Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


wtorek, 2 grudnia 2014

Katowice oczami przechodniów


Niedzielny spacer pomiędzy katowickimi osiedlami 
- Tysiąclecia i Witosa


Oto Tysiąclecie. Sztandarowy obrazek z Katowic lat 70 i 80 ubiegłego wieku. Drugie obok "gwiazd" na Zawodziu osiedle eksploatowane do znudzenia na okładkach wszelakich przewodników i folderów i ujmowane we wszystkich chyba możliwych układach na widokówkach. Miejsce symbol. Symbol nowoczesności, szerokich perspektyw, "drugiej Polski" i chyba przede wszystkim przywracania świetności terenom cokolwiek zapomnianym czy też nawet zniszczonym. Ot, taki peerelowski Śląsk 2.0. Czy udany? Raczej tak, choć imponująca nawet dziś jeszcze architektura miejscami zwyczajnie przytłacza, a enklawy zieleni, aczkolwiek obecne, nie są w stanie tego przykrego wrażenia zniwelować. Z drugiej jednak strony otoczenie dzielnicy jakim jest od północy Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku (obecnie nazywany Parkiem Śląskim) a od południa sporej wielkości staw Maroko dają możliwość szybszego niż to najczęściej w miastach bywa wyrwania się ku zieleni, ciszy i spokojowi. Tak więc po zaakceptowaniu "koncepcji orzecha" w której zieleń otacza, ale raczej nie przenika, "Tauzen", bo tak od lat Katowiczanie nazywają to miejsce, może się nawet podobać.

Postanowiliśmy z Agatą sprawdzić na ile dziecinne wspomnienia z wypraw do ZOO czy Wesołego Miasteczka wespół z wyobrażeniami bardziej już dorosłymi z chwil w których w ten czy inny sposób Tysiąclecie pojawiało się w naszym życiu zgadzają się z rzeczywistością Anno Domini 2014 i wybraliśmy się na sporej długości spacer rozpoczynając go (jakżeby inaczej!) naprzeciwko Alei Żyrafy - tej samej którą w lipcu udawaliśmy się na zwiedzanie ogrodu zoologicznego.

Niedziela 23 listopada 2014 godzina 10:53
 
Z centrum Katowic dojeżdżamy autobusem linii 673 do przystanku "os. Tysiąclecia ZOO", kojarzącego mi się przez swą niefortunną nazwę z nadgorliwcami, którym za komuny zdarzało się mówić o "osiedlu Tysiąclecia PRL-u" i mając przed sobą rondo im Henryka Sławika, a za plecami wspomnianą już żyrafę ruszamy ulicą Tysiąclecia w kierunku ronda im. Karola Stryi. Jest to jedna z najważniejszych tras osiedla i zarazem dobra jego wizytówka. Najpierw mijamy starsze, pochodzące z lat 60 i 70 bloki, dokładnie te, które pierwsze przychodzą nam na myśl, kiedy wspominamy tą dzielnicę, pomiędzy nimi na wprost widzimy już powstałe w latach 80 "kukurydze" i wreszcie po prawej wyłaniają się będące jeszcze w trakcie budowy najnowsze, bardziej już typowe, acz również jak te wcześniejsze, potężne budynki ciągle jak z tego wynika rozrastającego się kompleksu.


Chociaż wbrew pierwszym obawom napotykamy tu i ówdzie drzewa, skwerki i zwykłe trawniki, to jednak nie równoważą one ilości betonu, asfaltu, stali i przede wszystkim wrażenia totalnego zaplanowania wszystkiego i wszędzie. Brakuje jak na razie odrobiny naturalnej natury ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami, ale za to bez sztucznego koloryzowania, po prostu zostawionej samej sobie. Na szczęście za czas jakiś, już na pożegnanie osiedla, troszeczkę jej będzie. Ale o tym za chwilę.

Po minięciu marketu przy rondzie Stryi skręcamy w lewo i ulicą teraz już Mieszka I docieramy do imponującego, niezwykle oryginalnego ceglanego kościoła ukończonego na początku lat 90. To parafia pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Świętego i Matki Bożej Uzdrowienia Chorych. Nietuzinkowa i bardzo ładna zarazem budowla, kojarząca się, zwłaszcza gdy się ją ogląda od strony rzeki Rawy z baśniowym zamczyskiem, ze względu na kręcone schody i mury, jest mi prywatnie znana także z tego, że przyglądałem się jej codziennie przez długie miesiące w końcówce lat 80 dojeżdżając osinobusem na budowę ośrodka zdrowia przy ulicy Ułańskiej, także na Tysiącleciu, tyle że Górnym. My, co zaznaczam, cały czas jesteśmy na Dolnym. A powyższe wspomnienie niech będzie dowodem, że i niżej podpisany dołożył niegdyś swą cegiełkę, najzupełniej dosłownie zresztą rozumianą do powstania tej dzielnicy...


Ogromnym łukiem prawie że zawracamy teraz i zostawiając kościół za sobą dochodzimy alejką nad Rawą do kolejnego ronda, tym razem imienia Konstantego Wolnego, z którego w prawo ulicą Jana Pawła II docieramy do chyba najpiękniejszego zakątka osiedla,  czyli stawu Maroko. Jak wieść niesie w ogromnym trzcinowisku tuż obok niego żyją sobie nie tylko powszechnie znane kaczki, łabędzie czy żaby, ale także np. piżmaki i zaskrońce, a zatem stworzenia raczej rzadko w miastach spotykane. Cały zaś teren użytku ekologicznego "Stawy na Tysiącleciu" ma ok 16 hektarów, w tym powierzchnia stawów (są dwa) ponad 8, czyli całkiem sporo.

Przez wiele lat tuż nad brzegiem funkcjonował tu ośrodek wodno rekreacyjny kopalni Kleofas, a kolejnym (Państwo wybaczą autoreklamę!) epizodem z życia autora związanym z odwiedzaną dziś dzielnicą było malowanie płotu wspomnianej placówki, którego dokonał był jesienią 1989 roku ku swej wielkiej radości zresztą, bo przecież w czarującej tak wtedy jak i dziś okolicy.


No właśnie, skąd ją znam? Czy raczej: skąd JESZCZE znam ogólnie Tysiąclecie? Z wczesnego dzieciństwa na przykład, gdy z mamą przyjeżdżałem do okolicznych, prawdopodobnie lepiej zaopatrzonych sklepów na zakupy. Z czasów zawodówki, kiedy to z praktyk na których pomagaliśmy ekipom usuwającym szkody górnicze w prywatnych mieszkaniach najczęściej w okolicach ulicy Dębowej (i dzielnicy Dąb) wracałem tędy na kopalnię, a także ze wspomnianych już wypraw do WPKiW, pracy na budowie przy ulicy Ułańskiej oraz właśnie ośrodka nad stawem o którym przed sekundką. Okazuje się, że całkiem tego sporo, prawda?
 
No ale nic, idziemy dalej. Nowoczesnym wiaduktem nad Drogową Trasą Średnicową zbliżamy się już do granicy Tysiąclecia i Załęża, czyli ulicy Gliwickiej. Krajobraz zmienia się tu diametralnie, rzec by można o kilkadziesiąt lat. Zresztą skoro o latach mowa, to warto zaznaczyć, że  idąc w prawo doszlibyśmy do osiedla o bliskiej mi nazwie Kolonia Mościckiego (wcześniej Kolonia Belojannisa, wcześniej kolonia Mościckiego, a w międzyczasie jeszcze Rudolf Hess Kolonie), zaś dokładnie prawie naprzeciwko niego, w czasach PRL-u odnaleźlibyśmy giełdę owocowo warzywną i samochodową, na której autor niniejszego bloga zamierzał dawno temu zakupić samochód (?) marki syrena za całe 40.000 polskich, acz komunistycznych niestety złotych. Ale nie zakupił.

Na Gliwickiej skręcamy w lewo (w kierunku centrum miasta) i mijając najpierw raczej skromny Park Załęski, a zaraz za nim masywny budynek dawnego kopalnianego Domu Kultury dochodzimy do charakterystycznego krzyża po lewej i vis a vis niego kierujemy się w Wiśniową. Tu czas zatrzymał się już bezdyskusyjnie. Poza irytującym tandetnością szyldem sklepu spożywczego wszystko jest jak dawniej. Czyli jak kiedy dokładnie? Jak w latach osiemdziesiątych, sześćdziesiątych, trzydziestych. Jak zawsze. Tak. Aż się dziwnie robi. Ale przyjemnie. To taki niefałszowany Śląsk "kopalniany" jak z filmów. Są brudne familoki i pełne prania balkony, są komórki na węgiel i gołębniki na placu, są zawsze obecni sąsiedzi na ławeczkach pod oknami i jest klimat. To najważniejsze. Prosty. Jak talerz żuru po ciężkiej szychcie. Warto tu zajrzeć, by poczuć i spróbować zrozumieć ten dawny, zanikający już świat...


Przechodzimy teraz pod wiaduktem kolejowym (Polecam zerknięcie na zdjęcie podtopionego tu autobusu w książce pt. Monografia rzeki Rawy) i oto jesteśmy na ulicy Obroki, do roku 1990 zwanej ulicą Rewolucjonistów. Po lewej w dali mamy tu od dziesięcioleci już słynne: katowicki "szaberplac" i giełdę owocowo warzywną, na wprost dawną halę sportową jeszcze dawniejszej  kopalni, a wreszcie za nią i obok niej w prawo równie nieaktualne niestety Domy Górnika (w jednym z nich ćwierć stulecia temu zamurowywałem okienka w piwnicach, ha ha!) i... no nie, o tym trzeba opowiedzieć nieco szerzej.

Po pierwsze za Domami Górnika jest pawilon handlowy. W pawilonie tym niżej podpisany w początku lat 90 był stałym klientem działu monopolowego (Ha ha ha! Tak - był, ale bez obaw - jako "donosiciel", nie konsument!) oczekując grzecznie w kolejce na magiczną godzinę trzynastą (wcześniej alkoholu nie sprzedawano), zaś około roku 1993 zakupił nóż kuchenny. I co z tego, zapytacie Państwo? Ano sporo. Nóż ów, nabyty jako się rzekło w 1993 roku mam do dziś, NIGDY niczym go nie ostrzyłem, a nadal tnie bezproblemowo nawet kości i blachę z konserw. I zawsze sobie obiecuję, że jak tylko cofnę się w czasie, to pierwsza sprawa - kupić jeszcze jeden! Tak na wszelki wypadek, gdyby jednak ten się kiedyś stępił.

Za sklepem jest osiedle czerwonych czteropiętrowców. Budował je w pierwszej połowie lat 80 między innymi mój ojciec, którego nieraz tu odwiedzałem. W trakcie takich wędrówek po budowie czy wielogodzinnego nudzenia się w szatni zdarzało mi się na otrzymane od taty talony spożywać obiady właśnie w okolicznych hotelach robotniczych. I nawet przez myśl mi nie przeszło wtedy, że za kilka lat będę naprawdę pracował na Kleofasie! 

Tutaj dygresja. Tata pracował w PBPW, Przedsiębiorstwie Budowlanym Przemysłu Węglowego. Nie był górnikiem, tylko murarzem a przed samą emeryturą również instruktorem praktycznej nauki zawodu, ale mimo to dostawał np. co roku Barbórkę (ok. 1,5 przeciętnej wypłaty), żywiła go jak widać z akapitu powyżej także "moja" kopalnia, bo to dla niej budowano to osiedle, a i zamiana mieszkania czy wczasów pomiędzy różnymi firmami, w tym, co jasne, także kopalniami właśnie, była czymś oczywistym. A dziś weźcie i poproście kogoś o pozwolenie podpięcia przedłużacza do gniazdka na pięć minut!
 
Podążamy w górę ulicy Obroki. Mijamy tu po prawej samotny market, zarośnięty plac wokół i resztki betonowego ogrodzenia. Kiedyś także stały tu kolejki, ale nie wózków do kasy a ciężarówek po odbiór węgla. Kierowcy wegetowali dniami i nocami a może tygodniami nawet w kabinach swoich ZIŁ-ów, Starów i Jelczy. Na placu unosiły się tumany kurzu, w dali do drewnianych magazynów rozładowywano wprost z pociągów tony wapna, cementu i czego tam jeszcze, a ogromne ładowarki przewalały tony połamanego drewna wydobytego wraz z węglem z dołu. I to drewno, proszę sobie wyobrazić, można było za darmo nabyć w praktycznie dowolnej ilości na opał ponosząc tylko koszty transportu. I to nie było sto lat temu, a raptem dwadzieścia.
AŻ dwadzieścia, macie Państwo rację.

Idziemy dalej na wprost. Po lewej towarzyszą nam bloki, po prawej resztki zabudowań Kleofasa przekazane teraz różnym hurtowniom i biurom. Wreszcie mijamy brudny budyneczek administracyjny, dawny bar i sklep tuż przy bramie (rany, przy każdej wypłacie stało tu z dwudziestu albo i więcej amatorskich „dystrybutorów” kina klasy B, C a zwłaszcza X na kasetach VHS!) i docieramy do budynku biura przepustek. Pawilon ten powstał około roku 1990, ale dziś jest zdewastowany tak, jakby ktoś w złości dołożył mu ze trzydzieści lat. Wewnątrz, zaraz przy wejściu był kopalniany kiosk, dalej rejestratory czasu pracy, pomieszczenie strażników, pokój ich dowódcy, magazyn broni i ubikacje. Szyk, przestronność, nowoczesność. A dziś? A dziś wita nas brud, gruz, wybita w murze dziura na rurę z piecyka (sic!) i otwarta brama, której nikt nie pilnuje. Ale mimo to nie wchodzimy, idziemy jeszcze kilkadziesiąt metrów obok dawnej dyrekcji, siedziby związków zawodowych (teraz mieści się tam między innymi... szkoła rodzenia!) i na chwil kilka zaglądamy pomiędzy familoki szukając pewnej dziury w płocie, tej samej, którą tyle razy przechodziłem na teren kopalni jeszcze jako uczeń…


Ale jak się okazuje, nie ma już nie tylko dziury, ale i płotu. Nie ma zresztą zupełnie niczego tam, gdzie zdawałoby się coś jeszcze być powinno. Zniknęły budynki straży pożarnej, działu szkoleniowego, budowlanki, głównego magazynu, transportu, działu spawalniczego… Wszystko zniknęło. Przypominam sobie najpierw rok 2011 i moją tu pierwszą po latach bytność. Szok, jaki wywołały we mnie zabudowania, drogi i place, które znałem, zdewastowane i zarośnięte. Dziś wrażenia są tym głębsze, że wokół zieje absolutna pustka. Po prostu ugór, u którego kresu migocze przejeżdżający właśnie w dali pociąg. Niewyobrażalne! Jakby świat chciał wmówić nam, że nigdy niczego tu nie było!
Jeszcze przez moment wracam pamięcią do roku 1994, kiedy się z kopalnią żegnałem.
-Tu była część dyrekcji, tutaj szkoleniówka, a tam na piętrze…
-Tu w 1988 roku sadziłem żywopłot…
-Tamtędy…

Cisza.

Agata pilnie fotografuje każdy skrawek historii wyglądający jeszcze gdzieś ukradkiem i w milczeniu słucha moich wspominek. Dziwne doświadczenie, jakby przekonywać kogoś, że przed chwilą widziało się stado różowych słoni. A co, jeśli one były tu naprawdę? Bo przecież były.


Wracamy znów przez podwórka do ulicy. Gdyby iść teraz dalej w kierunku Chorzowa dojdzie się najpierw do hal targowych, potem do jeszcze jednego kopalnianego szybu, a raczej miejsca, w którym kiedyś był i wreszcie do biurowca Elkopu, usytuowanego na granicy miast. My jednak już zawracamy, oglądając jeszcze po prawej dawną szkołę górniczą, która obecnie jest liceum ogólnokształcącym. Uśmiecham się tu w duchu przypominając sobie jak to zupełnie niedawno udało mi się odnaleźć w Internecie naszą panią dyrektorkę i podziękować jej mailem za tamte czasy…
Dziwne to może, ale miałem taką potrzebę.

Znów jesteśmy przed bramą kopalni. Teraz w prawo, w kierunku osiedla Witosa. Zostawiamy za sobą dawną piwiarnię „Pod dzwonem” do której nieraz wymykałem się z kolegami za kwadrans trzecia, parking, który jest tu „od zawsze” a na którym było też wejście do warsztatu kopalnianych ogrodników i małe rondko na którym zakręcały autobusy. Skoro już jednak wspomniałem ogrodników, to jeszcze słówko. To tu między innymi do pomocy im właśnie przychodziliśmy na praktyki ze szkoły. I zapadł mi w pamięć pewien pan, którego z racji nie całkiem dopasowanego obuwia i ubrania roboczego nazywaliśmy Charlie’m. Dopóki był po prostu kimś tam mającym się nami zająć, był dla nas śmieszny, co jakoś zupełnie mu nie przeszkadzało, ale gdy po kilkunastu minutach okazało się, że żaden z nas nie potrafi prawidłowo trzymać, a co dopiero używać grabi… nasze podejście zmieniło się diametralnie. A „Charlie” każdemu, spokojnie, grzecznie i po kolei tłumaczył i pokazywał co i jak należy robić, aby grabie nie działały jak łopata…
Łopatologicznie pokazywał.


Po lewej skręcając w uliczkę Dulęby mamy teraz przed oczami sklep mięsny, a za nim, bardziej w stronę kopalni – spożywczy. Kiedyś było na odwrót. Spożywczy był mięsnym, a mięsny - warzywniczo spożywczym. I to tu właśnie, w tym ciasnym, ciemnym sklepiku lat temu wiele po raz pierwszy ktoś zwrócił się do mnie per pan… O rany, ależ to wspomnienia!

W warzywniczym pracowało wtedy starsze małżeństwo, z racji bliskości szkoły doskonale obeznane z młodzieżowymi zagrywkami i slangiem. Tłumnie zresztą ówczesna młodzież ten sklepik odwiedzała na długich przerwach i pewnie był on wtedy dla nas czymś więcej niż tylko miejscem robienia zakupów. Rodzajem klubu, mini baru, czegoś takiego.

Dmuchany ryż, czerwona oranżada w woreczku, słonecznik (Nie być Żyd, sypnij słoniola!) i może jeszcze czasem jakieś jabłko. Niewielki był wybór, ale jak w każdej zamkniętej społeczności, tak i tu sama możliwość wyjścia na dużej przerwie do sklepiku (czytaj po prostu: posiadanie gotówki) nobilitowało. „Plebs” szedł palić fajki za salę gimnastyczną, „szlachta” za to delektowała się landrynówą z woreczka kupioną na dwóch. Następnego dnia najczęściej role się odwracały.

Ale żeby dojść do sklepu trzeba było opuścić teren szkoły a to oznaczało minięcie najpierw stołówki i kuchni a zaraz potem bloku, który do dziś widać z ulicy Dulęby doskonale – wtedy internatu, nieco później hotelu robotniczego i wreszcie aż do dziś - siedziby rozmaitych instytucji mniej lub bardziej z górnictwem związanych. Budynek ten był na przełomie lat 80 i 90 poszerzany a raczej wydłużany dobudówką przy powstawaniu której również i ja pracowałem. I tu nie mogę nie wspomnieć pewnego górnika odsypiającego nockę i w związku z tym zirytowanego hałasem na dole. Po krótkiej acz burzliwej wymianie zdań przez okno dobiegł nas, pracujących na parterze ryk: Szanujcie nas kur..., bo jakby nie my, gorole, to byście do dziś rękami jedli!
Uśmialiśmy się do łez na takie dictum i w rewanżu za poprawienie nam humoru zaczęliśmy od tego momentu rzeczywiście zachowywać się możliwe najciszej.


I cóż, Państwo wybaczą daleką dygresję, ale myślę, że to dobry, najlepszy może moment by się nią podzielić. Urodziłem się i mieszkam od dziesięcioleci w Katowicach, uważam się za Ślązaka, ale jest to dla mnie wtórne wobec bycia zawsze i przede wszystkim Polakiem. Stąd też z głęboką niechęcią odnoszę się do dzielenia mieszkańców naszego regionu na tubylców i przyjezdnych. Szczególnie zaś śmieszy mnie utożsamianie górnictwa ze śląskością w sytuacji, gdy tysiące tych właśnie tak pogardzanych tu „goroli” oddało swoją pracę, zdrowie a nierzadko życie pracując w kopalniach i przemieszkiwując latami w dalekich od luksusów hotelach robotniczych. Bo przecież wbrew temu co się często głosi, nie tyle oni przyjechali na bogaty Śląsk za pracą, ile Śląsk ich ściągnął, bo miejscowi do tej pracy najwidoczniej się nie kwapili. Prywatna moja prośba do wszystkich czytających te słowa: Pamiętajcie Państwo o tym.
Tyle dygresji. Wracamy na ulicę Dulęby Anno Domini 2014.


W dali widać już pierwsze bloki osiedla Witosa. Po prawej wciąż towarzyszy nam jeszcze teren dawnej szkoły a po lewej najpierw kilka bloków, a potem już tylko na kilometr pachnące PRL-em rozmaite firmy małe i duże. Mijamy rzadki dość lasek, w którym za czasów szkolnych pan od wuefu, a zarazem sekretarz PZPR ganiał mnie i moich kolegów w niekończące się kółeczko „na rozgrzewkę” i wreszcie boisko, na którym soczyście, acz monotonnie klnąc rozgrywają właśnie jakiś swój mecz życia miejscowi oldboje.  Wizualnie nie zmieniło się tu zbyt wiele od czasów mojej młodości. Tylko plac szkolny jest bardziej zaniedbany, płot mocniej zniszczony, a zielska wokół większe. Druga strona ulicy również wygląda jak kiedyś. Szkoda tylko, że budynki i place po dawnych dużych firmach zajmują teraz liliputy z gatunku „ja, mój brat i nasz dostawczak”, o czym świadczy morze szyldów dookoła. Takie czasy, ktoś powie. Kiepskie czasy - odpowiem mu na to.

Betonowymi schodami dochodzimy do barierek oddzielających nas od torów. Torów, których nie ma. To szlak piaskowy pomiędzy szybami – zachodnim i wschodnim – mojej kopalni. Dawno już rozebrany, ale nadal doskonale widoczny. Tylko kłaść szyny i można jechać. Śmieszą trochę te barierki na pustej grobli, ale mimo to nadal nikt ich nie zdemontował. Może więc kiedyś jeszcze popędzi tędy jakiś pociąg? Kto wie.


Osiedle Witosa. Jesteśmy już u kresu naszego dzisiejszego spaceru. Jeszcze kilka zdjęć upstrzonych malunkami graficiarzy bloków i już skręcamy w lewo w kierunku przystanku skąd za dokładnie pięć minut zabierze nas do Ligoty autobus linii 51. Nasza wycieczka trwała niewiele ponad dwie godziny, a przecież ileż ciekawych miejsc, śladów i wspomnień udało nam się napotkać!
 
Do zobaczenia na szlaku! 

 
Mapka trasy.
 Kliknij lub otwórz w nowym oknie aby powiększyć.
 
 
 
***
 

czwartek, 13 listopada 2014

Nieoczekiwana zmiana miejsc


 
WYCIECZKA DWUDZIESTA PIERWSZA
WĘGIERSKA GÓRKA - GLINNE - MAGURKA WIŚLAŃSKA - GAWLASI - CIENKÓW

 
Po powrocie z wycieczki dwudziestej stanąłem przed koniecznością wyboru, jakiego jeszcze kilka dni wcześniej bym się nie spodziewał. Oto miałem z jednej strony przygotowane od tygodni, rozrysowane, wyliczone w metrach, kilometrach i złotówkach kolejne trasy, z których kilka wykraczało wreszcie dość odważnie poza Beskid Śląski a jedna chyba tylko miała mniej niż 20 km, a z drugiej konstatację, że w towarzystwie Agaty, króciutka przecież, znana mi już i należąca do średnich, jeśli chodzi o widoki wędrówka (miało być pół na pół – i ładnie i niezbyt trudno) okazała się po prostu dobrą zabawą od pierwszej do ostatniej minuty. I to mimo zabójczego przecież ponad trzydziestostopniowego upału.

A skoro tak, to postanowiłem przyjąć wyżej wspominaną Agatę do mojej bandy i ruszać dalej w świat.

-To gdzie tam jest najładniej według ciebie? - zapytała mnie któregoś dnia.
-Myślę, że na Baraniej Górze i w jej okolicach.
-To idziemy na Baranią Górę!
-Ale…
-Żadne ale, idziemy.

Jest czwarty lipca, szósta czterdzieści siedem. To pierwsze zdjęcie. Nieczynny dworzec w Węgierskiej Górce. Właśnie odjechał przyjemnie klimatyzowany Elf, a dookoła nas, mimo wczesnej pory coraz mocniej przygrzewa słoneczko.


Który to już raz ta Węgierska Górka? Najpierw oglądałem ją jadąc aż na granicę – do Zwardonia latem 2013 roku, potem już jesienią, w październiku, ruszałem stąd na Fajkówkę i dalej na Baranią Górę, wreszcie w połowie marca 2014 przecierałem zaśnieżony jeszcze miejscami szlak czerwony przez Glinne, ten sam, którym i my za chwilę pomaszerujemy. Ciekawe jak też wygląda latem odcinek, na którym niżej podpisany między Magurką Wiślańską a Baranią właśnie „maszerował” na czworaka trzymając się… śniegu.

Ruszamy! Dla przypomnienia słów może kilka o trasie. Przechodzimy obok dworca po jego lewej patrząc od peronów stronie i lekkim łukiem (to ulica Kolejowa) dochodzimy obok słynnej odlewni żeliwa do skwerku z przystankiem autobusowym, pomnikiem Jana Pawła II i charakterystycznymi rzeźbami po drugiej stronie poprzecznie przebiegającej ruchliwej drogi (ul. Zielona). Dokładnie za przejściem dla pieszych stoi drogowskaz. W lewo zielony na Fajkówkę, w prawo czerwony na Baranią. Uprzedzając pytanie. Zarówno stopień trudności jak i atrakcyjności jest zbliżony, a cechą szczególną obu tras jest to, że są bardziej długie niż strome, choć i stromości się na nich spotyka.

Agata jako „zwierzę miejskie” (jak w starym dowcipie chciała, żebym zabrał w słoiku trochę spalin z Katowic żeby ją ocucić w górach) obfotografowuje domy, sklepy i urzędy, a ja pozując na starego wygę (bardziej to pierwsze niż to drugie) w swoim przynajmniej przekonaniu fachowo objaśniam gdzie i co wycieczka aktualnie ogląda. A więc Aleja Zbójników, Urząd Gminy, parking za nim i… uwaga, to ważne miejsce, tu właśnie, zaraz po minięciu parkingu, skręcić należy niepozornym chodniczkiem obniżającym się lekko w lewo. 

Dawniej, jak już kiedyś opowiadałem szlak wiódł prosto do mostu drogowego i dopiero za nim skręcał na Trakt Cesarski, teraz jednak dochodzi doń przez tzw. Most Zakochanych, który jest przeznaczony tylko dla ruchu pieszego. Najkrótszy opis przebiegu szlaku czerwonego brzmiałby tutaj tak: od drogowskazu na ulicy Zielonej zaczynamy „rysować” ogromną jedynkę, której ramię doprowadza nas do rzeki. Po drodze zaś warto przyjrzeć się zarówno dobrze już stąd widocznym górom w dali, jak i bardzo nowocześnie zagospodarowanym terenom Bulwarów nad Sołą, przez które przechodzimy, a może i nawet przysiąść na którejś z licznych ławeczek. My na przykład przysiedliśmy bardziej wirtualnie, bo z wrażenia, na widok czegoś małego, białego i czworonożnego, co przybiegło nie wiadomo skąd i niczym słynny kot-przytulak z Orłowej (polecam – zwierzak mieszka na szlaku z Równicy na Trzy Kopce Wiślańskie!) zażądało głaskania. A okazało się przeuroczym puchatym pieskiem towarzyszącym tu jakiejś grupie prawdopodobnie kolonistów. Piesek ten jednak jak sądzę nie należy do stałego elementu trasy, wobec czego jego braku proszę nie uznawać za dowód pobłądzenia. Jeśli ulica Zielona jest za plecami, a Soła przed oczami, to wszystko idzie w dobrym kierunku. A propos kierunek – chodnikiem wzdłuż rzeki udajemy się w prawo, w stronę widocznego a przepięknego z każdej odległości mostu.

 
Zarówno tym jak i drugim brzegiem w kilka minut można też udając się w lewo dotrzeć do szlaku zielonego (most Junaków), zaś następna taka możliwość to szczyt Glinnego, bo tam z kolei napotkamy ścieżkę prowadzącą na Czerwieńską Grapę. Jeśli ktoś ma ochotę poeksperymentować – proszę bardzo - można mieszać.

Robi się coraz cieplej, więc zatrzymujemy się na chwilę nad wodą, a potem po obfotografowaniu okolicy i przegryzieniu czegoś słodkiego ruszamy przez Most Zakochanych ku „cysorce” (przepraszam, ale takie zdanie budzi u mnie dziwne skojarzenia przyczynowo skutkowe), czyli Traktowi Cesarskiemu. I tutaj znów w lewo i zarazem po raz pierwszy „oficjalnie” pod górę. Piszę „oficjalnie”, ponieważ pierwsze wzniesienie terenu to… taras widokowy zaraz za, a raczej powyżej mostu. Jeśli się nie ma kondycji można tu zawsze zagrać wielkiego estetę i przysiąść, aby nacieszyć oczy widokami a przy okazji nie dostać zawału. My stajemy tu również dla zrobienia zdjęć z gatunku „każdy, zawsze” i prawie zaraz pochrupując sucharami ruszamy dalej w kierunku fortu Waligóra, do którego jednak, o czym proszę pamiętać, szlak oficjalnie nie prowadzi – trzeba zejść nieco w dół nieznakowaną ścieżką tuż przed miejscem, gdzie nasza trasa zakręca łagodnie w prawo.

Agata pędzi więc zdigitalizować w swoim wielkomiejskim zachwycie każdy metr sześcienny żelbetu, a ja uspokajam oddech, bo choć jak pamiętam z mojej marcowej tu bytności, chwilę za zakrętem skończyła mi się czekolada, a to znaczy, że było naprawdę ciężko, to jednak dziś dochodzi jeszcze tropikalna temperatura, której mocny przedsmak mimo wczesnej pory już mamy.

Szlak wznosi się nieprzerwanie i wiodąc nad coraz głębszą doliną (w kategoriach beskidzkich – przepaścią nawet momentami) doprowadza nas do sympatycznej kapliczki na drzewie i ostatnich zabudowań w otoczonym zielenią i czarującymi widokami siodle.

-Ale pięknie… - słyszę przy akompaniamencie trzaskania migawki. Uśmiecham się.
-No widzisz. Mówiłem.


Polanka, lekkie obniżenie i po chwili znów idziemy pod górę. Najpierw mając po lewej prawie zaraz za przysiółkiem majestatyczne skały, z których wiosną przyglądał mi się kozioł, a po prawej dolinę i buchające nieskażoną zielonością góry, ale już wkrótce po prostu lasem, coraz węższą ścieżynką przedzierając się przez kolejne powalone drzewa. Drogę utrudniają nam gałęzie, kamienie, drobne strumyki, czasem błoto. Wreszcie docieramy do śródleśnej drogi i tu bardziej z przymusu niż z wyboru postanawiamy na chwilę przystanąć. I robi nam się podwójnie dziwnie, bo oto najpierw mija nas para może dwudziestokilkulatków z małą, ale bardzo dzielnie maszerującą pociechą, a minutę po nich… TIR z ogromną naczepą. Mina kierowcy wskazuje, co myśli o ludziach, którzy urządzili sobie biwak tuż przy drodze. Nie wiem czy kurz pozwala mu jednak dostrzec, co my myślimy o ciężarówkach w górach…

No właśnie. Jesteśmy na szlaku czerwonym. Niby nic takiego, ale to Główny Szlak Beskidzki, podobno duma naszego kraju ciągnąca się aż daleko w Bieszczady, więc jednak coś więcej niż jakaś tam ścieżka od stacji do schroniska. I wyobraźmy sobie, że chcąc pokazać zagranicznemu turyście piękno polskich gór zabieramy go na spacer, żeby wysoko na trasie napotkać PĘDZĄCĄ CIĘŻARÓWKĘ!  Ktokolwiek jest za to odpowiedzialny, niech wie, że jest to tak niewyobrażalnie żenujące i głupie, że aż smutne.

Solidarnie dzieląc się żelkami ruszamy w ślad za raźno maszerującą rodzinką teraz już jakby łagodniej się wznoszącą ścieżką by po chwili napotkać… kolejny samochód. Tym razem już wprost na szlaku. Mniejszy co prawda, ale jednak. Skąd on tutaj? Ano starczy się zatrzymać, wsłuchać i w moment wszystko staje się jasne. Mały dostawczak to zaplecze ekipy, która wysoko na stoku ścina drzewa. Pnie ściągają do drogi konie, na szczęście dla przyrody, na nieszczęście dla nich samych, bo jest tam naprawdę bardzo stromo, ciężarówką zaś zwozi się to po pewnie załadowaniu jakimś dźwigiem w dół do miasteczka.

Skręcamy błotnistym traktem w prawo i wreszcie docieramy do czegoś naturalnego - kilku cudownie szumiących źródełek tuż przy szlaku a nieco wyżej za nimi polany z widokiem na Beskid Żywiecki i Węgierską Górkę daleko już w dole pod nami…  To jedno z najpiękniejszych miejsc naszej wycieczki, ale i w ogóle jedna z lepszych panoram w Beskidzie Śląskim. Oddychamy głęboko i cała złość znika tak samo szybko jak się pojawiła. Tu przynajmniej te góry są nadal takie, jakimi były i być powinny.


Trasa zakręca, a wręcz zawraca tu bardzo ostro w lewo i przypominam sobie jak to święcie byłem przekonany kilka miesięcy temu, że góra, którą widzę dochodząc do tego punktu od źródełek jest już Magurką… 
A gdzie tam do niej!

Chwila lasu i ponownie przechodzimy przez wysypaną kamieniem drogę. Tuż przed nią po lewej napotykamy ukrytą w cieniu i przykurzoną nieco kapliczkę a zaraz potem wszystko cichnie wreszcie i znika. Teraz już tylko góry.

Przyglądam się badawczo jak też moja towarzyszka znosi trudy marszu i widzę, że coraz częściej nadrabia miną. Upał też robi swoje. Pora najwyższa na prawdziwą przerwę, ale najpierw jeszcze strome i tatrzańsko kamieniste podejście na Glinne osłodzone tylko przepięknymi widokami po lewej. Las kończy się tu nagle jak ucięty nożem i oto przed sobą widzimy już Baranią, Magurki, Skrzyczne i nawet Jezioro Żywieckie. Z prawej zaś mijamy niepozorną ścieżynkę na Czerwieńską Grapę, czyli ostatnią, a wspomnianą już wcześniej szansę przesiadki na szlak zielony.
 
 
Oto więc Glinne. Zdobyte i pokonane. W moim przypadku po raz drugi.
 
Decydujemy się zrobić przerwę śniadaniową w dolince między Glinnem a Magurką, bo tylko tam jest jakaś szansa na schronienie w cieniu, choć niewielka raczej jak się później okazuje. Przysiadamy na kilkanaście minut i jemy w milczeniu. Czuję, że za chwilę usłyszę coś, czego usłyszeć nie chcę, ale…
 
-Szukaj jakiejś krótszej trasy, bo ja chyba nie dam rady.
Aha.
 
Cóż, muszę tu napisać słowa, które może przydadzą się kiedyś kolejnym turystom dopiero zaczynającym swoją przygodę z „małymi górkami”. Kryzys, jaki przydarzył się mojej towarzyszce jest dokładnie takim samym, jaki ja przeżywałem na żółtym szlaku od zapory Mościckiego na Szyndzielnię jesienią 2011 roku, zresztą mnie złapało wtedy dużo mocniej, i też jak Agata sam się o to prosiłem wybierając za trudną jak na swoją kondycję, czy może bardziej obeznanie z chodzeniem po górach trasę.  
 
Czymże więc jest to obeznanie? Zbiorem wielu różnych prawd małych i dużych. Na przykład takich, że przez góry nie chodzi się miejskim dynamicznym krokiem, a dużo spokojniej (co nie zawsze oznacza wprost – wolniej), że utracone na jakimś podejściu siły szybko się regenerują, nie do stu procent co prawda, ale do osiemdziesięciu, potem siedemdziesięciu pięciu i tak dalej, że trzeba robić przerwy nie tylko te poważne, jedzeniowo wypoczynkowe, ale także mniejsze, te zwykłe, na złapanie oddechu, napicie się, czasem po prostu zatrzymanie. Bo to przecież wycieczka, nie bieg za autobusem, prawda?
 
Nie, nie wymądrzam się. Pamiętam po prostu jak stałem wtedy sam w lesie, miałem zawroty głowy, robiło mi się słabo i bałem się, że gdzieś tam runę pomiędzy drzewa. Ale właśnie dlatego potem do takich a nie innych wniosków nomen omen doszedłem.
 
Mijając grupę młodych ludzi, którzy także postanowili odpocząć sobie kilkadziesiąt metrów za nami docieramy krótkim stromym podejściem na Magurkę. A Magurek jak wiadomo jest w górach jak Kowalskich i Nowaków na nizinach – multum i jeszcze trochę. Ta tutaj należy do tych mniej znanych, zwłaszcza w porównaniu do swoich bliskich kuzynek – Radziechowskiej i Wiślańskiej jak i do dalszej rodziny – Magurki Wilkowickiej w Beskidzie Małym i oczywiście „Big Mama”, czyli Magury leżącej tuż obok Klimczoka. Zresztą widoki z niej są tylko te sprzed chwili, właśnie przy podchodzeniu od Glinnego, potem jest las. Nic szczególnego. Za lasem za to cudowna jak zawsze, przeogromna i przewspaniała Hala Radziechowska, jeden z moich prywatnych siedmiu cudów Beskidu Śląskiego.
 
 
Co robimy? Cóż, rozwiązaniem najprostszym jest teraz zejście do Radziechów szlakiem niebieskim. Nie jest krótkie, chyba też momentami nie należy do najłatwiejszych, ale ma tę zaletę, że na już prowadzi w dół, a na dole ma… przystanek autobusowy z bezpośrednim połączeniem do Żywca. Widokowo zresztą też jest niczego sobie.

Stawiam sprawę otwarcie widząc po minie mojej towarzyszki, że zasada o wracających zawsze siłach jednak działa.
-Możemy zejść tędy do Radziechów, ale jeśli dasz radę proponuję iść tam – pokazuję palcem górkę niedaleko – to Magurka Radziechowska. Z niej możemy iść szlakiem zielonym do Ostrego koło Żywca i tam już mamy busy.
-Dobra, spróbujmy!

No to próbujemy. Jest o tyle łatwiej, że wysoko i bez większych wzniesień w pobliżu. Widoki i atmosfera tego miejsca też robią swoje. Niby się jest zmęczonym, ale chce jeszcze. Znam to.

Kolejne „Ale tu pięknie” w ustach Agaty brzmi dla mnie jak najwyższe wyróżnienie. No w końcu to ja „odkryłem” Halę Radziechowską dla świata, ha ha ha.

Szlak prowadzi nas łagodnie w lewo (tu wspaniały widok na daleką jeszcze Baranią Górę!) przez rozległe pastwiska, potem jednak zwraca się nagle w prawo i wznosząc pomiędzy coraz wyższymi zaroślami dociera wijącymi koleinami do… no właśnie, jeszcze nie szczytu, choć można tak pomyśleć. To tylko drogowskaz oznaczający punkt zetknięcia z kolorem zielonym. Przed nami oddzielone imponującą doliną Skrzyczne. Majestat w pełnej krasie.

-To tutaj. Jeśli chcesz, tędy możemy zejść do Ostrego.
-A co jest dalej na czerwonym?
-No… Najpiękniejsze widoki, zupełnie płaska, spacerowa trasa pomiędzy obiema Magurkami. Właściwie zaczyna się zaraz za tymi tam krzaczkami.
-To idziemy.

No tak. Z jednej strony o taką reakcję mi chodziło, z drugiej niepokoi mnie świadomość, że wybierając dalszy marsz pozbawiamy się jakiejkolwiek możliwości wcześniejszego zejścia (pomijając zejście z tego świata, czyli to które akurat pominąć bym wolał).

-Ale żebyś wiedziała, że to daleko…
-Dawaj, idziemy!
 

Ostatnie tęskne spojrzenie na schodzącą stromo ścieżkę zieloną i cóż, maszerujemy w lewo. Chwila dosłownie jeszcze pośród zarośli i nagle czuję się jak piłkarz wychodzący z tunelu na boisko. Ogarnia nas ogrom przestrzeni nieosiągalny w żadnym innym miejscu Beskidu Śląskiego poza może samym szczytem Baraniej. Ogarnia i aż przygniata zmysły. Dosłownie nie wiadomo, gdzie spojrzeć. Ale gdziekolwiek się spojrzy jest pięknie. Zwalniamy kroku. Strzelają migawki aparatów. Ponad nami pełne słońca niebo. To właśnie takie góry, jakie kocham. I jeszcze ta cienka ścieżka, którą idziemy. Ścieżka na której, co także uwielbiam, widzi się swoją przyszłość o jakąś godzinę do przodu…

Mijamy kopczyk kamieni oznaczający szczyt Magurki Radziechowskiej, bez tego prawie nieodczuwalny, bo wokół płasko jak na stole, potem kolejne wychodnie skalne i wreszcie na ostatnim odcinku przed Magurką Wiślańską przysiadamy pod jedną ze skał przypominającą daszek przystanku autobusowego, aby odpocząć chłonąc widoki na bardzo głęboką tu dolinę pomiędzy nami a Skrzycznem.

Według planu mamy iść teraz na Baranią a z niej na Przysłop i potem czarnym szlakiem pod Zamek Prezydenta. Ale to przecież jakieś trzy godziny lekko licząc. A jest już dobrze po trzynastej… Do tego zmęczenie… Hmm…

Co zrobiłbym sam? Pewnie jednak szedłbym dalej. Z przerwami, ale do końca. Nauczyłem się już odpowiednio rozkładać siły i jakoś wiem, gdzie i na co mogę sobie pozwolić. Ale nie jestem pewien czy mam prawo oczekiwać tego samego od Agaty…
-Tam gdzie ten płotek jest szczyt. Zrobimy porządną przerwę, zjemy coś i zerknę na mapę. Chyba mam pewien pomysł…

Idziemy. Ostatnie metry przed szczytem są coraz trudniejsze, ale mimo to gdyby nie ciut za szybkie tempo, jakie sobie narzuciliśmy (nazywam to „przegryzaniem się przez podejście” i bynajmniej nie pochwalam) nie odczuwałoby się go aż tak mocno. Ale skoro tam będzie jedzonko…

Jesteśmy! Magurka Wiślańska. Trochę jakby z bocznej drogi wjechać na autostradę. Odcinek pomiędzy Skrzycznem a Baranią o każdej porze roku jest zaludniony, więc nie dziwota, że i dziś, mimo upału ciągną tędy tłumnie wędrowcy.
Przysiadamy na spróchniałym pniu tuż pod drogowskazem i przyglądamy się im z minami wilków mor… yyy… górskich. Dominują dwa typy. Sportowy („adidaski”, czyli irytujące mnie do bólu metroseksualne buciki trekkingowe, dresy i saszetki na pasku) oraz spacerowy (biała koszula, markowe spodnie i ciemne okulary). Turystów plecakowych prawie nie widać. O ciupagach czy kosturach także można zapomnieć. Kijki. Wszędzie kijki. Kilka takich supermodnych zapewne, ale za to gustownie pokrzywionych już na szlaku spotkałem…

Nieważne.


Rozkładam mapę. Pierwsza myśl – Zielony Kopiec i przed Malinowską żółtym w prawo do Ostrego. No można. A coś innego? Gawlasi (wg. innych źródeł Gawlas – jedna z najtrudniejszych do odmiany nazw, jakie spotkałem. Wolę już bardziej powszechnie używane, np. Sałasz Dupne, ha ha ha. Jest coś takiego na żółtym z Kiczorów do Jaworzynki.) i stamtąd też żółty (inny) na Cienków i do Nowej Osady…
Ale, ale! Na Cienkowie jest przecież kolejka linowa!

Po krótkiej naradzie postanawiamy zmienić plany. Zdjęcia oddalonego stąd już tylko o godzinę drogi  szczytu Baraniej muszą nam wystarczyć. Schodzimy zielonym w kierunku Malinowskiej Skały. SCHODZIMY, to najważniejsze.

W każdej wycieczce przychodzi taki moment, który nazywam sobie po prostu „do domu”, taki w którym czasem może i jeszcze nawet kilka godzin marszu przed nami, ale jednak już na ostatnim odcinku dokądś. Teraz właśnie taki odcinek zaczynamy. Z każdym metrem niżej. Skalistą, ale szeroką i nawet wygodną drogą schodzimy z Magurki mijając kolejne mniejsze i większe grupy idące w przeciwnym kierunku.  Jest już lżej i jakby spokojniej. Jeśli zjedziemy kolejką, będzie to wręcz idealne zakończenie, choć i odcinek pieszy od Cienkowa do Nowej Osady nie jest jakoś szczególnie męczący czy długi. Będzie dobrze.
 

Po lewej towarzyszy nam teraz rezerwat Baraniej Góry a za nim Jezioro Czerniańskie i Zamek, a po prawej dolina zakończona w dali połyskującą w słońcu taflą Jeziora Żywieckiego. Przed nami Zielony Kopiec – szczyt, który darzę sporą sympatią z racji nietypowego nieco kształtu. Co to znaczy? Ano tyle tylko, że Zielony jest jak góra z dziecinnych rysunków – taki trójkąt. Wchodzi się nań i zaraz prawie schodzi. Zabawne. Ale gdyby ktoś się tam wybierał, to od razu uprzedzę, że podejście od Malinowskiej Skały jest dużo trudniejsze od tego z… no właśnie. Z Gawlasi? Z Gawlasa? Z Gawlasiów? Nie mam pojęcia jak to się pisze. Ale stamtąd.


A my na tym właśnie „niewymownym” szczycie odbijamy ze szlaku zielonego na żółty. Zanim to jednak nastąpi mijamy jeszcze po lewej grupkę, jakby to w zgodzie z poprawnością polityczną napisać, powiedzmy, że PATAFIANÓW. Osobnicy ci przy trzydziestostopniowym upale rozsiedli się w lesie i zrobili sobie grill party.  Na ognisku. A ognisko na igliwiu.
Dżizas Krajst! Bić i patrzeć czy równo puchnie! Wrrr…

Przy drogowskazie zatrzymujemy się jeszcze na chwilkę ciesząc oczy i obiektywy panoramą przed nami i niepozorną ścieżką pomiędzy drzewami schodzimy w lewo w kierunku Cienkowa. Zejście to początkowo dość ostre łagodnieje zaraz i lekkim trawersem prowadzi nas w towarzystwie licznych strużek przecinających szlak w stronę lasu poprzez „pustynno podobne” zbocza. Z drugiej strony doliny spogląda na nas Barania Góra.
Tam mieliśmy dziś być… Hmm… Trochę żal. Może kiedy indziej się uda?

Zdjęcie. Zdjęcie, a może tylko obrazek wyryty w pamięci. Młoda dziewczyna myje twarz w ściekającym z górskiego zbocza strumyczku. Ufamy matce przyrodzie, choć tak wyrodnymi jej dziećmi bywamy…

I znów mrok lasu, chłód, wilgoć. Ale króciutko. Po lewej charakterystyczny korzeń w kształcie… głowy łosia, który zapamiętałem ze swojej poprzedniej tu bytności (to moja trasa Wisła Głębce – Skrzyczne z 2012 roku) i oto jesteśmy na „afgance” jak nazwałem sobie pylistą drogę, którą teraz już bardzo wygodnie maszerujemy przyglądając się widokom po drugiej stronie doliny.
Cóż to tam być może? Zapewne szlak czerwony. Zejście w kierunku Stecówki. A może niebieski? Raczej nie, niebieski powinien być dużo niżej. Zresztą nieważne. Tak czy siak jest pięknie. Tu u nas także. Łąki, pola i oto już kolejna leśna wyspa...


Na mapie (pozornie) i w mojej pamięci (tym bardziej) las ten „miał" do dziś może ze trzydzieści minut, w rzeczywistości jest jednak o wiele dłuższy do przejścia. Ale jest chłodno i to wystarcza by wytrzymać. Już niedaleko.
-Już niedaleko. Pewnie tam gdzie się rozjaśnia.
-Mówiłeś to ze trzy razy!
-Bo trzy razy się rozjaśniało! Nie wiem, długo coś…

Nareszcie jest! Najpierw łąka, pierwsze spojrzenie na zabudowania Wisły Malinki, potem dwa krótkie, ale bardzo strome zejścia i już niezaprzeczalnie, acz o wiele za późno według mnie - Cienków. Charakterystyczna wijąca się szczytem droga, ogromne pastwiska, nieliczne gospodarstwa i przeuroczy widok na Jezioro Czerniańskie. Oraz owce. Udało nam się natrafić nie tylko jak mnie samemu w 2012 roku na krowy, bo są i te, ale także, a może przede wszystkim na stado owieczek, które oczywiście zaraz ujmujemy fotograficznie na sto sposobów. Tym chętniej, że niektóre pozują wręcz wzorowo.



Zbliża się czternasta trzydzieści. Oboje mamy już dość. W nogach jakieś osiemnaście kilometrów, a do tego temperatura… Obojętnie prawie mijamy bar i całkiem sympatyczne ławki mając wzrok wbity tylko w widoczną od kilku minut w dali stację kolejki linowej. Jeśli się okaże, że nie jeździ…
-Jedzie! Jedzie!
O tak! Ile by nie kosztowało, wiem już, że pieszo nie pójdziemy. A że kosztuje sześć złotych od osoby, czyli darmo prawie, radość jest tym większa.
-Powrotne też sobie państwo życzą? - pyta kasjer.
-Nie! – odpowiadamy zgodnym chórem. Na dziś wystarczy.

Szwajcaria. Czekolada. Cisza. Jesteśmy z Agatą jedynymi pasażerami. Jeszcze klaśnięcie zatrzasku poręczy i oto już szybujemy wolniutko ponad łąkami. A dokoła jak okiem sięgnąć nikogo, tylko dzwoniące dzwoneczkami krowy spacerują gdzieś pod naszymi stopami.
Szszszszsz…. Szumi cisza. Dryń, dryń – odpowiadają jej dzwoneczki.

Góry, słońce, wolność.
Latawce, dmuchawce, wiatr...
 
 
***


EPILOG

 
Do Wisły Uzdrowiska dojechaliśmy w kilkanaście minut przyjemnie pustym autobusem i teraz liżąc lody kuśtykamy w popołudniowym słońcu w stronę dworca kolejowego, aby tam ze zdziwieniem stwierdzić…
-Koparka!
-Gdzie? Co?
-Na torach stoi koparka! Mieli coś naprawiać, ale nasz pociąg miał być pierwszym, który popołudniu pojedzie, a jak ma jechać, skoro jest jak jest?
-I co teraz?
Wyjmuję komórkę i z rozkładu spisuję numer infolinii Kolei Śląskich. Dzwonię. Cisza. A raczej melodyjka i informacja o zajętych wszystkich liniach. Ciekawe ile ich jest. Dwie, trzy?
Pięć minut i nic. A pociąg za niewiele ponad pół godziny!
-Dworzec! Dworzec bez kasy, bez informacji, bez ławek, bez ubikacji i bez pociągu! – rzucam wściekle. Gdyby Prezydent Mościcki tego dożył, toby to całe towarzystwo posłał na wakacje do Berezy!
 
Wyobrażając sobie przez moment, że jest naprawdę rok powiedzmy 1932 pukam stanowczo do budki dyżurnego ruchu.
Cisza.
Pukam jeszcze raz. Nic.
 
Za moimi plecami pojawia się nagle mężczyzna w rozpiętej szeroko koszuli i z jakimś garnuszkiem w dłoniach.
-Pan mnie szukał?
-Za pół godziny powinien tu być pociąg do Katowic, a na torach stoi koparka. Infolinia Kolei Śląskich nie działa, a tutaj nie ma żadnej informacji! Może mi pan to wyjaśnić?!
-Ach, no tak. Naprawa się przedłużyła. Będzie autobus. Ja tam zaraz przyjdę. Proszę poczekać przed budynkiem.
 
Rok trzydziesty drugi trwa. Punktualnie o wskazanej godzinie pod dworzec zajeżdża autokar, a mój pan kolejarz w przepisowej czapce (sic!) „odprawia go” jak należy przyglądając mi się z ukosa.
No!
 
Za to w Ustroniu Polanie czeka już na nas podstawiony zawczasu skład do Katowic. Tak samo swojsko brudny jak ten miesiąc wcześniej z Głębiec. Ale to już przeszkadza nam jakby mniej. Wracamy do domu!
 
Trzeba nabrać sił przed kolejną wyprawą.



 

4 lipca 2014

Trasa: Węgierska Górka PKP - Glinne - Magurka – Hala Radziechowska – Magurka Radziechowska - Magurka Wiślańska – Gawlasi - Cienków.

Punkty do wyszukania na mapie: Węgierska Górka, Glinne, Hala Radziechowska, Magurka Wiślańska, Barania Góra, Gawlasi, Cienków, Wisła Nowa Osada, Wisła Malinka.

Stopień trudności: średni.

Up & Down: Od dworca kolejowego równo, od Mostu Zakochanych stale wznosząco, miejscami bardziej stromo aż do Glinnego, dalej w dół i znów do góry na Magurkę, lekko opadająco do Hali Radziechowskiej, potem wznosząco do Magurki Radziechowskiej, dalej do Wiślańskiej raczej płasko, lekko wznoszący ostatni, krótki odcinek. Z Magurki szlakiem zielonym w dół, później prawie płasko, od zejścia przed Zielonym Kopcem szlak w przeważającej części łagodnie opadający, w środkowej (droga „afganka”) praktycznie płaski. Lekkie bardzo krótkie podejście do stacji kolejki na Cienkowie.

Atrakcje widokowe: Most Zakochanych i widoki z niego, panorama z punktu widokowego ponad mostem, fort „Waligóra”, charakterystyczny zakręt przy podejściu na Glinne i potem do zejścia przed Zielonym Kopcem właściwie wszystko. Panoramy z zejścia przez Cienków. Widoki z kolejki linowej.

Schroniska, żywność, odpoczynek: Sklepy i bary w Węgierskiej Górce oraz Wiśle. Na całej trasie nie ma schronisk (ewentualnie przy zmianie wg. propozycji nr 5 - schronisko na Przysłopie).

Komunikacja: Do stacji PKP Węgierska Górka koleją lub autobusem. Z Wisły Malinki autobus do centrum. Stamtąd połączenia kolejowe i autobusowe.

Opis marszruty: Od stacji PKP stacji PKP Węgierska Górka szlak czerwony (GSB) do Magurki Wiślańskiej, dalej zielony do zejścia przed Zielonym Kopcem (Gawlasi) i żółty aż na Cienków.

Odległość: Ok. 18 km. Nasz czas przejścia (po odliczeniu przerw) 7 godzin.

Opinia: Trasa raczej długa, średnio trudna, bez możliwości skorzystania ze schronisk czy innych punktów żywieniowych i zadaszonych miejsc odpoczynku. Niezalecana dla dzieci, osób słabszych i starszych.

Możliwości zmian: 1. Podejście od Radziechów szlakiem niebieskim na Halę Radziechowską. 2. Zejście do Radziechów szlakiem niebieskim (możliwość odwiedzenia Matyski) 3. Zejście do Ostrego szlakiem zielonym z Magurki Radziechowskiej. 5. Marsz na Baranią Górę i zejście szlakiem czerwonym na Przysłop i czarnym w okolice Zamku. 6. Marsz z Magurki Wiślańskiej szlakiem zielonym przez Zielony Kopiec i zejście żółtym do Ostrego przed Malinowską Skałą. 7. Zakończenie trasy w Wiśle Nowej Osadzie szlakiem żółtym z Cienkowa bez korzystania z kolejki.


niedziela, 2 listopada 2014

Demotyportier 20

 
Proszę kliknąć na wybrany obrazek, aby go powiększyć.
---
 
 







 
--------------------
 BONUS z 8 listopada 2014
 
 
--------------------
 BONUS z 9 listopada 2014
 
 
 

czwartek, 2 października 2014

Siedem wcieleń doktora Lao


PIERWSZE...
 
LEONCIO ALMEIDA (Leoncio, Leoncio de Almeida)
 
Kto dziś pamięta jeszcze tę fascynację jaką w późnym PRL-u wzbudzały wśród telewidzów perypetie niewolnicy Isaury, jej złego, acz demonicznie fascynującego właściciela Leoncia i pragnącego ją uwolnić i pojąć za żonę Tobiasa? Kto ma przed oczami pustoszejące przed dwudziestą podwórka, przeżywające następnego ranka kolejny odcinek wszystkie chyba pokolenia Polaków jednocześnie i wreszcie szał, jaki zapanował, gdy odtwórcy głównych ról, Lucelia Santos i Rubens de Falco zawitali do kraju nad Wisłą?
Dopiero z upływem lat widać jak zdziwieni, rozbawieni a momentami zażenowani tą naszą gorączką byli bohaterowie tamtej zbiorowej euforii. Codzienne relacje w gazetach, dziesiątki wywiadów, zdjęcia, plakaty, plakietki, dyskusja w mediach czy aby Isaura Kowalska to dobre imię dla dziewczynki i tak dalej i tak w nieskończoność.
Nie oparłem się i ja tej fali bardziej jednak ukierunkowanej na "ciemną stronę mocy", czyli Leoncia niż powiedzmy to sobie szczerze, umiarkowanie urodziwą Isaurę. Grubaśny brulion zapełniony zdjęciami, wycinkami i jakimiś pierwszymi własnymi przemyśleniami stał wtedy na najważniejszej półce w moim pokoju i był pokazywany gościom z nabożnością godną co najmniej najnowszego wydania encyklopedii. Ech, ile by teraz człowiek za ten zeszyt zgarnął na Allegro...
Ale ja nie o tym.
 
Otóż już po emisji serialu, po odjeździe aktorów i po lekkim, ale naprawdę minimalnym spadku popularności filmu przez czas jakiś funkcjonowałem jeszcze jako samozwańczy Leoncio podpisując się tak na pamiątkowych zdjęciach ze szkolnych wycieczek, ku wściekłości zresztą moich zapewne kierowanych jakimiś prefeministycznymi zastrzeżeniami koleżanek.
 
Kto więc na fotkach ze szczytu Czantorii, góry św. Anny albo muzeum dajmy na to jeżozwierzy ma obok Ani, Kasi, Joli, Wojtka i Adasia jakiegoś Leoncia (zaaabójczo wówczas* przystojnego) niech wie, że ma mnie!
Tadaam!
 
 
 DRUGIE...
 
FARAON (Faraon Records, Faraon Corporation) wł. powinno być Pharaoh Records
 
Proszę wyobrazić sobie regał na którego półkach równiutko ustawionych stoi ponad dwieście pięćdziesiąt kaset audio i może z pięćdziesiąt video. A przeważająca większość z nich ma na grzbietach charakterystyczny znaczek nazwany przeze mnie "wzrastanie", własny numer i wspomnianą wyżej nazwę "firmy". Ładnie, prawda? No ładnie. A skąd cudzysłów? Ano stąd, że firmę tę wymyślił był na swój własny tylko użytek niżej podpisany i "brandował" nią jakbyśmy to dziś powiedzieli wszystko co mu wpadło w ręce. Od kaset audio poczynając. Na początku oznaczało to po prostu rysowane piórem (sic!) a fantazyjne niezmiernie i niepowtarzalne zarazem wkładki, ale z biegiem czasu urosło do kserowanych i ujednoliconych serii (!!!) z których inne stosowane były do kaset sklepowych, inne do tych nagrywanych z radia a jeszcze inne do twórczości własnej autora, a była takowa, oj była, że wspomnę tylko "projekt" Radio Wolne Kielce realizowany ku przerażeniu sąsiadów wespół z kuzynką i jej syntezatorem z szaberplacu... 
 
Skąd mi się to wzięło, dalibóg nie wiem. Jakaś fascynacja starożytnym Egiptem - na pewno, może też wrodzona skłonność do "oficjalizowania" swojego życia i pewnie ze sto innych powodów. A że efekt tej mojej fantazji wbrew pozorom prezentował się całkiem nieźle, to i polityka firmy stawała się coraz bardziej agresywna. Kasety video z własnymi naklejkami, gazetki, a w nich druczki zamówienia na obsługę fotograficzną uroczystości (tanio!) z której na szczęście nikt nie skorzystał i wreszcie seria "książek" będących w zasadzie pamiętnikami, które namiętnie tworzyłem sobie a muzom. To w książkach i gazetkach funkcjonowała właśnie marka Faraon Corporation.
 
Nie ma co, ambicje były.
 
 
TRZECIE...
 
KONSPIRATOR (redakcja Konspiry)
 
Konspira to pierwsza moja gazetka, a zarazem pierwszy stan przedzawałowy mojego pierwszego w życiu kierownika w pierwszej zresztą pracy. Rzecz cała zaczęła się od płachty ogromnej na której przykleiłem obok siebie wycinki pokazujące jak bardzo różnią się wypowiedzi polityków przed i po wyborach. Sporo tego było i naprawdę soczyście, więc koledzy byli zachwyceni lekturą. I tak to właśnie w miarę zwyczajna chęć zapełnienia czymś pustej gablotki w salce śniadaniowej przerodziła się u mnie w pragnienie posiadania "imperium prasowego". Chwilowo w postaci jednego tytułu kserowanego w bloku obok. Tak zaistniała Konspira, pisana w stu procentach ręcznie, nie zawsze z użyciem głowy, co dziś z pokorą muszę przyznać, ale jednak mimo tego albo właśnie dlatego mająca zbawienny wpływ na poprawę ciśnienia krwi u co niektórych czytających. Bo przecież, powiedzmy to wprost, trzeba być bardzo naiwno idealistycznym siedemnastolatkiem żeby wpaść na pomysł opisania już w drugim numerze jak to pan kierownik w czasie dniówki zabiera służbowym samochodem do pracy w swoim domu naszego hydraulika i wydany mu oficjalnie materiał...
 
Ale kurcze... dziś chyba napisałbym tak samo...
 
 
CZWARTE...
 
DR POWER (Dr. Power)
 
Wchodziłem w dorosłość. Wiodło mi się niezgorzej, więc i nastawienie do świata miałem diametralnie inne niż dziś. I właśnie Doktor Power (choć nie przypominam sobie używania tego miana w pełnym rozwinięciu) był tego wyrazem. Pseudo to funkcjonowało częściowo na kasetach audio, częściowo w moich gazetkach jako "ucieleśnienie" bardziej ogólnego przecież Faraon coś tam, coś tam. I a propos tych kaset jeszcze skojarzyło mi się jak to właśnie pod marką Dr. Power je tworzyłem. Specyficznie dość.
Nagrywałem otóż sobie z radia jakiś program z nowościami muzyki bardzo lekkiej i potem montowałem to tak, żeby usunąć przynudzanie, a zostawić krótkie, dynamiczne wstawki prezenterów. Wychodziło coś na kształt modnych swego czasu nagrań setów didżejskich z dyskotek. I co ciekawe robiły te kasety potem furorę pożyczane moim znajomym. Zresztą ja sam także po wielokroć ich później słuchałem przez długie, długie lata.
 
 
PIĄTE...
 
UNDERCOVER (Undercover Lover, Undercover MC)
 
Ha! To chyba najdłużej używany przeze mnie nick. Wziął się ze starusieńskiej piosenki z lat 80, a że brzmiał kosmicznie błyskawicznie, to i bezproblemowo zgrał się podówczas z moim ja, skrócony tylko po kilku latach do samego już Undercovera.
A więc najpierw, rzec by można tradycyjnie, (nomen omen) przewinął się przez moje kasety i potem jeszcze na krótko powrócił po latach w pierwszych nagrywanych na stacjonarnej, przeogromnej nagrywarce płytach CD, ale przede wszystkim związał się z dwoma innymi epizodami z mojego życia, radiowym i gazet(k)owym wiele zresztą mającymi ze sobą wspólnego za sprawą identycznej nazwy - Hyde Park.
 
Najpierw więc było radio TOP i jego audycja muzyczno pozdrowieniowa prowadzona przez Patryka Martynusa (DJ Martino) do której to w epoce jeszcze długo przedkomórkowej wysłałem dziesiątki jeśli nie więcej kart pocztowych i której byłem nadwornym wierszokletą. A zaczęło się zupełnie prozaicznie. W któreś sobotnie popołudnie poszukując jakiejś muzyki mającej umilić mi domowe porządki natrafiłem właśnie na Hyde Park. Akurat zadzwonił tam ktoś jakoś zabawnie pozdrawiający kogoś i rozśmieszający tym prezentera. Postanowiłem posłuchać cóż też będzie dalej. I spodobało mi się. Na tyle, że sam wysłałem kartkę w poniedziałek. Nie wiedząc jeszcze dobrze kto jest kto a kojarząc za to że raczej nie słucha tego radia nikt z osób mi znanych pozdrowiłem po prostu prowadzącego i załogę. Zszokowany nieco usłyszałem w kolejną sobotę te swoje słowa i poczułem się prawie jak wspominany wyżej Rubens de Falco po wylądowaniu w Warszawie. Aż miałem mrówki na plecach. Do tego, do dziś podejrzewam że na pocieszenie za "bezosobowe" pozdrowienia, wygrałem płytę CD wylosowany przez jednego z dzwoniących. I zaczęło się. Wysyłałem wiersze i wierszyki, pozdrowienia dla swojej ówczesnej miłości, kolegów z pracy, szefowej, kuzynki, rodziców i nawet ich psa. Byle być. A w międzyczasie zdobyłem jakąś tam sympatię słuchaczy i współpozdrawiaczy, czego dowody mam do dziś na kasecie magnetofonowej, którejś jakoś nigdy nie miałem czasu zdigitalizować i zostałem stałym punktem cotygodniowej audycji wciągając zresztą później do całej zabawy także kolegę z pracy.
 
Za to inny, świeżo poznany wtedy, na wieść żem to ja jest ów "anderkower" mało nie zemdlał mówiąc że siostra jego jest wielbicielką mojej Tfu!rczości.
Łaskawie poprosiłem aby niewiastę ową pozdrowił. Od Undercovera Lovera, ha ha ha.
 
Plus minus w tym samym czasie moje pseudo pojawiło się też w innym Hyde Parku - jednym z działów dodatku ogłoszeniowego Dziennika Zachodniego w którym także kartkami i także co tydzień pozdrawiałem kogo się dało, ale i znów wespół z kolegą pokusiłem się o pewną prowokację ogłaszając oto, że mamy własne radio, bynajmniej nie w znaczeniu odbiornika. NRG.FM się to nazywało. O tymże radiu za linijek kilka. A więc oto ja i on jesteśmy niby to prezenterami radiowymi, nadajemy naprawdę dobrą muzę z gatunku umc umc umc i nie lubimy szarpidrutów. Co wy na to, wyjce?
Rozpętała się wojna. Jedni z nami, inni przeciwko. Pytania, na jakich to falach, gdzie, co jak. Musieliśmy wybrnąć z tego wyjaśniając, że tak naprawdę mamy sieć radiowęzłów (ja nie wiem skąd mi się takie pomysły biorą, słowo harcerza!) i ciągnęliśmy sprawę dalej. Gdy już rzeczy szły prawie w kierunku ustawki w jakimś lesie dla jednoznacznego wyjaśnienia czy Modern Talking są lepsi niż Metallica (są, ha ha ha) spokojnie wszystkich kilkudziesięciu wzburzonych poinformowaliśmy, że całe radio to żart.
Niektórzy tak samo jak w nasze istnienie, tak samo potem w nieistnienie nie potrafili za nic uwierzyć!
 
Undercover to wreszcie tytuł jednej z moich gazetek, wydawanej jako prawie że pisemko zakładowe miesiąc w miesiąc przez ponad pięć lat. Ale i tak z racji trudności w wymawianiu każdy mówił "gazetka".
 
 
SZÓSTE...
 
NRG (NRG.FM)
 
Po kilku miesiącach prowokacji na łamach Gratki tak się już zżyliśmy z rolą didżejów, że zapragnęliśmy choć dla własnego użytku się w nich pobawić. I tak to powstało kasetowe radio (radiomagnetofon?) NRG. Dwa mikrofony, dwie pary słuchawek, trzy magnetofony, odtwarzacz CD i jakiś wzmacniacz. A potem prezentacje ulubionych czy mających szansę takimi zostać utworów i dyskusja. Chyba dosyć ciekawie nam to wychodziło, bo obydwaj mieliśmy radiowe głosy i nieźle poprzestawiane pod sufitem, aby bawić się tak dla kilku łaskawie to wszystko odsłuchujących osób. To na użytek tego właśnie pomysłu i tak dobrze brzmiący Undercover został Undercoverem MC.
 
Tutaj dygresja. Pomiędzy jednym a drugim Hyde Parkiem wpadł nam do głowy szalony pomysł na kawał. Otóż dnia pewnego w ogólnopolskim tygodniku ogłoszeniowym podaliśmy numer telefonu czy też może nawet adres innego naszego kolegi wraz z informacją (płakałem na środku Sokolskiej w Katowicach ze śmiechu gdy otworzyłem gazetę!) że ten to właśnie zajmuje się (uwaga!) CAŁODOBOWYM SKUPEM I SPRZEDAŻĄ PASZTETU DROBIOWEGO.
 
Bohaterowi tego wydarzenia następnego dnia humor dopisywał znacznie słabiej...
 
 
SIÓDME...
 
LESZEK (Marzena, Grzegorz i inni)
 
Leszek to sprawa dużo poważniejsza. Wymyśliłem go w 2007 roku, gdy ówczesna Śląska Akademia Medyczna przekazywała mnie i ponad stu moich kolegów do zewnętrznej firmy za nic mając nasze wątpliwości, pytania i wnioski w odniesieniu do całej sytuacji. Nie uznali nas za odpowiednich do rozmowy przełożeni ani przełożeni przełożonych, zostawiły na lodzie obydwa związki zawodowe (nigdy nie zapomnę jak "wielkiej działaczce" ZNP a poza tym mojej szefowej, osobie z wyższym wykształceniem, to ja, człowiek po zawodówce musiałem napisać jakieś oświadczenie do rektoratu) i krótko mówiąc klamka zapadła. W mniemaniu pani kanclerz przynajmniej. Ale jeden dziwny, do tej pory milczący pan postanowił jeszcze wsadzić nogę między drzwi.

Tyle, że był problem. Kadrowy w jakimś sensie.
Większość moich kolegów była sporo ode mnie starsza, często wykluczona cyfrowo i też nie zawsze gotowa do zadzierania z pracodawcą nawet jeśli ten ewidentnie gra nie fair...
 
Wymyśliłem zatem, że zamiast mnie samego, jakiegoś tam pana skądś tam, powołam do wirtualnego życia jego, Leszka, bazując przy tym na wszystkich gazetowo radiowych doświadczeniach z "poprzednich wcieleń" oraz nie wykorzystanym w czasach stanu wojennego potencjale konspiratora. Zresztą Leszek był bezpośrednim ukłonem w stronę Lecha Wałęsy, co wierzyłem ktoś może zauważy. Do towarzystwa dołożyłem mu Grzegorza (mój dobry kolega z podstawówki, którego na oczy nie widziałem od dziesięcioleci), Marzenę - dla parytetu poniekąd, ale głównie dla uzmysłowienia różnym ludziom z obu stron wirtualnej barykady, że marzenia warto mieć i warto o nie walczyć a dorywczo jeszcze inne osoby.

I zaczęło się. Najpierw zbiorowe listy, które niby to ktoś nam pisał, a ja tylko roznosiłem, potem gazetka, którą tworzyli "tacy tam, nie znasz ich" a ja rozdawałem, wreszcie funkcjonująca całkiem nieźle ku wściekłości zarówno starego jak i nowego pracodawcy strona internetowa.
 
Pomiędzy 2007 a 2009 rokiem Leszek i jego banda napsuli w słusznej sprawie walki o sprawiedliwość pracowniczą sporo krwi zarówno w uczelni jak i w Solid Security czy Konsalnecie w których to firmach niżej podpisany do dziś jest zresztą na czarnej liście, czego jednak jak sądzi nie sposób nie poczytywać sobie za zaszczyt.
 
***
 
EPILOG,
czyli oczywiście...
 
PORTIER (Portier Internetowy, PortierBlog)
 
Jak wynika z opisów wszystkich moich poprzednich wcieleń kolejne w jakiś sposób zawsze wynikały bądź powiązane były z poprzednimi. Portier dzisiejszy, ten z bloga, jest zatem portierem szeregowym, jednym z tych dla których wirtualny Leszek, korzystając z mojego ciała i głosu rozmawiał z dziennikarzami Gazety Wyborczej, TVN-u czy NIE albo wypisywał setną skargę do PIP-u czy Solidarności. Od lata 2009 roku lepiej lub gorzej opowiada tu o różnych, nie zawsze kluczowych sprawach czekając jednak na dzień, kiedy przestanie być portierem i wróci do swojego prawdziwego imienia lub odnajdzie inne warte choćby chwilowego przybrania... 
 
 
=============

 
 
 
* - i dziś także ;))
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.