykład, że z pełnego turystów dworca pustym z reguły autobusem dojeżdża
się do kolejki, przed której budynkiem zawsze jest tłumek? Skąd się ci
ludzie tam biorą? Na spadochronach lądują czy jak?
O wilku mowa, jesteśmy na miejscu, nasz autobus właśnie się zatrzymał. Poza nami wysiadł z niego tylko jeden jedyny pasażer. Rozglądamy się chciwym wzrokiem wokół, ale wszystko co widać, to gęsta, ciemna zieleń lasu na zboczach i błękit nieba wysoko ponad głowami. Jest jeszcze kot przyglądający
się nam z poczuciem wyższości (ale na tylu metrach nad poziomem morza chyba ma prawo)
i śpiew ptaków. Cudowny, słoneczny poranek. A może po prostu dalszy ciąg snu?
Ruszamy powolutku chodnikiem
prowadzącym do stacji. Nieliczni sprzedawcy pamiątek leniwie
rozkładają swoje kramiki, a ptasie trele zagłusza miejscami tylko szum strumienia towarzyszącego
nam po lewej stronie. Oto i budynek kolejki od zawsze jakoś kojarzący mi się z dużo
wyższymi i poważniejszymi górami. Zakopiański taki. Ładny, bardzo ładny. I też na szczęście od
lat taki sam.
Najpierw zaglądamy nieśmiało do
środka, ale gdy okazuje się, że do pierwszego odjazdu zostało jeszcze
kilkanaście minut przysiadamy na ławeczce sycąc się ciepłem wstającego dopiero
nad doliną dnia. Cóż, niewiele brakowało, żeby ta wycieczka nie
doszła do skutku. Pogoda przez prawie tydzień była paskudna, mokra, wietrzna i
jesienna. Mżawka oglądana w internetowych kamerkach na zmianę z wyginanymi wiatrem drzewami tak mocno zapadła mi w pamięć, że gdy ten sam niby, ale o ileż milszy oku,
bo pełen słońca obraz ujrzałem dziś na monitorze wiszącym tuż przed kasowym
okienkiem dwa razy sprawdziłem z niedowierzaniem datę i czas…
Schodzą się kolejni turyści.
Polscy i zagraniczni. Ci super profesjonalni i ci bardziej naiwno tenisówkowi. Pora ruszać.
Wracamy na stację i kamiennymi schodkami wspinamy się na „peron” mieszczący się
na jej piętrze. Kontrola biletów, pierwszy wagonik i już! Jedziemy. Żółta
przeszklona prawie że kula unosi nas ku słońcu. A wraz z nami starszego pana,
który jak się okazuje jedzie do pracy i całą trasę po paru dziesiątkach lat
nią kursowania zapamiętaną ma do perfekcji, co niestety czuje się w obowiązku co chwil kilka udowadniać. Z jednej strony to dobrze, bo mogę sobie jak lubię podczas jazdy
CZYMKOLWIEK pomilczeć, a z drugiej
nadchodzi nieuchronnie moment konfrontacji, którą ku swojemu zdziwieniu chyba wygrywam…
-A wie pan ile tu jest śniegu
zimą? Był pan tu zimą?
Las rozstępuje się i naszym oczom
ukazuje się panorama Bielska. Jest przepięknie. A
ledwo jest, już pora zbierać się do wysiadania. I nie wiem jak Wy, Szanowni
Czytający, ale ja zawsze obrywam tu wagonikiem w kostkę u prawej nogi. Jakaś
wada konstrukcyjna chyba. Pytanie tylko: moja czy wagonika?
-Auuuaaa! Kurde!
Dzień jak co dzień.
Znajdujemy się na wysokości 954 m
n.p.m. jak informuje nas tabliczka zainstalowana tuż przed budynkiem. Można
do tego miejsca dojść piechotą z Wapienicy kolorem żółtym (trudne, prawie cały czas prowadzące lasem
podejście) lub szlakiem zielonym z Olszówki Górnej przez Dębowiec (tu także trasa
stroma, ale nieco bogatsza w widoki). W drugą zaś stronę kolor zielony prowadzi
ku schronisku na Szyndzielni i tak właśnie zamierzamy dziś powędrować. Jeszcze więc
tylko kilka zdjęć nadjeżdżających za nami kolejnych wagoników, zerknięcie na
mapę, zegarek i do torebki z cukierkami i startujemy. Jest punktualnie dziewiąta dziesięć.
Szeroką ścieżką kierujemy się w
lewo. Najpierw jakby przez wąski „golf” lasu a potem już wznosząco szeroką łąką ku
szczytowi. I tutaj w połowie mniej więcej tego podejścia napotykamy dwa ważne orientacyjnie punkty. Po pierwsze dołącza do nas z prawej szlak czerwony z Olszówki Górnej, który nota bene polecam wszystkim pragnącym zdobyć Szyndzielnię "z buta" jako o wiele łatwiejszy od dwóch wspominanych przed chwilą, po drugie zaś stajemy przed dość interesującą możliwością wyboru trasy do szczytu czy może nawet jego samego (sic!). Ale po kolei. Otóż idąc na wprost dotrzeć można w kilka chwil do widokowej polany z rozległą, choć niestety bardziej miejską niż górską panoramą, zaś skręcając w lewo tak samo szybko dojdziemy do schroniska. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w obu tych miejscach, choć w drugim nieco dalej, napotkamy też dwa niezależne od siebie oznaczenia wierzchołka góry! I jeszcze, żeby było weselej, dodam, że obydwie drogi końcem końców się spotykają... Krócej pisząc - jest oto pretekst żeby Szyndzielnię odwiedzić co najmniej dwa razy. My jednak dzisiaj za znakami czerwonymi grzecznie udajemy się od razu w stronę lasu.
Podejście na Szyndzielnię od górnej stacji kolejki linowej.
U góry zdjęcie z 30 września 2011 roku, u dołu z 4 września 2014.
Na kamienistej ścieżce dopada nas
nagle wietrzysko zrywające czapki i zatykające uszy. W moment dosłownie mimo ciągle świecącego jasno
słońca robi się zimno. Trzymając się więc za głowy, nie tyle może ze
zdziwienia, ile z troski o ich nakrycia mijamy szybkim krokiem słynne, acz
zamknięte dziś na głucho alpinarium i
docieramy do schroniska. Znajdujemy się teraz na wysokości 1001 m n.p.m.
Zdjęcia czarnobiałe pochodzą z publikacji
"Działalność PTTK w województwie bielsko bialskim"
Budynek, przed którym stoimy
został wzniesiony w 1897 roku a gruntownie przebudowany po II wojnie światowej.Jest niewątpliwie przyjemny dla oka,
choć według niektórych architektonicznie niedopasowany. Nie podzielam tego
osądu, zwłaszcza po napotkaniu na szlakach wielu współczesnych koszmarków
schroniskami wprawdzie niebędących, ale i tak dostatecznie mocno a negatywnie
wpływających na okolicę w stylu chociażby często przeze mnie wspominanego, bo i
też nieprzeciętnie odrzucającego wizualnie „dworu” Skibówki na Równicy.
Po zrobieniu kilkunastu zdjęć
okolicy ruszamy dalej zmieniając teraz szlak na żółty.
Jakoś podświadomie staram się przyspieszać kroku żeby moja towarzyszka nie
wpadła czasem na pomysł zawrócenia ze względu na pogodę, ale jak się
okazuje moje obawy są bezpodstawne, bo po pierwsze Agata wcale nie ma takiego
zamiaru, a po drugie zaraz za słupkiem z oznaczeniem szczytu Szyndzielni (1028 m n.p.m.) wiatr ustaje i robi się
najpierw ciepło a po kilku chwilach wręcz gorąco. I tak zmuszeni jeszcze
kwadrans wcześniej do szczelnego się opatulenia i pozapinania teraz znowu zwijamy to wszystko czym prędzej żeby tylko się nie ugotować. Przed nami skrzyżowanie
ścieżek. W prawo jak już opowiadałem dojść można do szczytowej polany, z której
rozciąga się przeogromna panorama okolicy, zaś w lewo prowadzą szlaki na
przełęcz Kowiorek, Klimczok i Błotny. I ten odcinek jest chyba
najmilszy piechurowi, bo przez dłuższy czas absolutnie płaski. Ścieżka, bardzo
szeroka teraz i wygodna otoczona jest lasem i poza nielicznymi "okienkami" po prawej niewiele
jest z niej możliwości zrobienia ciekawego zdjęcia, ale klimat, cisza,
śpiewające „tropikalnie” ptaki i jakaś ogólna ponadczasowość rekompensują ten brak w
dwójnasób. Dochodzimy do kolejnego rozstaju.Mamy
tu możliwość ominięcia szczytu Klimczoka kolorem czarnym i ponownego dołączenia do szlaku żółtego za nim, zdobycia wierzchołka ścieżką żółtą lub ominięcia go z
kolei z lewej idąc na przełęcz Kowiorek drogą czerwoną. Dwie ostatnie trasy chwilowo
jeszcze prowadzą razem. I pytanie oczywiste – co wybrać? Szlak czarny skraca radykalnie całość przejścia odcinając z niego najbardziej
męczący odcinek, ale też przez to właśnie pozbawia nas możliwości wypoczynku na szczycie z którego
zresztą rozciągają się niezapomniane widoki. Moja zatem sugestia - jeśli pogoda
jest pewna, a takoż samo nasza kondycja, nie wahajmy się, maszerujmy żółtym.
My z Agatą tak właśnie
zrobiliśmy. Najpierw w lewo, potem po pożegnaniu szlaku czerwonego już na
wprost. Plus minus dziesięć, piętnaście minut i doszliśmy do szczytu. A zanim
ktoś się spoci czytając, pozwolę sobie przypomnieć, że cały czas mowa o
szczycie górskim.
Podejście naprawdę nie jest takie
straszne. Wystarczy tylko pamiętać o tym żeby nie maszerować a iść oraz nie
uznawać kolejnej przerwy za nie wiadomo jaki wstyd czy porażkę. To
nie siłownia Mili Państwo, to wycieczka! Stajemy, uspokajamy oddech, może
łyczek wody lub czego tam mamy i znów do przodu. O, do tego tam kamienia
chociaż. I każdy da radę, ręczę Wam. Zwłaszcza, bądźmy szczerzy, jeżeli Szyndzielnię „zdobywał”
wagonikiem…
Oto już Klimczok! Jesteśmy na 1117 m n.p.m. Po prawej charakterystyczna wieża
telekomunikacyjna, przed nami kilka stołów, ławy i ogromna łąka, a
dookoła tego wszystkiego - lasy. I jeszcze tylko daleko
w dole widoczek, który dla bywalca Beskidu Śląskiego jest oryginalny niczym jeleń
na rykowisku – schronisko na Magurze,
a przed nim, a raczej pomiędzy nim a nami najpierw rozległe Siodło pod Klimczokiem zwane też
przełęczą Kowiorek lub Kowiorki a potem już dość stromy odcinek czarnego szlaku
łącznikowego właśnie tu do nas - na szczyt. Warto wspomnieć, że zimą jest to
także bardzo popularna trasa zjazdowa dla narciarzy.
Zmęczeni nieco podejściem
przysiadamy na ławeczce pod niezmiennie przypominającą mi szopkę na drewno „Chatką
u Tadka”, z którą jednak przeprosiłem się już w kwietniu i przyglądamy się mgle
zalegającej wokół Skrzycznego i przesłaniającej normalnie widoczne stąd Tatry. Klimat jest baaardzo wysokogórski a jednocześnie na swój sposób nostalgiczny, mimo że cały czas na szczęście towarzyszy nam słońce.
Gdzieś w dali macha w naszym kierunku brodaty wędrowiec maszerujący raźnym
krokiem środkiem stoku. Odmachujemy mu także.
Po śniadaniu pora na zapoznanie z
chatką bardziej "insajd" jak to mawiają anglojęzyczni. Zaczynamy od przyjrzenia się mapom, zdjęciom i innym
pamiątkom, którymi wspomniany przybytek jest szczelnie wypełniony, a potem
sięgamy po wymęczone bruliony pełniące tu funkcję księgi gości. Najpierw odnajdujemy
mój wpis z kwietnia, następnie wczytujemy się we wrażenia, uwagi i pretensje
kilkudziesięciu innych osób a wreszcie i na zakończenie Agata dopisuje i naszą
tu bytność – kto chce może sprawdzić – po czym pomalutku zbieramy się do
wyjścia.
I teraz dylemat. Idziemy w dół
czarnym na Kowiorek a potem np. żółtym do Mesznej lub zielonym do Szczyrku? A
może w prawo przez Karkoszczonkę? Albo w lewo do Bystrej? Plan niby był
ustalony - Jaworze, ale też
zakładałem, że jednak ominiemy Klimczok wcześniejszym skrótem, a nie chciałbym
mojej współtowarzyszki wykończyć jak w lipcu na Cienkowie…
Po spojrzeniu jednak na drogowskaz
i skonstatowaniu, że do Błotnego nie
jest tak znów daleko, uznajemy, że noga za nogą w najgorszym razie, ale idziemy
według założeń. Super! A zatem dalej szlakiem żółtym, teraz dość stromo w dół. Zejście to chcący ruszyć naszym śladem odnajdą
na szczycie plus minus na godzinie trzeciej trzydzieści, gdy na szóstej
podejście (też żółtym) z Szyndzielni, a na ósmej trzydzieści szlak czarny w
kierunku siodła.
Wkraczamy w las. Robi się ciemno,
dość stromo i momentami kamieniście. Stanowczo podejście tędy do przyjemnych
nie należy, a przecież mimo to, a może właśnie dlatego w połowie drogi mija nas
zdyszany biegacz… Ludzie to mają kondycję!
Po kilku minutach z prawej
dołącza do naszego szlak czarny, ten sam, którym można skrócić drogę między
Szyndzielnią a Błotnym. Trasa łagodnieje, schodzimy do siodełka przed Trzema Kopcami, z którego wspaniałe roztaczają
się widoki i po krótkim, bardziej ostrym podejściu (trwającym może minutę,
dwie a widocznym na zdjęciu poniżej) stajemy obok ruin niemieckiego schroniska i zarazem szczytu Trzech Kopców
(1082 m n.p.m.)
I tutaj, pozwolą Państwo, szczypta
najbardziej podstawowych informacji o tym miejscu. Po pierwsze schronisko.
Istniało w latach 30 i 40 ubiegłego stulecia i było własnością Roberta i Marii Urbanke.W przeciwieństwie do podobnych obiektów na
Błotnym, Szyndzielni czy Magurze ani przed ani w czasie wojny nie stosowano w
nim jakiegoś podziału w podejściu do Niemców i Polaków a mało tego, w 1944 roku
odbyły się tu nawet konspiracyjne narciarskie mistrzostwa świata, które wygrał
nasz rodak. Niestety zimą i wiosną 1945 roku normalnie do tej pory
funkcjonujący budynek częściowo rozebrali umacniający okopy w lesie niemieccy
żołnierze, zaś po wojnie okoliczni szabrownicy dokonali dalszych zniszczeń. Było
to zresztą zjawisko bardzo częste w tamtym okresie we wszystkich obiektach
turystycznych i nie tylko. Ostatecznie ruinę rozebrano już oficjalnie w 1948
roku pozostawiając tylko betonowe fundamenty. Kwestia druga to sam szczyt –
Trzy Kopce, którego nie należy mylić z innym, nieco bardziej znanym a również
znajdującym się w Beskidzie Śląskim, czyli Trzema Kopcami Wiślańskimi, z
którym łączy go wyłącznie pochodzenie nazwy (styk granic trzech gmin, które to
granice oznaczano właśnie kopcami). Tyle teorii, wracamy do praktyki.
Szlak najpierw łagodnie, potem
coraz ostrzej obniża się teraz, cały czas pozostając jednak w gęstym lesie. Na widoki
chwilowo nie ma co liczyć, pozostaje cieszyć się naturą wokół. Idziemy więc
spokojnym krokiem co rusz mijając kolejne, dość liczne na tym odcinku grupki
turystów. Po około kwadransie docieramy do Stołowa
(1035 m n.p.m.) kolejnego szczytu na naszej drodze, który jednak jak sama
nazwa wskazuje szczytem jest tylko… z nazwy (ależ mieszam!), a w rzeczywistości
okazuje się płaską zupełnie polaną pomiędzy dwiema połaciami lasu. Z
przepięknymi jednakże widokami, o czym fotoamatorów od razu uprzedzam.
Lekko wznosząc się raz lasem, raz
znów pośród wysokich łąk podążamy w kierunku niedalekiego już Błotnego. Za nami,
mimo ciągle słonecznego dnia pędzi mgła. Dziwna, biała i zwinna niczym dym,
groźna, kojarząca się ze śnieżycą, trochę może z deszczem, w każdym razie z niczym
przyjemnym. I wreszcie niczym w dobrym filmie grozy (a takich już nie ma, ha ha ha)
omija nas toto łukiem ponad Wapienicą i… wita na hali przed Błotnym. Niebo
znika, znikają góry, a zewsząd naciera wielka szarość. Czyżby „Jeszcze raz Pearl Harbor”? Aż dziw bierze, że mogąc nakręcić tak niecodzienny materiał filmowy
żadne z nas tego nie zrobiło, ale cóż, bywa i tak. Mamy za to zdjęcia, ciekawe, bo
jakby w górnej połowie czarnobiałe, a dopiero u dołu kolorowe. I tym samym
chociaż drobny obraz tego wszystkiego, co nas wtedy dopadło.
Omijając szczyt (917 m n.p.m.)
schodzimy w lewo do schroniska. Mgła, która otaczała nas coraz szczelniej
jeszcze na hali, tutaj jakimś cudem nie dociera. Świeci słońce, niebo ma kolor
błękitu, jest ciepło. Niewiarygodne, gdy się pamięta, że to może pięćdziesiąt
metrów dalej. Jest dwunasta czterdzieści, sprzed stacji kolejki na Szyndzielni
ruszyliśmy o dziewiątej dziesięć, ale z racji przerw nie można tego raczej liczyć
jako ciągłości. Nieważne. Jak na punkt z
którego zaczyna się zejście czas mamy wyjątkowo dobry. Teraz przed nami
ostatni już, aczkolwiek wcale nie krótki odcinek do Jaworza, ale wcześniej jeszcze
kolejne drugie czy może czwarte śniadanie i szklanka schroniskowej herbaty z
cytryną za szokujące mimo wszystko 5 zł sztuka.
Jako przedsmak kolejnych
wycieczek zachęcam Agatę do spaceru na drugą stronę budynku skąd widać Ranczo Błatnia, dawny pomnik milicjantów oraz przepiękną stąd
Wielką Cisową, a tym samym szlaki do Brennej i Skoczowa. Zresztą wybierającym się w te okolice powiem też, że idąc
właśnie którąś z tych tras NA Błotny, także mogą spodziewać się rasowych
widoków. Oczywiście o ile nie napotkają mgły takiej jak nasza.
Pora ruszać w dalszą drogę. Mamy stąd
w generalnym kierunku na Bielsko dwie porównywalne zarówno widokowo jak i stopniem
trudności trasy do wyboru. Niebieska przez Palenicę do zapory Mościckiego w
Wapienicy (stamtąd autobus miejski linii 16 do dworca PKP) oraz dalszy ciąg
szlaku żółtego do Jaworza Górnego skąd z kolei kursują pekaesy. Decydujemy się
niczego nie zmieniać i maszerować dalej żółtym, zresztą chwilowo i tak wiodącym
tą samą co niebieski drogą. Nasza ścieżka biegnie teraz pod kątem prostym w
stosunku do trasy, którą przyszliśmy z Klimczoka a w samym yyy… kącie kąta zostawiamy za sobą
schronisko.
Aha! Jeszcze może kwestia nazewnictwa. Najpopularniejsza nazwa
szczytu na którym teraz jesteśmy to Błatnia
(wg. najstarszych dokumentów z XVI wieku Berg Blatin), Austriacy pisali Blatny, Czesi Blatny lub Blatna, ale wedle przewodników wszelakich a raczej ich
autorów, bo mam tu na myśli książki, nie panów z odznakami na swetrach, nazwą
polską jest BŁOTNY, co zresztą samo
w sobie brzmi dosyć logicznie. Jaki jest ten szczyt? Błotny! A może to ona? Ale
wtedy byłaby Błotna, ha ha ha!
Nazw pisanych i wymawianych różnie
jest zresztą w okolicy sporo. Na przykład Polana Przysłop pod Baranią Górą to
dla niektórych Przysłup, a Wapienica, ta właśnie od niebieskiego szlaku przed
chwilą wspominanego to Wapiennica przez dwa „n”. Kojarzy mi się jeszcze
Cienków, raz pisany jako Cienków Groń, innym znów razem jako Cieńków czy wreszcie Matyska, bardziej świecko (?) tytułowana, zwłaszcza na starszych mapach jako
Sot. Zapewne jest tego jeszcze dużo, dużo więcej.
A my tymczasem mijając hektary
jeżyn i zażerających się nimi turystów schodzimy mając wspaniałe widoki po
prawej w stronę Siodła pod Przykrą (801
m n.p.m.) gdzie ścieżka niebieska wznosi się lekko wiodąc na wprost, zaś
żółta obniża skręcając w lewo. Po mgle nie zostało już ani śladu. Widoczność
jest teraz doskonała, świeci typowo letnie popołudniowe słońce a trasa, mimo
sporej ilości błota na króciutkim jej początkowym odcinku nie jest uciążliwa
ani nadmiernie stroma.Przeskakujemy
kolejne strumyczki i przyglądamy się jak poniżej drogi zamieniają się w
zupełnie dorosłe rwące strumienie. Sporo napotykamy tu także niebezpiecznych, przynamniej
jak na warunki Beskidu Śląskiego „przepaści”, bardzo ostrych i bardzo też
głębokich. I naprawdę małe to wedle niektórych góry, niechaj będzie, ale
spaść tam i nie połamać się wydaje się niemożliwym. Dlatego uważać trzeba. Tym
bardziej, że czasem niestety na szlaku można napotkać… samochód. Nam
przydarzyły się dwa i to niekoniecznie jadące ślimaczym tempem.
O tym, że motoryzacja wszelka, w
tym zwłaszcza inteligentni inaczej albo wcale użytkownicy motocykli i quadów (nie
dlatego, że użytkownicy w ogóle, ale dlatego, że w górach!) nie powinna mieć na
szlaki wstępu nawet nie będę tu wspominał szerzej, bo powtarzam to od zawsze.
Ciekawe widoczki aż do Jaworza
będą teraz tylko po prawej stronie. Szlak wije się lasem i co jakiś czas
oferuje nam „okienko”, w które warto spojrzeć. Popełniamy tu zresztą oboje dość
żenującą pomyłkę uznając bez zastanowienia, że przyjemnie włochate góry „naprzeciwko”,
to połączenie Szyndzielni i Klimczoka, podczas gdy w rzeczywistości jest to
akurat pasmo od nich nas właśnie oddzielające, czyli bardziej przebieg trasy niebieskiej – Przykra, Kopany i Palenica. Ale powiedzmy, że to ze zmęczenia.
Około czternastej czterdzieści
docieramy do celu. Ostatni etap pokręconego dość w tym miejscu
szlaku może być dla niektórych trudny ze względu na to, że miesza się on lub
biegnie równolegle, ale nie stale (!) zarówno ze szlakiem narciarskim (to
jeszcze pół biedy) jak i zwykłymi leśnymi drogami używanymi do zwózki drzewa. A
że stromości są może nie ekstremalne, ale za to permanentne (cóż za piękne
zdanie!), to i nogi a dokładnie stawy kolanowe odmawiają nam wreszcie obojgu
posłuszeństwa. Agata śmiała się, gdy opowiadałem jej kilka godzin wcześniej jak
to schodząc z Błotnego mam zwyczaj „hamować” tu trzymając się rękami drzew, ale
teraz właśnie robi to samo piszcząc aż z bólu mimo widocznego może o sto metrów od
nas asfaltu i zarazem końca trasy. Ale taka to właśnie uroda tej dróżki, ha ha
ha.
I oto już jesteśmy. Rozgrzany
słońcem placyk, a przy nim drewniana wiata. Jaworze Górne. Koniec! Strudzeni, zwłaszcza ostatnimi minutami, padamy na ławki, by dopiero po jakimś czasie powoli jak przez sen zacząć się domywać,
dożywiać i doprowadzać do względnej używalności. I szczerze mówię, że trochę to
trwa. Zaglądamy potem jeszcze nad Szeroki Potok (uprzedzam, że nazwa jest odwrotnością stanu
faktycznego) i wreszcie kuśtykając pomalutku kierujemy się w stronę przystanku tuż obok dawnego domu wczasowego FWP
a obecnie Hotelu Spa Jawor. Tu
jeszcze spotyka nas zabawna historia w osobie nie całkiem prosto się poruszającego
tubylca, który na widok moich bojówek, czapki moro i plecaka z demobilu duka:
-A pan jest wojskowy, prawda? Ze
spadochroniarzy, tak?
-Tak – odpowiadam rozbawiony i
nie mogąc się powstrzymać dodaję – Ale wie pan, od Putina!
-Ahaaa…
Tak jak się spodziewałem na przystanku okazuje się, że czas do
odjazdu autobusu jest dłuższy niż czas przejścia do Jaworza Dolnego, gdzie oficjalnie kończy się szlak żółty, a więc
mając do wyboru smażenie się w plastikowej wiacie albo spacer przez urocze pola
i łąki wybieramy mimo zmęczenia to drugie i pstrykając dziesiątki kolejnych fotek spokojnym
krokiem udajemy się w dalszą drogę.
W końcu szczęśliwi czasu nie
liczą, nieprawdaż? ;)
Trasa: Górna stacja kolejki linowej na Szyndzielnię – Szyndzielnia –
Klimczok – Błotny – Jaworze Dolne.
Punkty do wyszukania na mapie: Szyndzielnia, Klimczok, przełęcz
Kowiorek, Trzy Kopce, Stołów, Błotny, Jaworze Górne, Jaworze Dolne.
Stopień trudności: niski (jeżeli bez podejścia na Klimczok) do średniego (jeśli z podejściem).
Up & Down: Od stacji kolejki linowej do szczytu Szyndzielni
stale, ale łagodnie wznosząco, do rozstaju szlaków przed podejściem na Klimczok
całkowicie połogo, następnie stromy, kamienisty i męczący krótki odcinek
podejścia i podobny zejścia z Klimczoka do połączenia ze szlakiem czarnym.
Przed Trzema Kopcami lekko w górę, następnie dość ostro, potem spokojniej w
dół. Od Stołowa aż do hali na Błotnym na zmianę trasa płaska lub opadająca,
rzadko wznosząca. Zejście z Błotnego do Jaworza Górnego stale w dół, miejscami
dość ostro. Z Jaworza Górnego do Dolnego płasko lub bardzo łagodnie opadająco.
Atrakcje widokowe: Kolejka linowa i widoki z niej, ruiny schroniska
Roberta i Marii Urbanke na Trzech Kopcach, panoramy ze szczytów Szyndzielni,
Klimczoka i Błotnego.
Schroniska, żywność, odpoczynek: Słodycze i napoje przed i w
budynku dolnej stacji kolejki linowej, to samo plus dania barowe przed
budynkiem górnej. Schroniska na Szyndzielni i Błotnym, sklepy i bary w Jaworzu
Górnym i Dolnym.
Komunikacja: Do stacji PKP Bielsko Biała koleją lub autobusem. Do
Olszówki Górnej autobus miejski nr 8 sprzed dworca PKS. Z Jaworza Górnego i
Dolnego połączenia autobusów PKS do Bielska skąd powrót koleją lub autobusami
dalekobieżnymi.
Opis marszruty: Od stacji kolejki przed Szyndzielnią do schroniska
na niej szlak zielony, dalej aż do końca trasy - żółty.
Odległość: Ok. 13,2 km. Nasz czas przejścia (po odliczeniu przerw) ok.
6 godzin.
Opinia: Trasa średnio trudna. Dużym ułatwieniem jest wjazd kolejką
linową. Możliwość ominięcia jedynego naprawdę stromego podejścia, jakim jest
szczyt Klimczoka zalecana zwłaszcza osobom starszym, o słabszej kondycji oraz
dzieciom. Dosyć męcząca druga połowa zejścia z Błotnego.
Możliwości zmian: 1. Podejście na Szyndzielnię szlakami: czerwonym,
zielonym lub niebieskim z Olszówki Górnej albo żółtym z Wapienicy, 2. Ominięcie
szczytu Klimczoka poprzez skierowanie się czarnym łącznikiem do siodełka przed Trzema
Kopcami, 3. Zejście z Błotnego szlakiem niebieskim do Wapienicy (ciekawa
możliwość dla zmotoryzowanych przy wybraniu ostatniej opcji punktu
pierwszego!), 4. Zakończenie wycieczki w Jaworzu Górnym.
Czy spóźniony pociąg osobowy zatrzymujący się nie przy tym peronie przy którym powinien i nie mający żadnych oznaczeń wskazujących dokąd jedzie, to mało? Oczywiście! Można go jeszcze nie zapowiedzieć, sądząc, że zrobił to kolega, a plakaty informujące o zmianie peronu wywiesić dzień później...
Zaś tym, którzy jakoś dobiegli, wskoczyli i okazało się, że to jednak ich skład, dla podgrzania atmosfery włączyć ogrzewanie na maksa, tak, żeby w październiku siedzieli w podkoszulkach.
Witamy na kolei imienia Barei!
***
Zwracam się do Państwa z prośbą o wyjaśnienie absurdalnej sytuacji, z jaką zetknąłem się w niedzielę, dziewiętnastego października 2014 roku, wyjeżdżając ze stacji Katowice-Ligota w kierunku Wisły Dziechcinki pociągiem o godzinie 6:02. Z racji tego, że sprawa dotyczy po równo braku odpowiedniej informacji na samym dworcu jak i w pociągu kieruję tę skargę jednocześnie do Kolei Śląskich i Polskich Kolei Państwowych.
1. Brak zapowiedzi ustnej lub informacji pisemnej o zmianach na dworcu Katowice Ligota.
Mimo remontu i wyłączenia z ruchu odcinka torów przy peronie drugim podróżni nie są informowani (a przynajmniej nie byli w niedzielę rano) o tym, że pociągi linii S-5 i S-6 jadące z Katowic zatrzymują się teraz przy peronie pierwszym a nie np. na drugim torze tego samego peronu. Brak jest takiej zapowiedzi w formie pisemnej np. w przejściu podziemnym czy na tablicach z rozkładami jazdy, ale przede wszystkim nie została ona też podana przez spikerkę (pociąg w ogóle nie został zapowiedziany!), mimo, że kilka minut wcześniej zapowiadała ona przepisowo i z wyprzedzeniem skład jadący bodajże z Żywca. W związku z powyższym wespół z kilkoma jeszcze innymi osobami oczekującymi na peronie drugim zostaliśmy zmuszeni W CHWILI WJAZDU POCIĄGU NA STACJĘ do biegu za nim poprzez przejście podziemne, co absolutnie nie powinno mieć miejsca i grozi wypadkiem, zwłaszcza, gdy ktoś wybierze jednak drogę przez tory.
2. Pociąg bez informacji zewnętrznej i wewnętrznej o stacji docelowej.
Skład wjechał na stację nie mając ŻADNEJ informacji na wyświetlaczu zarówno z zewnątrz jak i na ekranach LCD wewnątrz. Aby dowiedzieć się dokąd jedziemy (sic!) gdy pociąg już ruszył musieliśmy dopytywać się innych pasażerów. Stan powyższy nie przeszkadzał temu, aby przez całą drogę do Wisły Dziechcinki, gdzie wysiadałem, włączone było pełną mocą ogrzewanie i oświetlenie wagonów. Zdjęcie składu z widocznym, a raczej niewidocznym w tej sytuacji napisem o stacji przeznaczenia oraz numerze ewidencyjnym poniżej.
Bardzo proszę obydwie wymienione w nagłówku firmy o pisemne wyjaśnienie przedstawionej sytuacji. Pełne dane adresowe podaję, jako wymóg prawny, a w zupełności zadowolę się odpowiedzią przesłaną drogą elektroniczną.
Pozostaję z poważaniem
[Tu w oryginale moje imię, nazwisko, adres zamieszkania oraz oficjalny adres mailowy]
***
Wysyłając list do PKP DK* skorzystałem ze starego adresu, pod który w 2013 roku składałem zapytanie o stan techniczny dworców kolejowych i spod którego też wówczas mi odpowiedziano. Obecnie mail ten okazał się nieaktualny, więc koniec końców wysłałem raz jeszcze treść listu jako tekst w ogólnym formularzu kontaktowym PKP. Po kilku dniach otrzymałem zdawkową odpowiedź, że informacje o zmianach na dworcu są wywieszone w widocznych miejscach, na dowód czego przesłano mi również zdjęcia takie jak np. to poniżej. List ten niestety później skasowałem, ale potwierdzam, że do mnie dotarł. Treść jego sprowadzała się do zawoalowanego stwierdzenia, iż PKP nie ma sobie nic do zarzucenia...
Przyznaję, że widok owej kartki nieco mnie zaskoczył i byłem już skłonny uznać, że tym razem przestrzeliłem, ale po zastanowieniu stwierdziłem, że jednak nie. Ogłoszenie sfotografono przecież na kiepsko albo i wcale oświetlonej po zmroku budce zastępującej poczekalnię oraz na ogrodzeniu remontowanego dworca. Żadne z tych miejsc nie jest (przynajmniej nie jest pierwszym, głównym) w którym przeciętny podróżny szukałby informacji. Są nimi za to peronowe czy dworcowe gablotki, zapowiedzi spikera oraz ewentualnie plakaty na peronach czy w przejściu pod nimi. I w nich potrzebnych dziewiętnastego października zawiadomień nie było.
A zatem co? Remis?
Dogrywka.
Na mój list odpowiada siedemnastego listopada drugi z adresatów, czyli Koleje Śląskie. Oto treść pisma pani Agnieszki Lekston - dyrektora działu handlowego wspomnianej firmy.
***
[...]
W odpowiedzi na Pana skargę dotyczącą braku zapowiedzi
megafonowych o zmianie peronu odjazdu pociągu nr 49311 relacji Gliwice – Wisła Głębce
w dniu 19.10.2014r. na stacji Katowice Ligota informujemy, że w sprawie tej
wystąpiliśmy do PKP Polskie Linie Kolejowe S.A., której pracownicy wygłaszają komunikaty
megafonowe m.in. na stacji Katowice Ligota.
Z otrzymanych z tej Spółki wyjaśnień wynika, że ww. pociąg
wjechał do stacji Katowice Ligota o godzinie 6:02 z 1-minutowym opóźnieniem i
odjechał o godz. 6:03. W dniu 19.10.2014r. pracownik obsługujący urządzenia
nagłaśniające nie wygłosił zapowiedzi megafonowej opóźnionego pociągu nr 49311
w przekonaniu, że stosowny komunikat został już wygłoszony przez poprzednika.
W związku z zaistniałą sytuacją oraz występującymi zmianami
w organizacji ruchu pociągów, spowodowanymi remontami prowadzonymi przez PKP
Polskie Linie Kolejowe S.A., pouczono pracowników obsługujących megafon, o
konieczności wygłaszania komunikatów dla podróżnych o wjeździe pociągu i zmianie
peronu odpowiednio wcześniej.
PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. wyjaśniają również, że w
dniu 20.10.2014r. podjęto działania mające na celu rozwieszenie informacji dla
podróżnych o zmianie peronu dla pociągów wjeżdżających i wyjeżdżających w
kierunku stacji Tychy i Mikołów w widocznych miejscach m.in. w tunelu i w
gablotach na peronach.
W kwestii braku informacji o stacji docelowej na tablicach
wizualnych wewnętrznych i zewnętrznych pociągu nr 49311 przeprowadzono
postępowanie wyjaśniające w stosunku do drużyny pokładowej obsługującej ten
pociąg. W jego wyniku ustalono, że w stacji Gliwice po przyjęciu pociągu
obsługiwanego przez pojazd EN-57 AKŚ-223, tablice wizualne wewnętrzne i zewnętrzne
były sprawne, a informacje były wyświetlane prawidłowo. Z uwagi na wczesne
godziny poranne oświetlenie pociągu było zasadne, jak również uzasadnione było ogrzewanie
pociągu z powodu temperatury panującej na zewnątrz. Żaden podróżny nie zgłaszał
zastrzeżeń w tym zakresie. Po przyjeździe pociągu do stacji Katowice skład
pociągu zmienił kierunek jazdy, a tym samym maszynista kabinę. Prawdopodobnie
podczas zmiany kabiny doszło do wyłączenia informacji wizualnej, której
poprawność działania nie została powtórnie sprawdzona w stacji Katowice przez
pracowników personelu pokładowego. W związku z powyższym ww. pociąg kursował do
stacji docelowej Wisła Głębce bez informacji na wyświetlaczach dotyczącej
kierunku jazdy.
Informujemy, że w przypadku stwierdzenia jakichkolwiek nieprawidłowości
w działaniu ogrzewania, oświetlenia, czy też systemu informacji pasażerskiej
podróżny może zwrócić się do personelu pokładowego w celu uzyskania wyjaśnienia
i przyczyny takiego stanu rzeczy.
Ze swej strony pragniemy Pana serdecznie przeprosić za
zaistniałą sytuację, jak również podziękować za zgłoszenie zaobserwowanych
przez Pana nieprawidłowości w postępowaniu naszych pracowników i zapewnić, że
takie zachowania nie są przez nas akceptowane oraz, że dołożymy wszelkich
starań, aby podobna sytuacja już się nie powtórzyła. Jednocześnie informujemy,
że do PKP PLK Zakładu Linii Kolejowych w Sosnowcu zostało wystosowane pismo
dotyczące zapowiedzi megafonowych w przypadku występujących opóźnień pociągów i
zmiany trasy przejazdu.
Z poważaniem
Dyrektor działu handlowego Agnieszka Lekston
***
KOMENTARZ PORTIERA
W całej korespondencji przewija się kilka tematów, które zasługują na osobne potraktowanie.
1. Megafonista NIE zapowiedział pociągu, mimo, że za to właśnie bierze pieniądze i zignorował fakt, że w czasie remontu, którego skutkiem jest zmiana peronu zapowiedź taka lepiej żeby była powtórzona niż gdyby nie było jej wcale. Tym samym stworzył zagrożenie dla bezpieczeństwa podróżnych, którzy aby wsiąść do wagonów musieli biec poprzez przejście podziemne lub co gorsza przez tory.
2. Rozkłady jazdy dostępne w gablotkach peronowych podawały nieaktualne dane i nimi właśnie kierowali się pasażerowie. Podkreślić bowiem należy, że podróżny nie szuka informacji nt. swojego pociągu na szybie sklepu warzywniczego, w ubikacji ani w komisie rowerowym, a właśnie w rozkładzie jazdy. Rozkład ten jak widać jest w polskich kolejach daleko posunięty.
3. List z firmy PKP napisany został w ok. 2-3 dni po mojej skardze. Nie sposób zatem stwierdzić, że sfotografowane obwieszczenia, nawet tak irracjonalnie rozmieszczone jak były, są stanem z dziewiętnastego czy też jakby można domniemywać z listu Kolei Śląskich dwudziestego października. Istnieje możliwość, że osoba, która rozklejała plakaty (już po moim liście) sama też je sfotografowała. Nie zmienia to faktu, że na peronach i w przejściu podziemnym w dniu mojej tam obecności nie było absolutnie żadnej informacji.
4. Nie należy do obowiązków pasażera pociągu informowanie jego załogi o sprawie tak oczywistej jak wyłączone wyświetlacze zewnętrzne czy też pokazujące do znudzenia napis EN-57 ekrany LCD wewnątrz wagonów. Stan ten kontrolowany jest i zarządzany z kabiny maszynisty i nie ma wątpliwości co do tego, iż ma on w trakcie swojej tam obecności stały jej odczyt. Jeżeli sytuację jak opisana ignoruje, to pierwszymi, którzy powinni mu zwrócić uwagę są pozostali członkowie drużyny pokładowej. Jeżeli fakty te ignorują zbiorowo, powinni zmienić pracę, bo kto wie jakie odczyty lub ich brak zlekceważą następnym razem.
5. Pociąg z Katowic do Wisły jedzie ok. dwóch godzin. O ile w początkowej fazie tej podróży (w październiku) pełne oświetlenie wagonów i maksymalnie nastawione ogrzewanie są lub mogą być konieczne, o tyle to pierwsze przestaje mieć sens najdalej w połowie drogi, zaś to drugie powinno być skorygowane in minus jeśli na dworze nie ma mrozów, a świeci jesienne, ale jednak słońce. Sytuacja w której ze względu na temperaturę w wagonach trzeba rozbierać się do koszul, a w pełen słońca ranek pociąg jedzie oświetlony jak choinka nie jest normalna, a za to z pewnością kosztowna.
6. Koleje Śląskie od momentu powstania do przejęcia po Przewozach Regionalnych całego ruchu podmiejskiego w naszym regionie były wzorem do naśladowania pod każdym względem. W chwili szumnie zapowiadanej ekspansji poniosły sromotną klęskę nie radząc sobie z organizacją i musząc wzywać na pomoc swego przegranego konkurenta. Stały się wtedy z dnia na dzień pośmiewiskiem. Od pewnego czasu znów wizerunkowo się poprawiają. Należy im zatem życzyć, żeby wyciągały wnioski z potknięć i wysoki poziom narzucały sobie w każdym aspekcie swojej działalności. Bywa z tym różnie.
7. Moja sugestia do molocha. Zróbmy jeszcze kilka firm z PKP w nazwie. Np. PKP Szalety Dworcowe, PKP Przejścia Podziemne, PKP Śmietniczki Peronowe itd. Wówczas będzie można od Annasza do Kajfasza przerzucać się obowiązkami, korespondencją i pretensjami. A pasażerów mieć głęboko w... tunelu.
Przyjemnej podróży!
***
* - Jak się okazało (por. punkt 7 powyżej) adresatem zapytania o zapowiedzi na dworcach powinna być nie spółka PKP DK a inna - PKP PLK...
Oto Tysiąclecie.
Sztandarowy obrazek z Katowic lat 70 i 80 ubiegłego wieku. Drugie obok
"gwiazd" na Zawodziu osiedle eksploatowane do znudzenia na okładkach
wszelakich przewodników i folderów i ujmowane we wszystkich
chyba możliwych układach na widokówkach. Miejsce symbol. Symbol
nowoczesności, szerokich perspektyw, "drugiej Polski"
i chyba przede wszystkim przywracania świetności terenom cokolwiek
zapomnianym czy też nawet zniszczonym. Ot, taki peerelowski Śląsk 2.0. Czy
udany? Raczej tak, choć imponująca nawet dziś jeszcze architektura miejscami zwyczajnie przytłacza, a enklawy zieleni, aczkolwiek obecne, nie są w
stanie tego przykrego wrażenia zniwelować. Z drugiej jednak strony
otoczenie dzielnicy jakim jest od północy Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku
(obecnie nazywany Parkiem
Śląskim) a od południa sporej wielkości staw Maroko dają możliwość szybszego
niż to najczęściej w miastach bywa wyrwania się ku zieleni, ciszy i spokojowi.
Tak więc po zaakceptowaniu "koncepcji orzecha" w której zieleń
otacza, ale raczej nie przenika, "Tauzen",
bo tak od lat Katowiczanie nazywają to miejsce, może się nawet podobać.
Postanowiliśmy
z Agatą sprawdzić na ile dziecinne wspomnienia z wypraw do ZOO czy Wesołego Miasteczka wespół
z wyobrażeniami bardziej już dorosłymi z chwil w których w ten czy
inny sposób Tysiąclecie pojawiało się w naszym życiu zgadzają się z
rzeczywistością Anno Domini 2014 i wybraliśmy się na
sporej długości spacer rozpoczynając go (jakżeby inaczej!) naprzeciwko Alei Żyrafy - tej
samej którą w lipcu udawaliśmy się na zwiedzanie ogrodu zoologicznego.
Niedziela 23 listopada 2014 godzina 10:53
Z
centrum Katowic dojeżdżamy autobusem linii 673 do przystanku "os. Tysiąclecia
ZOO", kojarzącego mi się przez swą niefortunną nazwę z
nadgorliwcami, którym za komuny zdarzało się mówić o "osiedlu Tysiąclecia
PRL-u" i mając przed sobą rondo
im Henryka Sławika, a za plecami wspomnianą już żyrafę ruszamy
ulicą
Tysiąclecia w kierunku ronda
im. Karola Stryi. Jest to jedna z najważniejszych tras osiedla
i zarazem dobra jego wizytówka. Najpierw mijamy starsze, pochodzące z lat 60 i
70 bloki, dokładnie te, które pierwsze przychodzą nam na myśl, kiedy wspominamy
tą dzielnicę, pomiędzy nimi na wprost widzimy już powstałe w latach 80 "kukurydze"
i wreszcie po prawej wyłaniają się będące jeszcze w trakcie budowy najnowsze,
bardziej już typowe, acz również jak te wcześniejsze, potężne budynki ciągle jak
z tego wynika rozrastającego się kompleksu.
Chociaż wbrew pierwszym obawom napotykamy tu i ówdzie drzewa, skwerki i zwykłe trawniki, to jednak nie równoważą one ilości betonu, asfaltu, stali i przede wszystkim wrażenia totalnego zaplanowania wszystkiego i wszędzie. Brakuje jak na razie odrobiny naturalnej natury ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami, ale za to bez sztucznego koloryzowania, po prostu zostawionej samej sobie. Na szczęście za czas jakiś, już na pożegnanie osiedla, troszeczkę jej będzie. Ale o tym za chwilę.
Po minięciu marketu przy rondzie Stryi skręcamy w lewo i ulicą teraz już Mieszka I docieramy do
imponującego, niezwykle oryginalnego ceglanego kościoła ukończonego na początku
lat 90. To parafia pod
wezwaniem Podwyższenia Krzyża Świętego i Matki Bożej Uzdrowienia Chorych. Nietuzinkowa
i bardzo ładna zarazem budowla, kojarząca się, zwłaszcza gdy się ją ogląda od
strony rzeki Rawy
z baśniowym zamczyskiem, ze względu na kręcone schody i mury, jest mi prywatnie
znana także z tego, że przyglądałem się jej codziennie przez długie miesiące w
końcówce lat 80 dojeżdżając osinobusem na budowę ośrodka zdrowia przy ulicy Ułańskiej, także
na Tysiącleciu, tyle że Górnym. My,
co zaznaczam, cały czas jesteśmy na Dolnym. A
powyższe wspomnienie niech będzie dowodem, że i niżej podpisany dołożył niegdyś
swą cegiełkę, najzupełniej dosłownie zresztą rozumianą do powstania tej
dzielnicy...
Ogromnym łukiem prawie że zawracamy teraz i zostawiając kościół za sobą dochodzimy alejką nad Rawą do kolejnego ronda, tym razem imienia Konstantego Wolnego, z którego w prawo ulicą Jana Pawła II docieramy do chyba najpiękniejszego zakątka osiedla, czyli stawu Maroko. Jak wieść niesie w ogromnym trzcinowisku tuż obok niego żyją sobie nie tylko powszechnie znane kaczki, łabędzie czy żaby, ale także np. piżmaki i zaskrońce, a zatem stworzenia raczej rzadko w miastach spotykane. Cały zaś teren użytku ekologicznego "Stawy na Tysiącleciu" ma ok 16 hektarów, w tym powierzchnia stawów (są dwa) ponad 8, czyli całkiem sporo.
Przez
wiele lat tuż nad brzegiem funkcjonował tu ośrodek wodno rekreacyjny kopalni Kleofas,
a kolejnym (Państwo wybaczą autoreklamę!) epizodem z życia
autora związanym z odwiedzaną dziś dzielnicą było malowanie płotu
wspomnianej placówki, którego dokonał był jesienią 1989 roku ku swej wielkiej
radości zresztą, bo przecież w czarującej tak wtedy jak i dziś okolicy.
No właśnie, skąd ją znam? Czy raczej: skąd JESZCZE znam ogólnie Tysiąclecie? Z wczesnego dzieciństwa na przykład, gdy z mamą przyjeżdżałem do okolicznych, prawdopodobnie lepiej zaopatrzonych sklepów na zakupy. Z czasów zawodówki, kiedy to z praktyk na których pomagaliśmy ekipom usuwającym szkody górnicze w prywatnych mieszkaniach najczęściej w okolicach ulicy Dębowej (i dzielnicy Dąb) wracałem tędy na kopalnię, a także ze wspomnianych już wypraw do WPKiW, pracy na budowie przy ulicy Ułańskiej oraz właśnie ośrodka nad stawem o którym przed sekundką. Okazuje się, że całkiem tego sporo, prawda?
No ale nic, idziemy
dalej. Nowoczesnym wiaduktem nad Drogową Trasą Średnicową
zbliżamy się już do granicy Tysiąclecia i Załęża,
czyli ulicy Gliwickiej.
Krajobraz zmienia się tu diametralnie, rzec by można o kilkadziesiąt lat.
Zresztą skoro o latach mowa, to warto zaznaczyć, że idąc w prawo
doszlibyśmy do osiedla o bliskiej mi nazwieKolonia
Mościckiego (wcześniej Kolonia
Belojannisa, wcześniej kolonia Mościckiego, a w międzyczasie jeszcze Rudolf Hess Kolonie),
zaś dokładnie prawie naprzeciwko niego, w czasach PRL-u odnaleźlibyśmy giełdę
owocowo warzywną i samochodową, na której autor niniejszego bloga
zamierzał dawno temu zakupić samochód (?) marki syrena za
całe 40.000 polskich, acz komunistycznych niestety złotych. Ale nie
zakupił.
Na
Gliwickiej skręcamy w lewo (w kierunku centrum miasta) i mijając najpierw
raczej skromny Park Załęski, a zaraz
za nim masywny budynek dawnego kopalnianego
Domu Kultury dochodzimy do charakterystycznego krzyża po lewej
i vis a vis niego kierujemy się w Wiśniową.
Tu czas zatrzymał się już bezdyskusyjnie. Poza irytującym
tandetnością szyldem sklepu spożywczego wszystko jest jak dawniej. Czyli
jak kiedy dokładnie? Jak w latach osiemdziesiątych, sześćdziesiątych,
trzydziestych. Jak zawsze. Tak. Aż się dziwnie robi. Ale przyjemnie. To taki
niefałszowany Śląsk "kopalniany" jak z filmów. Są brudne familoki i
pełne prania balkony, są komórki na węgiel i gołębniki na placu, są zawsze obecni sąsiedzi na
ławeczkach pod oknami i jest klimat. To najważniejsze. Prosty. Jak
talerz żuru po ciężkiej szychcie. Warto
tu zajrzeć, by poczuć i spróbować zrozumieć ten dawny, zanikający już świat...
Przechodzimy teraz pod wiaduktem kolejowym (Polecam zerknięcie na zdjęcie podtopionego tu autobusu w książce pt. Monografia rzeki Rawy) i oto jesteśmy na ulicy Obroki, do roku 1990 zwanej ulicąRewolucjonistów. Po lewej w dali mamy tu
od dziesięcioleci już słynne: katowicki "szaberplac" i giełdę owocowo warzywną, na wprost dawną halę sportową jeszcze dawniejszej kopalni, a wreszcie za
nią i obok niej w prawo równie nieaktualne niestety Domy Górnika (w jednym z
nich ćwierć stulecia temu zamurowywałem okienka w piwnicach, ha ha!) i... no
nie, o tym trzeba opowiedzieć nieco szerzej.
Po
pierwsze za Domami Górnika jest pawilon handlowy. W pawilonie tym niżej
podpisany w początku lat 90 był stałym klientem działu monopolowego (Ha ha ha! Tak - był, ale bez obaw - jako "donosiciel", nie konsument!) oczekując
grzecznie w kolejce na magiczną godzinę trzynastą (wcześniej alkoholu nie
sprzedawano), zaś około roku 1993 zakupił nóż kuchenny. I co z tego, zapytacie Państwo?
Ano sporo. Nóż ów, nabyty jako się rzekło w 1993 roku mam do dziś, NIGDY niczym
go nie ostrzyłem, a nadal tnie bezproblemowo nawet kości i blachę z konserw. I
zawsze sobie obiecuję, że jak tylko cofnę się w czasie, to pierwsza sprawa -
kupić jeszcze jeden! Tak na wszelki wypadek, gdyby jednak ten się kiedyś stępił.
Za
sklepem jest osiedle czerwonych czteropiętrowców. Budował je w pierwszej
połowie lat 80 między innymi mój ojciec, którego nieraz tu odwiedzałem. W
trakcie takich wędrówek po budowie czy wielogodzinnego nudzenia się w szatni zdarzało
mi się na otrzymane od taty talony spożywać obiady właśnie w okolicznych hotelach
robotniczych. I nawet przez myśl mi nie przeszło wtedy, że za kilka
lat będę naprawdę pracował na Kleofasie!
Tutaj
dygresja. Tata pracował w PBPW,
Przedsiębiorstwie
Budowlanym Przemysłu Węglowego. Nie był górnikiem, tylko murarzem a przed samą emeryturą również instruktorem praktycznej nauki zawodu, ale mimo to dostawał
np. co roku Barbórkę (ok. 1,5 przeciętnej wypłaty), żywiła go jak widać z
akapitu powyżej także "moja" kopalnia, bo to dla niej budowano to
osiedle, a i zamiana mieszkania czy wczasów pomiędzy różnymi firmami, w tym, co jasne, także kopalniami właśnie, była czymś
oczywistym. A dziś weźcie i poproście kogoś o pozwolenie podpięcia przedłużacza
do gniazdka na pięć minut!
Podążamy
w górę ulicy Obroki. Mijamy tu po prawej samotny market, zarośnięty plac
wokół i resztki betonowego ogrodzenia.
Kiedyś także stały tu kolejki, ale nie wózków do kasy a ciężarówek po odbiór
węgla. Kierowcy wegetowali dniami i nocami a może tygodniami nawet w kabinach
swoich ZIŁ-ów, Starów i Jelczy. Na placu unosiły się tumany kurzu, w dali do
drewnianych magazynów rozładowywano wprost z pociągów tony wapna, cementu i
czego tam jeszcze, a ogromne ładowarki przewalały tony połamanego
drewna wydobytego wraz z węglem z dołu. I to drewno, proszę sobie wyobrazić,
można było za darmo nabyć w praktycznie dowolnej ilości na opał ponosząc tylko
koszty transportu. I to nie było sto lat temu, a raptem dwadzieścia.
AŻ
dwadzieścia, macie Państwo rację.
Idziemy dalej na wprost. Po lewej towarzyszą
nam bloki, po prawej resztki zabudowań Kleofasa przekazane teraz różnym
hurtowniom i biurom. Wreszcie mijamy brudny budyneczek administracyjny, dawny
bar i sklep tuż przy bramie (rany, przy każdej wypłacie stało tu z dwudziestu
albo i więcej amatorskich „dystrybutorów” kina klasy B, C a zwłaszcza X na
kasetach VHS!) i docieramy do budynku biura przepustek. Pawilon ten powstał około roku 1990, ale dziś
jest zdewastowany tak, jakby ktoś w złości dołożył mu ze trzydzieści lat. Wewnątrz,
zaraz przy wejściu był kopalniany kiosk, dalej rejestratory czasu pracy,
pomieszczenie strażników, pokój ich dowódcy, magazyn broni i ubikacje. Szyk,
przestronność, nowoczesność. A dziś? A dziś wita nas brud, gruz, wybita w murze
dziura na rurę z piecyka (sic!) i otwarta brama, której nikt nie pilnuje. Ale
mimo to nie wchodzimy, idziemy jeszcze kilkadziesiąt metrów obok dawnej dyrekcji,
siedziby związków zawodowych (teraz mieści się tam między innymi... szkoła rodzenia!) i na chwil kilka zaglądamy pomiędzy familoki
szukając pewnej dziury w płocie, tej samej, którą tyle razy przechodziłem na
teren kopalni jeszcze jako uczeń…
Ale jak się okazuje, nie ma już nie tylko dziury,
ale i płotu. Nie ma zresztą zupełnie niczego tam, gdzie zdawałoby się coś
jeszcze być powinno. Zniknęły budynki straży pożarnej, działu szkoleniowego,
budowlanki, głównego magazynu, transportu, działu spawalniczego… Wszystko
zniknęło. Przypominam sobie najpierw rok 2011 i moją tu pierwszą po latach bytność. Szok, jaki wywołały we mnie zabudowania, drogi i place, które znałem, zdewastowane i
zarośnięte. Dziś wrażenia są tym głębsze, że wokół zieje absolutna pustka. Po prostu
ugór, u którego kresu migocze przejeżdżający właśnie w dali pociąg.
Niewyobrażalne! Jakby świat chciał wmówić nam, że nigdy niczego tu nie było!
Jeszcze przez moment wracam pamięcią do roku
1994, kiedy się z kopalnią żegnałem.
-Tu była część dyrekcji, tutaj szkoleniówka,
a tam na piętrze…
-Tu w 1988 roku sadziłem żywopłot…
-Tamtędy…
Cisza.
Agata pilnie fotografuje każdy skrawek
historii wyglądający jeszcze gdzieś ukradkiem i w milczeniu słucha moich wspominek.
Dziwne doświadczenie, jakby przekonywać kogoś, że przed chwilą widziało się
stado różowych słoni. A co, jeśli one były tu naprawdę? Bo przecież były.
Wracamy znów przez podwórka do ulicy. Gdyby
iść teraz dalej w kierunku Chorzowa dojdzie się najpierw do hal targowych,
potem do jeszcze jednego kopalnianego szybu, a raczej miejsca, w którym kiedyś
był i wreszcie do biurowca Elkopu, usytuowanego na granicy miast. My jednak już zawracamy,
oglądając jeszcze po prawej dawną szkołę górniczą, która obecnie jest liceum ogólnokształcącym.
Uśmiecham się tu w duchu przypominając sobie jak to zupełnie niedawno udało mi się
odnaleźć w Internecie naszą panią dyrektorkę i podziękować jej mailem za tamte
czasy…
Dziwne to może, ale miałem taką potrzebę.
Znów jesteśmy przed bramą kopalni. Teraz w
prawo, w kierunku osiedla Witosa.
Zostawiamy za sobą dawną piwiarnię
„Pod dzwonem” do której nieraz wymykałem się z kolegami za kwadrans trzecia, parking,
który jest tu „od zawsze” a na którym było też wejście do warsztatu kopalnianych
ogrodników i małe rondko na którym zakręcały autobusy. Skoro już jednak wspomniałem
ogrodników, to jeszcze słówko. To tu między innymi do pomocy im właśnie przychodziliśmy
na praktyki ze szkoły. I zapadł mi w pamięć pewien pan, którego z racji nie
całkiem dopasowanego obuwia i ubrania roboczego
nazywaliśmy Charlie’m. Dopóki był po prostu kimś tam mającym się nami zająć,
był dla nas śmieszny, co jakoś zupełnie mu nie przeszkadzało, ale gdy po
kilkunastu minutach okazało się, że żaden z nas nie potrafi prawidłowo trzymać,
a co dopiero używać grabi… nasze podejście zmieniło się diametralnie. A
„Charlie” każdemu, spokojnie, grzecznie i po kolei tłumaczył i pokazywał co i
jak należy robić, aby grabie nie działały jak łopata…
Łopatologicznie pokazywał.
Po lewej skręcając w uliczkę Dulęby mamy teraz przed oczami sklep mięsny, a za nim, bardziej w stronę
kopalni – spożywczy. Kiedyś było na odwrót. Spożywczy był mięsnym, a mięsny - warzywniczo
spożywczym. I to tu właśnie, w tym ciasnym, ciemnym sklepiku lat temu wiele po raz
pierwszy ktoś zwrócił się do mnie per pan… O rany, ależ to wspomnienia!
W warzywniczym pracowało wtedy starsze małżeństwo,
z racji bliskości szkoły doskonale obeznane z młodzieżowymi zagrywkami i
slangiem. Tłumnie zresztą ówczesna młodzież ten sklepik odwiedzała na długich
przerwach i pewnie był on wtedy dla nas czymś więcej niż tylko miejscem
robienia zakupów. Rodzajem klubu, mini baru, czegoś takiego.
Dmuchany ryż, czerwona oranżada w woreczku,
słonecznik (Nie być Żyd, sypnij słoniola!)
i może jeszcze czasem jakieś jabłko. Niewielki był wybór, ale jak w każdej
zamkniętej społeczności, tak i tu sama możliwość wyjścia na dużej przerwie do
sklepiku (czytaj po prostu: posiadanie gotówki) nobilitowało. „Plebs” szedł
palić fajki za salę gimnastyczną, „szlachta” za to delektowała się landrynówą z woreczka
kupioną na dwóch. Następnego dnia najczęściej role się odwracały.
Ale żeby dojść do sklepu trzeba było opuścić teren
szkoły a to oznaczało minięcie najpierw stołówki i kuchni a zaraz potem bloku,
który do dziś widać z ulicy Dulęby doskonale – wtedy internatu, nieco później
hotelu robotniczego i wreszcie aż do dziś - siedziby rozmaitych
instytucji mniej lub bardziej z górnictwem związanych. Budynek ten był na przełomie
lat 80 i 90 poszerzany a raczej wydłużany dobudówką przy powstawaniu której
również i ja pracowałem. I tu nie mogę nie wspomnieć pewnego górnika
odsypiającego nockę i w związku z tym zirytowanego hałasem na dole. Po krótkiej
acz burzliwej wymianie zdań przez okno dobiegł nas, pracujących na parterze ryk:
Szanujcie nas kur..., bo jakby nie my, gorole, to byście do dziś rękami jedli!
Uśmialiśmy się do łez na takie dictum i w
rewanżu za poprawienie nam humoru zaczęliśmy od tego momentu rzeczywiście
zachowywać się możliwe najciszej.
I cóż, Państwo wybaczą daleką dygresję, ale myślę,
że to dobry, najlepszy może moment by się nią podzielić. Urodziłem się i
mieszkam od dziesięcioleci w Katowicach, uważam się za Ślązaka, ale jest to dla
mnie wtórne wobec bycia zawsze i przede wszystkim Polakiem. Stąd też z głęboką
niechęcią odnoszę się do dzielenia mieszkańców naszego regionu na tubylców i przyjezdnych. Szczególnie zaś śmieszy mnie utożsamianie
górnictwa ze śląskością w sytuacji, gdy tysiące tych właśnie tak pogardzanych tu
„goroli” oddało swoją pracę, zdrowie a nierzadko życie pracując w kopalniach i
przemieszkiwując latami w dalekich od luksusów hotelach robotniczych. Bo przecież wbrew
temu co się często głosi, nie tyle oni przyjechali na bogaty Śląsk za pracą, ile Śląsk ich ściągnął, bo miejscowi do tej
pracy najwidoczniej się nie kwapili. Prywatna moja prośba do wszystkich czytających te
słowa: Pamiętajcie Państwo o tym.
Tyle dygresji. Wracamy na ulicę Dulęby Anno Domini
2014.
W dali widać już pierwsze bloki
osiedla Witosa. Po prawej wciąż towarzyszy nam jeszcze teren dawnej szkoły a po
lewej najpierw kilka bloków, a potem już tylko na kilometr pachnące PRL-em rozmaite
firmy małe i duże. Mijamy rzadki dość lasek, w którym za czasów szkolnych pan
od wuefu, a zarazem sekretarz PZPR ganiał mnie i moich kolegów w niekończące
się kółeczko „na rozgrzewkę” i wreszcie boisko, na którym soczyście, acz
monotonnie klnąc rozgrywają właśnie jakiś swój mecz życia miejscowi oldboje. Wizualnie nie zmieniło się tu zbyt wiele od
czasów mojej młodości. Tylko plac szkolny jest bardziej zaniedbany, płot mocniej
zniszczony, a zielska wokół większe. Druga strona ulicy również wygląda jak
kiedyś. Szkoda tylko, że budynki i place po dawnych dużych firmach zajmują
teraz liliputy z gatunku „ja, mój brat i nasz dostawczak”, o czym świadczy
morze szyldów dookoła. Takie czasy, ktoś powie. Kiepskie czasy - odpowiem mu na to.
Betonowymi schodami dochodzimy do barierek
oddzielających nas od torów. Torów, których nie ma. To szlak piaskowy pomiędzy
szybami – zachodnim i wschodnim – mojej kopalni. Dawno już rozebrany, ale nadal
doskonale widoczny. Tylko kłaść szyny i można jechać. Śmieszą trochę te
barierki na pustej grobli, ale mimo to nadal nikt ich nie zdemontował. Może
więc kiedyś jeszcze popędzi tędy jakiś pociąg? Kto wie.
Osiedle Witosa. Jesteśmy już u kresu naszego dzisiejszego spaceru. Jeszcze kilka zdjęć
upstrzonych malunkami graficiarzy bloków i już skręcamy w lewo w kierunku
przystanku skąd za dokładnie pięć minut zabierze nas do Ligoty autobus linii 51.
Nasza wycieczka trwała niewiele ponad dwie godziny, a przecież ileż ciekawych
miejsc, śladów i wspomnień udało nam się napotkać!
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.
Generacja X - pokolenie ludzi urodzonych między 1961 a 1981. X oznaczać ma niewiadomą, ludzi, którzy nie wiedzą dokąd mają zmierzać, społeczeństwo zagubione w chaosie współczesności, wykreowanych przez modę wzorców, szukające odpowiedzi na trudne pytania i sensu własnej egzystencji. Wyznacznikiem przynależności była tutaj abnegacja, nonszalancki styl i sposób życia, bezbarwność. Często są to ludzie bogaci intelektualnie, lecz świadomie uciekający na marginesy oficjalnego życia, niepodatni na spoty reklamowe, okresowe mody, lekceważący konsumpcyjno-rynkowe reguły gry. Część z nich wylądowała na marginesach społecznych po utracie pracy.
(Wikipedia)
Książka skarg i wniosków
Komentarze do postów, nawet tych najstarszych, są zawsze mile widziane. Maile również - adres znajduje się na stronie mojego profilu. Zapraszam!