Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


wtorek, 19 maja 2015

Wiślańskie kółko turystyczne

Ze szlaku niebieskiego pomiędzy stacją kolejową w Głębcach a przełęczą Łączecko dostrzec można ponad doliną Łabajowa charakterystyczną, masywną, częściowo tylko zalesioną górę z kilkoma budynkami na wysoko położonej polanie. To Kobyla, szczyt w pobliżu którego prowadzą dwie trasy łączące dzielnicę Wisły Dziechcinkę z Małym Stożkiem i zarazem Głównym Szlakiem Beskidzkim na odcinku Barania Góra – Czantoria. Dziś poznamy jak wieść niesie ciekawszą z nich. Zapraszam.
 
WYCIECZKA DWUDZIESTA CZWARTA
19 października 2014
WISŁA DZIECHCINKA – KOBYLA –  PRZEŁĘCZ BESKIDEK – WISŁA UZDROWISKO
 
Autor pod szczytem Wielkiego Soszowa - zdjęcia autorstwa A.B.
 
Przystanek kolejowy Wisła Dziechcinka z którego rozpoczynamy nasz marsz wygląda dokładnie tak, jak przeciętnie zaawansowany beskidzki deptacz mógłby go sobie wyobrażać. Tor biegnie łukiem po zboczu góry, peron zatapia się w roślinności i właściwie gdyby szyny zamienić na ścieżkę, to już można by poczuć się jak na jakiejś polance w połowie podejścia. Malutka ta stacyjka powstała wraz z linią do Głębiec i do lat 90 XX wieku posiadała jeszcze drewniany domek pełniący funkcję kasy i poczekalni. Niestety później obiekt ów został najpierw opuszczony a później zdewastowany przez „oczywiście” nieznanych sprawców i wreszcie około roku 2000 podpalony. Tym to sposobem Anno Domini 2014 mamy tu już tylko goły peron pośród lasu. Szkoda. Kto chciałby jednak zobaczyć co stracił niech wyjrzy przez okno ZANIM do Dziechcinki dotrze. Podobny budyneczek znajduje się do dziś na przystanku Wisła Obłaziec, czyli dwie stacje wcześniej.

A skoro już o kolei mowa, to proszę wybaczyć, ale nie mogę się oprzeć pewnej, że się tak dosyć oryginalnie wyrażę retrospektywnej dygresji przedwstępnej. Otóż jedną z moich pod każdym względem najlepiej wspominanych wycieczek jest ta, której charakterystycznym elementem było dwukrotne (rano i popołudniu!) pomylenie przeze mnie pociągów i potem szaleńczy bieg do właściwego składu. I jeżeli miałby to być jakiś znak, to jest przepraszam, ZNAK, to przyznać muszę że i dwudziesta czwarta zaczęła się niezgorzej. Albowiem, choć trudno może w to uwierzyć, pociąg który przywiózł Agatę i mnie do Wisły wyjechał z Katowic Ligoty niezapowiedziany, nie z tego toru, nie z tego peronu i jeszcze bez jakichkolwiek napisów informujących o stacji przeznaczenia zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz! Cudownie, prawda? Do tego widok tłumku biegnącego na łeb na szyję najpierw do tunelu, a potem drugim peronem do już, już zamykających się drzwi przypomniał mi jako żywo najlepsze (?) lata PRL-u. Ale na szczęście wszystko skończyło się dobrze. I przy okazji niejako zasadę „pierwszego potu”, o której opowiadałem w poprzedniej relacji mieliśmy za sobą już na starcie. Z tą drobną różnicą jednak, że był to zimny pot na widok ruszających bez nas wagonów…


Tymczasem tyle wspominek. Pora ruszać. Słupek z drogowskazami odnajdą Państwo zaraz przy zejściu z peronu, samo zaś zejście tuż obok wyblakłej tablicy z nazwą stacji. Spójrzmy. Mamy tu dwie trasy, o tyle ciekawie poprowadzone, że jedna jest jakby objazdem drugiej. Zacznijmy może od tej dłuższej, oznaczonej kolorem żółtym. Prowadzi przez Kobylą Sałasz na Wielki Stożek i z niego przez Kiczory i Młodą Górę do Jaworzynki Trzycatka. Niezły to moim zdaniem pomysł na osobną bardzo rasową wycieczkę (kto ma obawy, że za długą, może z Młodej Góry zejść zielonym wprost do Istebnej) i sądzę, że warto o niej pamiętać. My jednak ruszymy dziś szlakiem niebieskim, który powiedzie nas inną nieco, podobno atrakcyjniejszą trasą na Kobylą, by tam już za szczytem połączyć się dopiero z żółtym. 

Cóż więc teraz? Schodzimy gęsto osłoniętym roślinnością chodnikiem ku ulicy Sosnowej i nią oddalamy się chwilowo od torów. Lekko się obniżając droga ta doprowadza nas wkrótce do znacznie ruchliwszej już ulicy Dziechcinka (tu na wprost kościół Chrześcijan Baptystów), gdzie zwracamy się w prawo zostawiając za plecami (ważna informacja dla turystów korzystających z własnego środka transportu) rondo na którym stykają się drogi wojewódzkie nr 941 i 942, tj. odpowiednio trasy Harbutowice – Istebna i Bielsko-Biała – Wisła.

Po dalszych kilku minutach marszu dochodzimy do wiaduktu kolejowego będącego mniejszą kopią tego bardziej znanego - z Głębiec, a powstałego również przy okazji budowy linii Goleszów – Zwardoń* w 1932 roku. Obiekt ten ma trzy przęsła, ponad 68 metrów długości, 12,5 metra wysokości i jest, co warto zaznaczyć jako osobną zupełnie sugestię turystyczną, częścią śląskiego Szlaku Zabytków Techniki łączącego Częstochowę z… Cieszynem. 


Zaraz za wiaduktem – tu proszę zwrócić uwagę na zrekonstruowane w 1985 roku tablice upamiętniające jego powstanie - ścieżka niebieska przekraczając potok Dziechcinka zawraca pod trzecim przęsłem, by po chwili zacząć się wspinać w prawo. Szlak żółty prowadzi nadal prosto asfaltem. Jako ciekawostkę dodam, że do tego miejsca dotrzeć też można od stacji polną dróżką wzdłuż torów, jeśli się na samym początku trasy, czyli tuż po zejściu z peronu skręci w prawo i przejdzie malutkim tunelem, za nim już zwracając się w lewo.
 

Szlak wyprowadza nas teraz wznosząc się łukiem ku pierwszemu jak to piszą fachowcy wybitnemu punktowi widokowemu. Oddalając się nieco od zabudowań docieramy do rozległych łąk zza których roztacza się wspaniała, zwłaszcza w promieniach wschodzącego słońca panorama okolicznych szczytów. Agacie i mnie tego poranka obraz ten ubarwiła jeszcze dodatkowo swoją obecnością beztrosko skubiąca trawę sarna… Po prostu miód na duszę dla mieszczuchów! Wbrew pozorom nie jest to jednak całkowite już rozstanie z cywilizacją. Obok krzyża św. Andrzeja i charakterystycznej plastikowej szafy elektrycznej przekraczamy tory kolejowe, które tym samym napotykamy już dziś po raz trzeci i ulicą Ochorowicza w prawo wspinamy się już nieco ostrzej pomiędzy zabudowaniami. Na rozstaju (uwaga na znaki!), na którym nasza droga rozchodzi się aż na trzy inne kierujemy się na wprost i wreszcie docieramy do kolejnej połaci łąki, poprzez którą biegnie trasa zjazdowa i wyciąg narciarski Siglany (wg. innych danych Siglane). Szlak zakręca teraz wzdłuż ogrodzenia w prawo i obok ostatnich zabudowań wchodzi w zarośla, pomiędzy którymi doprowadza nas do najwyższego punktu trasy narciarskiej. To dobre miejsce na pierwszy postój, przegryzienie czegoś, wzięcie głębszego oddechu a przede wszystkim sfotografowanie wszystkiego tego, co widzimy, zwłaszcza, że widać naprawdę sporo i ładnie. A to przecież dopiero początek!  


Nasza ścieżka staje się tu ścieżką prawdziwą, wąską, momentami słabo widoczną a na dodatek pełną kałuż i błota, które zresztą są stałym elementem wspomnień większości turystów przemierzających te okolice. Idziemy początkowo po płaskim - polankami wśród traw i krzaków, potem już jednak nieco bardziej stromo pomiędzy coraz gęściej rosnącymi drzewami. A choć następne warte uwiecznienia panoramy napotkamy już kilka chwil później po prawej, kto zerknie w tym samym czasie w lewo szybko o nich zapomni. Tu bowiem pojawia się nagle nieprzystająca jakoś do Beskidu Śląskiego potężna skalna ściana… To wysoka na 12 a szeroka na około 60 metrów Krzakoska (a. Krzakowska) Skała, mekka wielbicieli wspinaczki, ale też po prostu bardzo atrakcyjny i specyficzny zarazem ozdobnik naszej wycieczki. Tym ciekawszy, że już za kilka minut znajdziemy się prawie zupełnie bezboleśnie na jej wierzchołku! 
 

Po męczącym nieco, ale na szczęście krótkim ostrzejszym odcinku dochodzimy do drogi wyłożonej betonowymi płytami na której zwracamy się w lewo i mając po prawej nieliczne gospodarstwa osiedla Kobyla docieramy do skraju urwiska. Widoki stąd są mimo skromnej przecież ciągle wysokości przewspaniałe i już dają pojęcie o potędze gór. Domy, ulice, osiedla – wszystko wydaje się tu jakąś makietą, dziecinną zabawką, nieledwie żartem. Jakby to zapewne powiedział Barack Obama – „W takich chwilach wszyscy jesteśmy Janosikami!”
Hej!

Proszę – ostrożnie – zbliżyć się teraz do krawędzi gruntu… Pod nami bielejąca w słońcu kamienna ściana poprzerastana mchem. Rachityczne drzewka balansujące na pomarszczonych deszczami, śniegiem i wiatrem skalnych schodkach a przede wszystkim –  to już bardziej WOKÓŁ niż POD – niczym nieograniczona przestrzeń. Pięknie, prawda? Ano pięknie.



Nam także udzielił się nastrój tego miejsca i postanowiliśmy zrobić tu sobie krótki postój żałując tylko, że PTTK nie postawiło nad skałą jakichś ław i stołów (a może i barierek!) lub choćby tylko małej tablicy informacyjnej. Pewnie by to zysków wielkich nie przyniosło, ale z pewnością podratowało nieco dobre imię tej organizacji… 


Znad skały polna droga kieruje się w prawo pomiędzy dwa ogrodzone pastwiska. Tu również po obu stronach trasy napotykamy urokliwe pejzaże, ale pośród nich wzrok przyciąga już przede wszystkim znajdujący się dokładnie na wprost szczyt Kobylej (802 m n.p.m.) mający formę zalesionego pagórka. Niestety szlak nie doprowadza nas do jego najwyższego punktu, a tylko lekko się wznosząc po kilku minutach odbija w prawo i wychodzi z lasu na płaską zupełnie łąkę, która chyba każdemu, kto ją zobaczy, skojarzy się natychmiast z piłkarskim boiskiem. Na Polanie właśnie, bo tak się to miejsce oficjalnie nazywa, to kolejny dziś bardzo przyjemny punkt w którym można zrobić krótką przerwę, o tyle wygodną, że są tu nawet parkowe ławki.  Kto stwierdziłby jednak, że nie ma na postoje ochoty, niech wie, że następna taka okazja trafi mu się dopiero pod schroniskiem na Soszowie, czyli bardzo daleko stąd. 


Po dojściu do płytowo asfaltowej drogi idziemy nią w prawo mijając kilka gospodarstw, pasące się tu i ówdzie krowy i raz lasem raz znów łąkami prawie połogo docieramy po około kwadransie do Sałaszu Kobyla, czyli końca szlaku niebieskiego i jednocześnie drugiego dziś spotkania z żółtym, który pożegnaliśmy w Dziechcince. Nim właśnie podążymy dalej.


Droga znów się tu wznosi i lekkim łukiem wiedzie nas w lewo, oferując coraz to szersze i ciekawsze widoki najpierw tylko na Wielki Stożek, ale zaraz potem także Kiczory i całą panoramę innych szczytów otaczających Wisłę. Kto korzystał kiedykolwiek z trasy zielonej pomiędzy Stożkiem a doliną Łabajowa od razu dostrzeże, że momentami na tym odcinku obydwa szlaki są do siebie łudząco podobne a co za tym idzie tak samo atrakcyjne. Ale gdy już gotowi bylibyśmy uwierzyć, że właśnie Stożek stał się nie wiedzieć czemu bezpośrednim celem naszego marszu ścieżka zwraca się nagle znów w prawo i początkowo pomiędzy drzewami mijając mniejsze i większe gospodarstwa wywodzi nas wreszcie płasko łąką do styku z Głównym Szlakiem Beskidzkim na Małym Stożku (843, według innych źródeł 825 m n.p.m.,). Czas przejścia odcinka od Sałaszu na Kobylej do tego punktu, to około dwudziestu minut wolnym krokiem. Tutaj, obok dawnego przejścia małego ruchu granicznego żegnamy już definitywnie kolor żółty i kierujemy się w prawo czerwonym w kierunku Cieślara (918, według innych źródeł 920 m n.p.m.). 


O ile na szlaku niebieskim nie spotkaliśmy dziś żadnego turysty, na żółtym w drugiej jego części widzieliśmy już kilku, tak tutaj mijamy ich dziesiątki i nie jest to absolutnie sytuacja wyjątkowa. Proszę zwrócić uwagę, że w okolicy umiejscowiono aż cztery wyciągi krzesełkowe (Wielki Stożek, Soszów, Stokłosica, Mała Czantoria) co daje wspaniałe możliwości planowania krótkich, dość lekkich wycieczek czy wręcz spacerów pomiędzy stacjami, lub też podjazdu i zejścia do Ustronia albo Wisły. Powinny o tym pamiętać zwłaszcza osoby zaczynające dopiero wędrowanie po górach, ale także turyści bardziej doświadczeni, gdyż i dla nich w razie pogorszenia pogody czy samopoczucia jest to rozwiązanie wręcz wymarzone. O atrakcyjności widokowej tego odcinka wycieczki dwudziestej czwartej nawet nie wspominam, bo jest... permanentna. No ale też nie ukrywajmy, czegóż innego można by się po Głównym Szlaku spodziewać? Niech zresztą o jego wyższej klasie zaświadczy nieco nietypowo i to, że jest jedynym chyba w Beskidzie Śląskim w przeważającej części wyposażonym w... kubły na śmieci. Niby drobiazg, a cieszy, prawda?

Polna droga najpierw płasko, potem już stopniowo się wznosząc doprowadza nas umiarkowanie męczącym podejściem na Cieślar. Do niedawna jedynym oznaczeniem jego wierzchołka była domowej roboty deseczka przybita na drzewie oraz kopczyk kamieni z pamiątkowymi wpisami turystów. Od mniej więcej dwóch lat, za nimi, jakby na wysepce otoczonej dwiema alternatywnymi ścieżkami szlaku czerwonego zamontowano też ozdobny słup (przypominający wbity w ziemię ogromny… przecinak) z wyrytą na nim nazwą i wysokością góry. Ale nie to jest tu najważniejsze. Najważniejsze są widoki, a te są wręcz imponujące, nadto zaś prawie dookólne. Z pewnością warto się tu zatrzymać, by się nimi nacieszyć. Także samo podejście oferuje nam wspaniałą panoramę na Wielki Stożek i Kiczory, zostające teraz w dali za nami. Proszę nie zapomnieć obejrzeć się co najmniej kilka razy za siebie!


 
Panorama z Cieślara - autor Edward Moskała
(Aby powiększyć otwórz w nowym oknie środkowym przyciskiem myszy)
 
Po chwili oddechu na szczytowej polance rozpoczynamy łagodne dość zejście szeroką ścieżką w kierunku Wielkiego Soszowa (886 m n.p.m.). Po lewej towarzyszy nam las, po prawej niezmiennie wyśmienite, sięgające horyzontu krajobrazy. Do kolejnego szczytu docieramy tym sposobem bez większego wysiłku (dopiero na ostatnich kilkudziesięciu metrach lekko pod górkę) w około dwadzieścia, dwadzieścia pięć minut. I sądzę, iż dobry to moment  aby przypomnieć, że na całym odcinku GSB od Stożka do Czantorii dominują czeskie oznaczenia szlaków opisujące też polskie znaki czerwone, ale tym się głównie od naszych różniące, że podające wszelkie odległości w kilometrach, nie w godzinach i minutach. Jak już kiedyś pisałem, jest to moim zdaniem rozwiązanie lepsze, bo zachowujące obiektywną wartość informacyjną niezależnie od naszej kondycji.

A propos kondycji! O ile trasa z Cieślara na Soszów nie należy do trudnych, o tyle zejście ze szczytu do schroniska już troszkę tak. Nie jest wprawdzie kamieniste czy też ekstremalnie ostre (te akurat w Beskidzie Śląskim najczęściej są bardzo krótkie), ale jednak mocno się obniża i to na dość długim odcinku. Zresztą od jego pierwszej, widocznej z wierzchołka części znacznie poważniej prezentuje się kolejna, kończąca się po najpierw jeszcze ostrym zakręcie tuż przed stacją kolejki linowej. Co jasne, obie pokonywane w drugą stronę, też a raczej tym bardziej jeszcze wymagają niezłej wydolności fizycznej. 


Zanim zejdziemy proszę spojrzeć sobie na wprost – ponad ścieżkę. Stąd właśnie, czyli ze szczytu Wielkiego Soszowa po raz pierwszy widzimy dziś tak dokładnie Czantorię z charakterystyczną wieżą i nieco niżej od niej maszt na polanie Stokłosicy. Za chwilę znów znikną przesłonięte lasem. 


Jako się więc rzekło po dwuetapowym zejściu docieramy do schroniska pod Soszowem (792 m n.p.m.) by tutaj na całe 35 minut spocząć na ławach przed budynkiem oddając się długo wyczekiwanej konsumpcji tudzież kontemplacji. I jeśli o tym drugim mowa, to w największe zadziwienie wprowadził nas nieskrywany entuzjazm pań i panów w wieku różnym pojawiający się u nich masowo na widok dwuosobowej… drewnianej huśtawki, co ciekawe przez dzieci jakby nieco ignorowanej. Dzieci mają tu zresztą ciekawszą rozrywkę w postaci dużego kolorowego placu zabaw, znajdującego się kilkadziesiąt metrów dalej – tuż obok stacji wyciągu i trasy zjazdowej dla narciarzy. Tam też czekają na wędrowców kolejne stoły i ławy na otwartej przestrzeni oraz bufet. Ogólnie jest w czym wybierać, ale czy powinno być tego aż tyle w jednym miejscu, to już kwestia do dyskusji. Kolejne wędrówki uczą mnie niestety, że niektórzy bez "cywilizacji" nie uszliby nawet dziesięciu kilometrów, a jeśli już by uszli, to nie bardzo chyba wiedząc, po co…

My wiemy i dlatego choć nogi zaczynają już boleć ruszamy bez wahania w dalszą drogę. Najpierw płasko, polanką, potem lekko w górę w głąb lasu i w nim już bez praktycznie jakichkolwiek dalszych widoków, ale za to w czarującej atmosferze prawdziwej jesieni po ogromnym łuku w prawo. 



Szlak pustoszeje tu nagle, a głośne rozmowy kolejnych grup turystów zastępuje już tylko szelest liści, szum wiatru i łagodne popołudniowe słońce. Wolnym krokiem w około pół godziny dochodzimy do Przełęczy Beskidek /Beskydske Sedlo/ (684, według innych danych 680 m n.p.m.) na której z czerwonego przesiadamy się na kolor czarny i nim skręcamy w prawo do Wisły Jawornika. Kto z Państwa szedłby tędy naszym śladem niech pamięta, że oznaczenia początku wspomnianego szlaku ani tym bardziej drogowskazu nie uświadczy. Sugerować należy się wyłącznie czeskimi tabliczkami na GSB i szukać ścieżki ZA NIMI (tak, by słupek mieć za plecami) – potem znaki są już rozmieszczone normalnie. Ciekawym jest jednak, że mimo iż chory ten stan zgłaszałem oddziałowi PTTK w Wiśle w marcu 2014 na podstawie obserwacji o pół roku wcześniejszych do dziś nikt nie znalazł środków na kawałek deski i trzy maźnięcia pędzlem…  Najłagodniejsze określenie jakie przychodzi mi na myśl w takiej sytuacji to: żenada. Absolutna żenada. Ale dość o tym. Wracajmy na trasę. Ścieżka najpierw łagodnie, po chwili już dużo bardziej stromo schodzi przez las ku pastwiskom i łagodniejąc nieco w połowie zakręca w jakby gigantyczną literę C. Przed nami szeroka panorama doliny, ogromne połacie łąk i dość zabawnie na nich wyglądające „krzywe”, bo pasące się na stokach krowy. Krajobraz jak idealnych wakacji. Kolejny już dziś, a jeden z niestety ostatnich warty dokładnego obejrzenia a przede wszystkim sfotografowania.


Droga z polnej zamienia się wkrótce w płytową i już jako ulica Branców znów ocieniona lasem zakręca w lewo mając po prawej głęboki jar. W ten sposób stale się obniżając dochodzimy wreszcie do pierwszych zabudowań wyłaniających się zza drzew. Polecam tu dokładne przyjrzenie się okolicznej starej architekturze, bo ta, mimo, że najczęściej prosta, ma w sobie wiele ponadczasowego uroku. Poza tym  ciekawe bywają także inne obrazki z wiejsko miejskiej codzienności Wisły w których powaga lat trzydziestych ubiegłego stulecia przeplata się płynnie z siermiężnością PRL-u i kolorową tandetą  początków XXI wieku. Na szczęście odwrotnie niż to ma miejsce np. w Szczyrku tutaj ten ostatni świat ciągle jest jeszcze w mniejszości.

Zdjęcie z serwisu Google Street View

Szlak doprowadza nas po kilku minutach do ulicy Jawornik dochodząc do niej dokładnie vis a vis zejścia koloru niebieskiego z Soszowa ulicą… Soszowską (chciałbym widzieć rozpytującego o to niemieckiego lub angielskiego turystę!). Skręcamy w lewo i po chwili już miejskim zupełnie chodnikiem maszerujemy w stronę centrum. Dla zmęczonych dobra wiadomość – proszę po prawej wypatrywać przystanku autobusowego. Korzystając z niego a raczej z autobusów, które przy nim stają, dojechać możecie do dworców kolejowego i PKS ścinając sobie ostatni, w większości asfaltowy, ale mimo to niczego sobie jeśli chodzi o widoki odcinek.  Odcinek, dodajmy to, niebieski, bo kolor czarny kończy się już za moment przy ulicy Jodłowej. Wiatę przystankową odnajdziemy zaś w głębi zatoczki, czy też może parkingu zaraz za charakterystycznym mostkiem, przez który przechodzi nasza droga.

Skoro cywilizacja, to cywilizacja. Mijamy bary, sklepy, wille z pokojami do wynajęcia, ale mimo to nadal mamy też piękne góry tuż ponad nami i jeszcze bliżej chłodny potok Jawornik nad który można w każdej chwili skręcić. Tak, tak. Macie Państwo rację. Dziwne to trochę. Potok Jawornik w Wiśle Jaworniku przy ulicy Jawornik. Ale za to przynajmniej łatwo tu trafić, nieprawdaż? A że ruch samochodowy jest mały, krajobrazy ciekawe, a nam przynajmniej trafiła się też bardzo dobra pogoda, to te kilka kilometrów więcej można/warto jakoś przeboleć. Zresztą co jakiś czas zabudowania ustępują jednak miejsca zieleni łąk. I w związku z tym jest pięknie.



Kiedy ulica którą idziemy skręci w prawo i przejdzie już ponad potokiem, a w dali zobaczymy również po obu stronach drogi kolejne biało niebieskie barierki należy „przygotować się do wysiadania”. Uwaga! Przez drugi most nie przechodzimy! Szlak skręca niepozornym chodnikiem tuż przed nim w prawo. I w tym momencie otoczenie zmienia nam się radykalnie. Wchodzimy w ciemny las mając po lewej stromą skarpę i płynącą w dole Wisłę, a po prawej stok góry, oddzielającej nas jakby klinem od doliny Jawornika, którą dopiero co szliśmy. Ta góra, a właściwie bardziej górka, to Czajka (572m n.p.m.).

Zdjęcie z serwisu Google Street View

Wąski chodnik staje się wkrótce asfaltową dróżką a potem drogą. Jesteśmy na ulicy Lipowej. Z osiedla Zdejszy dołącza tu do nas jedna z najnowszych tras Beskidu Śląskiego – wytyczony w 2012 roku szlak zielony z Soszowa również jak nasz prowadzący do dworca kolejowego Wisła Uzdrowisko. W tym też miejscu towarzyszące nam dotąd koryto rzeki oddala się, a my niedługo później również jakby w ślad za nim przechodzimy malutkim tunelem pod torami kolejowymi, za którymi w prawo w kilka minut dochodzimy do centrum miasta, by tu zakończyć wycieczkę.

Zdawałoby się… pół świata, a to tylko siedemnaście kilometrów. Ale za to jakich!
---
* - Ze względu na wybuch wojny trasę doprowadzono tylko do stacji w Głębcach...


 



Punkty do wyszukania na mapie:
Wisła Dziechcinka, Krzakoska Skała, Kobyla, Mały Stożek, Wielki Stożek, Cieślar, Soszów, przełęcz Beskidek, Czantoria Wielka, Wisła Jawornik.

Stopień trudności:
średni.

Up & Down:
Od dworca kolejowego lekko w dół, potem płasko, od wiaduktu kolejowego stale wznosząco, miejscami ostrzej do Krzakoskiej Skały. Dalej zmiennie z przewagą płaskiego aż do podejścia na Cieślar. Podejście raczej łagodne, równie łagodna lekko zmienna trasa na Soszów, następnie dłuższe ostrzejsze zejście do schroniska i znów zmiennie z przewagą płaskiego. Jeden poważniejszy spadek przed przełęczą Beskidek, z niej stale w dół, początkowo stromo, później dużo łagodniej aż do Jawornika. Reszta trasy praktycznie połoga. 

Atrakcje widokowe:
Wiadukt w Wiśle Dziechcince, Krzakoska Skała i widoki z niej, praktycznie cały odcinek (!!!) od Kobylej aż do schroniska pod Soszowem, środkowa część zejścia z przełęczy Beskidek.

Schroniska, żywność, odpoczynek:
Sklepy i bary w Wiśle, schronisko pod Soszowem, tam także fastfood w budynku stacyjnym kolejki.

Komunikacja:
Do i z Wisły kolej, jako opcja z Jawornika do centrum miasta - autobusy. 

Opis marszruty:
Ze stacji w Dziechcince do Sałaszu Kobyla szlak niebieski, dalej żółty do Małego Stożka i czerwony (GSB) do przełęczy Beskidek. Kolor czarny z Beskidka do Jawornika i niebieski z Jawornika do Uzdrowiska.

Odległość:
ok. 17 km. Nasz czas przejścia (po odliczeniu postojów) 6 ½ godziny.

Opinia:
Wycieczka dość długa, bardzo atrakcyjna widokowo, z jednym trudnym odcinkiem zejściowym Soszów – schronisko pod Soszowem i dwoma znacznie jednak krótszymi przed i za Beskidkiem . Dużo możliwości skrócenia lub zmian.

Możliwości zmian:
1. Podejście do Sałaszu Kobyla szlakiem żółtym, 2. Podejście z Małego Stożka na Wielki Stożek szlakiem żółtym i zjazd kolejką do Łabajowa, 3. Zejście z Soszowa do Wisły szlakiem zielonym lub niebieskim, 4. Zjazd kolejką z Soszowa do Wisły, 5. Podejście z przełęczy Beskidek na Wielką Czantorię (bardzo trudne!) i zjazd kolejką ze Stokłosicy do Ustronia Polany (opcja dla najwytrwalszych),  6. Zakończenie trasy w Wiśle Jaworniku i dojazd do Uzdrowiska autobusem.
====



 

piątek, 15 maja 2015

sKurier* IV

Coś czego z całego serca nie znoszę, to odwalanie komunistycznej fuszerki w kostiumie kapitalistycznego profesjonalizmu. Na przykład profesjonalizmu znanej firmy kurierskiej...


21 kwietnia 19:57
- przyjęcie przesyłki w oddziale DPD w Olsztynie.

22 kwietnia 6:40
- przyjęcie przesyłki w oddziale DPD w Katowicach.

22 kwietnia 9:32
- wydanie przesyłki do doręczenia.

I tu zaczynają się schody...

22 kwietnia 15:00
- wpis na stronie trackingu DPD: przesyłka niedoręczona - adresat nieobecny (NIEPRAWDA!)

23 kwietnia 9:02
- wydanie przesyłki do doręczenia.

23 kwietnia 19:24
- 10 minut mojego wiszenia na słuchawce z nadzieją na połączenie z biurem obsługi - bezskutecznie.


23 kwietnia 19:55
- pisemna skarga do DPD poprzez formularz kontaktowy.

24 kwietnia 7:15
- kolejna pisemna skarga poprzez formularz kontaktowy, tym razem także z żądaniem ukarania kierowcy.

24 kwietnia 7:40 (godzina wpisywania tych słów)
- nadal zapis o przesyłce w doręczeniu.


24 kwietnia 7:58
- Biuro Obsługi odpowiada "gotowcem" na moją pierwszą skargę. Treść listu brzmi: Szanowni Państwo, Państwa wiadomość została przesłana do odpowiedniego oddziału celem wyjaśnienia. Prosimy oczekiwać informacji zwrotnej. Z poważaniem Daniel [...]
 
24 kwietnia 10:03
-po dziesięciu minutach oczekiwania rozmowa z konsultantką biura obsługi. Mogę umówić się na doręczenie paczki w poniedziałek 27 kwietnia, ponieważ taka jest procedura po dwóch nieudanych próbach dostarczenia.  Kurier jest na zastępstwie (???) i się nie wyrabia. Dlaczego nie pobrał przesyłki dziś? Odpowiedź jak wyżej - były dwie próby. A że prób nie było, to już pani nie wie jakim cudem. Dlaczego kurier nie odbiera telefonów? Dlaczego fałszuje dokumentację (on lub osoba ją prowadząca?) Brak odpowiedzi. Mogę złożyć skargę. I umówić się na poniedziałek. Umawiam się. Składam.

 
24 kwietnia 10:43
-składam skargę w formie odpowiedzi na porannego maila z biura obsługi. Oto jej treść: Oczekuję od Państwa odpowiedzi pisemnej z wyjaśnieniami (nie szablonu z dołożonym podpisem jak to coś poniżej) w związku ze skandalicznym podejściem do obowiązków Państwa pracowników. Przesyłka, która była w doręczeniu 22 kwietnia nie została doręczona, a kurier lub osoba wpisująca dane trackingu SKŁAMAŁY podając, że o 15:00 miała miejsce nieudana próba doręczenia. W tym czasie w domu były dwie osoby. Przesyłka była następnie w doręczeniu 23 kwietnia. Kurier nie odbierał dziesięciu (!!!) prób połączenia telefonicznego i nie pojawił się także z przesyłką mimo, że domownicy czekali CAŁY DZIEŃ (od 6:30 do 22:00!!!). W chwili kiedy piszę te słowa nadal na stronie trackingu jest zapis o rzekomym wydaniu WCZORAJ paczki kurierowi. Żadnej próby doręczenia nie było. Dwa razy po dziesięć minut próbowałem (wczoraj i dziś) dodzwonić się do Biura Obsługi DPD. Za drugim razem, dziś około 10:00 usłyszałem wreszcie, że mogę się UMÓWIĆ na doręczenie w poniedziałek, ponieważ taka jest procedura po dwóch nieudanych próbach doręczenia. Podkreślam, że nie było ŻADNEJ próby. Oczekuję wyjaśnienia zaistniałej sytuacji. Uważam, że powinni mi Państwo zwrócić 100% opłaty za przewóz (15 zł) ponieważ tydzień czasu to za długo nawet jak na pocztę, a co dopiero na kuriera.
 
 
23 kwietnia 11:20
-biuro obsługi odpowiada: Szanowni Państwo, serdecznie przepraszamy za zaistniałą sytuację. Wszelkie skargi na kurierów prosimy składać poprzez formularz reklamacji na stronie www.dpd.com.pl w zakładce Moje DPD lub poprzez kontakt telefoniczny z Działem Interwencji pod nr 22 577 55 77. Z poważaniem Milena [...]

 24 kwietnia 12:36
-skargę identyczną jak powyżej przekazuję przez odpowiedni formularz na stronie firmy kurierskiej.

24 kwietnia 12:43
-odpowiedź biura obsługi sam już nie wiem na który wpis :) Szanowny Panie, Najmocniej przepraszamy za zaistniałą sytuację. Korespondencja została przekazana do oddziału realizującego doręczenie w celu wyjaśnienia z kurierem poniższej sytuacji. Przesyłka pozostała w dniu dzisiejszym w magazynie oddziału doręczającego, w związku z czym nie mamy możliwości zrealizowania dostawy w dniu dzisiejszym. Prosimy o złożenie reklamacji. Z poważaniem Emilia [...]

Tutaj nasunęła mi się myśl, że skoro tyle różnych osób proszących mnie usilnie o złożenie skargi pracuje w biurze a tak mało jest kurierów rozwożących paczki, to pora chyba na jakąś porządną atestację stanowisk  :) Ale nic, gramy dalej...

25 kwietnia 5:38
-informacja o zarejestrowaniu oficjalnej skargi/reklamacji


27 kwietnia 11:03 (godzina wpisywania tych słów)
-na stronie trackingu pojawiła się ponownie (zdublowana z takim samym wpisem z czwartku!) informacja o wydaniu przesyłki do doręczenia.
 
27 kwietnia 11:50
-doręczenie przesyłki.

 
29 kwietnia 8:22
-DPD uznaje moje zastrzeżenia za reklamację...
 
 
13 maja 11:49
-...po czym odkrywczo stwierdza, że adresat (ten sam adres i nazwisko!) to nie ja. Niby racja, ale skoro można "obcemu" podawać tracking, odpowiadać na jego pytania w biurze obsługi i uznawać pismo za reklamację, to już można było i odpowiedzieć. A tak co? Mamy tradycyjne "A u was to biją Murzynów!"
Na szczęście po moim kolejnym mailu reklamacja zostaje jednak zakwalifikowana do rozpatrzenia. Czekamy...
 
 
ZAMIAST EPILOGU
 
W chwili publikowania tego posta (piątkowy wieczór) otrzymuję informację, że kolejna paczka na którą oczekuję na podstawie wpisu o wydaniu jej dziś kurierowi do doręczenia została właśnie zwrócona do magazynu (?!), a samo doręczenie przełożono na poniedziałek...
 
-----CDN-----
 
* - "s" w tytule oznacza oczywiście "super" ;)
 
 
 
 
W POPRZEDNICH ODCINKACH sKURIERSKIEJ SAGI:
 


Kot z Orłowej po raz trzeci

Jak donosi Abigail "ekspedycja ratunkowa" dotarła dziś do kota na Orłowej i w obecnej chwili znajduje się on już pod opieką lekarską. Mimo bowiem podania na miejscu środka przeciw kleszczom i innym insektom oraz zakropienia oczu, stan ogólny a przede wszystkim wiek zwierzęcia zdecydowały jednak o zabraniu go z góry w celu dokładniejszego przebadania.
 
Jak mi przekazano równolegle podjęte zostały starania o poinformowanie właścicielki kota o jego losie i uświadomienie jej że po prostu powinna o niego dbać. Jest to o tyle ważne, że na Orłowej są jeszcze dwa inne koty, co prawda młodsze, ale równie zapuszczone.
 
Jeżeli nie pojawią się jakieś komplikacje mruczek powinien wrócić na swoją górę w początkach przyszłego tygodnia. Z pewnością będzie jednak potrzebował zarówno lekarstw jak i karmy. Sama pomoc weterynaryjna jakiej teraz jest poddawany także kosztuje.
 
Futrzak jak już pisałem jest bardzo grzeczny i kocha ludzi. Pora udowodnić mu, choćby drobnym wsparciem finansowym, że z wzajemnością...

 
 Stowarzyszenie Humanitarno – Ekologiczne
„Dla Braci Mniejszych” Bielsko-Biała

MultiBank - 46 1140 2017 0000 4202 1012 0220
z dopiskiem "dla kota z Orłowej"

  
---
 
Dalszych wieści o kocie z Orłowej proszę szukać na blogach prowadzonych
przez Abigail, która dysponuje informacjami z pierwszej... łapy ;)
 
 

czwartek, 14 maja 2015

Kot z Orłowej - nowe wieści

Bardzo dziękuję wszystkim odwiedzającym, linkującym oraz przekazującym dalej własnymi słowami prośbę o pomoc dla kota z Orłowej. Największe podziękowania mam tu oczywiście dla Abigail, która po moim tekście nie tylko nagłośniła sprawę najmocniej, ale też od razu zdeklarowała się, że kotu pomoże. Pojawiło się także kilka innych osób gotowych do wsparcia mruczka. Zaręczam im wszystkim, że zwierzak zasługuje na to po stokroć.
 
Planowana na dziś przez wyżej wymienionych jak ją sobie nazwałem "ekspedycja ratunkowa" została przełożona na jutro ze względu na pogodę, ale samo to że będzie już jest sukcesem. Jeżeli "obiekt X" się pojawi, to otrzyma leki i zależnie od swojego stanu i "sytuacji mieszkaniowej" albo zostanie zmobilizowany do większego zainteresowania kotem sam tylko jego właściciel albo też zwierzak zostanie zabrany do zbadania i ew. leczenia.

Z tego co mi przekazano, a na czym bardzo mi zależy nie jest przewidziane zabranie kota z gór na stałe, np. do schroniska lub tzw. adopcji. Uważam, że to bardzo dobrze, bo zaangażowanie futrzatego w swoją pracę świadczy najlepiej, że bez niej by cierpiał. To jest kot górski i w górach powinien pozostać. Tym bardziej, że ma tam swojego przyjaciela - kundelka, którego pokazałem na zdjęciach z zeszłego piątku. Moim marzeniem byłoby aby stał się też SŁAWNYM górskim kotem i mógł już zawsze liczyć na pomoc i przychylność wszystkich odwiedzających Orłową.
 
 Kot na szlaku - mapa w skali 1:25000
 
Najprawdopodobniej wstępną pomoc uda się uzyskać ze strony kociej fundacji z Bielska Białej. Jeśli tak będzie postaram się podać później link z namiarami dla umożliwienia wszystkim zdalnym sympatykom kota wpłacenia jakichś datków na jej konto. Sam także deklaruję tu oficjalnie, że to zrobię, oczywiście, jeżeli ekspedycja się powiedzie.
 
Myślę i nie piszę tego jako żartu, że kot powinien być sponsorowany choćby tylko pro forma właśnie przez PTTK lub władze gminne jako maskotka i żywa (oby jak najdłużej) reklama Beskidu Śląskiego.
 
Na koniec wiadomość najważniejsza chyba. Kot został rozpoznany przez pewnego dawnego mieszkańca Brennej, który odezwał się i także zgłosił swój akces do wyprawy. Tym samym wzrasta szansa na odnalezienie prawdziwego właściciela i długofalową pomoc dla futrzaka.
 
Mam nadzieję, że wykorzystując tu fragment zdjęcia uzyskanego jak większość dziś informacji dzięki uprzejmości Abigail nie naruszam niczyjej poza kocią prywatności, ale nawet gdyby tak było, podkreślam, że robię to w wyższym (813 m n.p.m.) celu - dla sławy i dobra najdziwniejszego górskiego przewodnika jakiego dane mi było poznać. 
 
Fragment starszego zdjęcia na którym na 98% znajduje się kot z Orłowej, a dzięki któremu został też rozpoznany przez autora tej fotki, który skontaktował się mailowo z Abigail.
 

piątek, 8 maja 2015

Pomóżmy kotu z Orłowej!

Orłowa to góra i jednocześnie osiedle o tej samej nazwie na trasie szlaku niebieskiego pomiędzy Równicą a Trzema Kopcami Wiślańskimi. Docierają tam także ścieżki: zielona z Ustronia Polany i  żółta z Brennej. Nie jest to stanowczo szczyt z gatunku tych pierwszo czy nawet drugoligowych, gdyby oceniać tylko atrakcyjność wierzchołka czy widoki z niego. Ot góra jakich wiele. Ale nie do końca. Na Orłowej mieszka bowiem wyjątkowy kot, który tuż przy słupku drogowskazowym na podejściu od strony przełęczy Beskidek od lat wita z wielką atencją każdego turystę i który opisywany już był i fotografowany przez wielu wędrowców odwiedzających tę okolicę.
 
 
 
Zdjęcie z serwisu www.szlaki.net.pl autor: Aleksander Kwiatkowski
 
Napotkałem go i ja podczas swojej wycieczki ósmej i uwierzyć nie mogłem z jaką ufnością i sympatią ten stworek lgnie do mnie i cieszy się na widok kolejnego "gratisowego głaskacza". To było po prostu bardzo, bardzo przyjemne. Tym mocniej, że tak samo jak mnie za chwil kilka witał kolejnego pochodzącego od strony Równicy turystę. Napisałem wtedy z pełnym przekonaniem, że pogłaskanie tego kota przynosi szczęście w górach i do dziś w to wierzę.
 
 
Od tamtych odwiedzin na Orłowej minęło dwa i pół roku. Często zastanawiałem się co porabia sympatyczny górski duszek i obiecywałem sobie go jeszcze odwiedzić. Udało mi się to dzisiejszego przedpołudnia, ale nie było to spotkanie przyjemne.
 
Kot z Orłowej jest zaniedbany i chory. Ma zaropiałe oczy, kleszcze i kołtuny. Mimo tego jak wygląda nadal "pracuje", nadal wita turystów, nadal próbuje dać im uśmiech i dodać sił do dalszej wędrówki. Teraz jego towarzyszem jest kundelek z którym pilnują szlaku razem. Tam gdzie człowiek by odpuścił, tam małe zwierzaczki znajdują czas dla każdego. Mimo choroby.
 
 
Wspaniała pogoda, cudowne widoki, dobry humor, radość ze spotkania, wszystko to stało się nieważne, gdy zobaczyłem w jakim stanie jest ten biedny mruczek. Ten widok nie daje mi spokoju do teraz...
 
Proszę zatem, nie, nie proszę, błagam o pomoc każdego, kto może w jakikolwiek sposób sprawić by kot wrócił do zdrowia. Zwracam się tu szczególnie do osób znających właściciela lub sąsiadów właściciela kota, do mieszkańców Brennej, Ustronia lub Wisły, w tym zwłaszcza związanych z szeroko rozumianą pomocą weterynaryjną lub inną dla zwierząt (fundacje, schroniska itp.), do turystów, którzy bywali na Orłowej i spotkali małego bohatera a wreszcie do wszystkich kochających góry i... koty.
 
POMÓŻMY KOTU Z ORŁOWEJ!
 
On oddał nam większą część swojego życia,
my oddajmy mu choć chwilkę naszego!
 
 

***
Moim zdaniem kota nie ma potrzeby stamtąd zabierać, "adoptować" itp. Po prostu trzeba go zbadać, podać odpowiednie lekarstwa, wyleczyć. Ale on jest potrzebny tam, w górach, nam wszystkim beskidzkim deptaczom.

czwartek, 9 kwietnia 2015

Quada, to nie wypada!

Przy okazji wspominania jednej z zeszłorocznych wycieczek dotarłem przypadkowo do strony internetowej Cieślarówki - prywatnego pensjonatu prowadzonego przez rodzinę Cieślarów na Głównym Szlaku Beskidzkim pomiędzy Małym Stożkiem a Cieślarem (swoją drogą, trudno o lepszą reklamę) i uwagę moją przykuł fakt ogłaszania tam możliwości wypożyczenia quada...

 
Proszę sobie wyobrazić, że beskidzkie szlaki, które uatrakcyjnia już PTTK prowadząc je drogami, Lasy Państwowe oferując bezpłatne zapoznanie się z ciężkim sprzętem tudzież lepszą widoczność poprzez masowe wycinki drzew, a urzędy miast i gmin wprowadzając cywilizację w formie kolejnych zezwoleń na budowę coraz dalej i coraz wyżej, nawiedzą jeszcze quadowcy. Włos się jeży na głowie. A przecież już niejednokrotnie nawiedzali. Postanowiłem rzecz wyjaśnić. Poniżej treść listu elektronicznego wysłanego na adres Cieślarówki wczoraj, ósmego kwietnia 2015 roku. 
 
---
 
Dzień dobry
 
Czy oferując wypożyczanie sprzętu jak w tytule (zwłaszcza quadów) macie Państwo świadomość, że przyczynia się on do niszczenia szlaków turystycznych, zakłócania spokoju ludzi i zwierząt a przede wszystkim, że jeśli nawet nie wszędzie jest, to powinien być na szlakach zakazany?

Jak będą wyglądać nasze góry, jeśli jedni będą stawiać znaki zakazu, montować monitoring, karać itp. a inni wypożyczać już na szlaku takie właśnie pojazdy?

Chciałbym poznać Państwa opinię na ten temat. Rozumiem, że bogatsza oferta, to większy zysk, ale zniszczone góry, to w efekcie za lat ileś brak jakichkolwiek klientów.
Pozdrawiam

[tu w oryginale moje imię i nazwisko] - Katowice
 
 
---
 
Późnym wieczorem otrzymałem od właścicielki obiektu  - Pani Alicji Cieślar odpowiedź, której treść w oryginalnym brzmieniu przedstawiam poniżej:
 
witam my nie posiadamy własnych quadów są one od znajomej firmy która posiada własny prywatny teren po którym są przygotowane trasy, jazda po szlakach jest zabroniona a nad bezpieczeństwem i przestrzeganiem przepisów w wisle czuwa strasz leśna. był to u nas bardzo duży problem 4-5 lat temu ale teraz bardzo się uspokoił po interwencjach mieszkańców.
pozdrawiam  i zapraszam w góry :)
 
---
 
Cóż, że jazda jest zabroniona, o tym wiemy. Że to niewiele zmienia w praktyce, także. Spotykałem już motocyklistów czy quadowców w takich miejscach w których absolutnie nie można by było mówić o przypadku, np. na Zielonym Kopcu, Stołowie czy Kotarzu. Oczywiście nie Pani Cieślar za to odpowiada, ale jeżeli oferuje wypożyczanie takich pojazdów sama mając pensjonat na szlaku, to moje pytanie akurat do niej nie powinno dziwić. I mam nadzieję, że nie zdziwiło. A że littera scripta manet, postanowiłem ku potomności naszą korespondencję i tutaj przedstawić.

środa, 11 marca 2015

Uroki naTułyzmu

NaTułyzm, czyli wycieczka przez górę Tuł, gdyby ktoś poczuł się zgorszony ;))
 
---
Trasa, o której dzisiaj opowiem, to propozycja szczególna. Z jednej strony długa, obfitująca w zróżnicowane i nietuzinkowe w swojej atrakcyjności widoki, z drugiej nieco już zapomniana, przez wielu lekceważona lub wręcz odradzana, jako nudna. Jaka jest naprawdę? Cóż, jeżeli zagryziemy zęby i zniesiemy jakoś faktycznie dość podły odcinek asfaltowy w środku, reszta przed i za nim wynagrodzi nam to w dwójnasób. Myślę, że warto spróbować.

 
WYCIECZKA DWUDZIESTA TRZECIA
9 października 2014
GOLESZÓW – POLANA STOKŁOSICA


W słoneczny październikowy poranek wysiadamy z Agatą na sympatycznej stacyjce w Goleszowie, by stąd ruszyć najdłuższym chyba z możliwych szlakiem na Wielką Czantorię. Po nieodzownym na starcie każdej wycieczki przekopaniu plecaków (gdzie znowu te baterie?!), przegryzieniu czegoś słodkiego oraz przyjrzeniu się wnętrzu budynku przez wszystkie możliwe okienka tudzież inne otwory meldujemy się pod słupkiem z drogowskazami punktualnie o 7:55


Według opisu z tabliczki trasa zająć powinna nam cztery godziny, ale proszę nie brać tego zbyt serio. Jedynym sposobem zmieszczenia się w takim czasie jest dogadanie się z kimś, kto ewentualnie puści za nami złego psa. Albo może bardziej niedogadanie. Wówczas istotnie możemy mieć nawet trudności z wyhamowaniem na szczycie. We wszystkich innych przypadkach dołóżmy sobie jeszcze zależnie od naszej kondycji, pory roku i typu charakteru (niektóre widoki rozanielają na dłużej) od pół do całej godziny, aby przy spojrzeniu na zegarek u końca marszu nie nabawić się depresji, co w górach stanowiłoby jednak swego rodzaju faux pas.  

A teraz, proszę bardzo, odwracamy się tylną częścią ciała do dworca (zupełnie jak PKP zrobiło to względem nas zamykając go na cztery spusty) i ruszamy drogą pośród pól kukurydzianych w stronę miasteczka. Nie od rzeczy będzie tu zauważyć, że niejaki Nikita Chruszczow gdyby żył, co mu się od prawie półwiecza nie zdarzyło, byłby zachwycony. Jego ulubiona roślina porasta tu ogromne pola i przyjemnie mruczy na wietrze, jak gdyby kołysząc się chyliła czoła przed trudem chłopów i robotników.  Albo coś w tym guście. W każdym razie robi wrażenie.

My zaś dla odmiany robiąc pierwszy zakręt, po kilku minutach marszu docieramy do małego, cichego skrzyżowania, na którym odbijamy w prawo z ulicy Dworcowej w Wolności i nią podążając napotykamy znów linię kolejową skręcającą tędy do Ustronia. Jak opowiadałem Państwu poprzednim razem przebieg torów został jeszcze w XIX wieku podporządkowany potrzebom przemysłu czy też może bardziej oszczędnościom związanym z wszystkim tym, co go nie dotyczyło. Stąd i stacja w Goleszowie znajduje się przed czy jak kto woli poza, a nie w samym miasteczku.

Po przejściu rozwidlenia (w prawo ulica Ławki – my w lewo) wkraczamy pomiędzy gęściejsze tu już zabudowania. Agata trzaska z zapamiętaniem zdjęcia dokumentując w szczerym zachwycie to rozpadające się stare chałupy, to znów nietypowe rośliny czy ozdoby ogrodowe, a ja obojętnie z miną starego trapera, co to z niejednej czekolady rodzynki wydłubywał spokojnie przemieszczam się za nią. Plus minus dziesięć razy z jednej na drugą stronę drogi…
-A widziałeś to?!
-Uhmm…

Przed nami znów skrzyżowanie, za którym widać już bardzo ładny i warty odwiedzenia kościół pw. św. Michała Archanioła powstały w 1914 roku. Tutaj szlak skręca w prawo, tuż za siedzibą miejscowej straży pożarnej, w ulicę 1 Maja. Mijamy Urząd Gminy (kolejny interesujący architektonicznie obiekt na trasie!), kilka sklepów, i docieramy do Cieszyńskiej, którą kierujemy się w lewo obok dawnej przychodni zakładowej goleszowskiej cementowni. Najbardziej miejski odcinek naszej wycieczki zbliża się tym samym powoli do końca. Przechodzimy wreszcie, ciągle idąc na wprost, w spokojną Grabową, z niej w Jasną i lekko pod górkę docieramy do jeziora Ton. Kto poczuł się już zmęczony, może w tym miejscu zejść. Nie, nie, bez obaw, zejść ze szlaku i to także tylko chwilowo - schodkami w dół ku pięknemu jezioru ukrytemu w dolince. Mamy tu ławki, ścieżkę spacerową i poczucie obcowania z prawdziwą naturą. Złudne nieco, gdy się zważy, że jezioro jest sztuczne, znajduje się w dawnym wyrobisku, a dodatkowo jego nazwa zapewne przez słowiańską romantyczność autorów map i przewodników często zmieniana na Toń (głębię, topiel) brzmi jednak stanowczo Ton i pochodzi od niemieckiego określenia… gliny, czyli romantyzmu ma w sobie tyle, ile nie przymierzając pikielhauba albo inny panzerfaust. Niemniej jednak, gdy się o tym wszystkim nie myśli widok jest naprawdę czarujący…


Po kilku minutach odpoczynku ruszamy w dalszą drogę ulicą Nad Tonem, czyli patrząc od strony miasteczka z Jasnej w prawo. Piszę o tym tak dokładnie, ponieważ rok temu oznaczenie szlaku na odbojnicy drogi tuż przy schodkach zmyliło mnie nieco i bezskutecznie szukałem dalszego ciągu ścieżki raczej w dole, nad wodą.

Trasa kreśli teraz łuk w lewo i zagłębia się w las, po chwili mijając skocznię narciarską i dojście do tarasu widokowego nad (w dosłownym tego słowa znaczeniu - czyli wysoko) jeziorem. Idziemy odtąd już wznoszącą się ulicą Olimpijską, ale na Grabową niedługo wrócimy, dokładnie na kolejnym rozwidleniu. No właśnie. Grabowa po raz drugi, skręt w prawo i oto zza drzew wyłania się Hubertówka - sympatyczna siedziba miejscowego koła łowieckiego. Proszę jednak nie schodzić tu na szerszą i wyraźniejszą dróżkę w stronę samego budynku, to nie to, szlak nadal wiedzie prosto i prowadzi dalej groblami, po których niegdyś kursowała przemysłowa wąskotorówka.


Tuż za niewielką polaną otacza nas nagle gęsta ciemna zieleń wysokich drzew i absolutna cisza. Wąskie, momentami pozarastane ścieżki, strome skarpy, po lewej nawet w pewnym momencie ponad dwudziestometrowa przepaść kolejnego wyrobiska. Warto doń – ostrożnie – zajrzeć. Jest to rzadka okazja do zobaczenia praktycznie pod swoimi stopami wierzchołków drzew! Przeciętnie obyty turysta znajdując się tutaj (Jasieniowa – 520 m n.p.m.) przekonany jest, że oto zaczęły się góry. Ale niestety, to tylko przygrywka. Po ponad godzinie od Tonu szlak zaczyna się obniżać zwracając w prawo i doprowadza nas obok tajemniczych zrujnowanych domków do drogi pomiędzy Dzięgielowem a Cisownicą. To właśnie największy minus opisywanej trasy. Można tu co prawda idąc asfaltem w prawo odwiedzić XV wieczny dzięgielowski zamek, ale oznacza to dalsze wydłużenie wycieczki i bez tego długodystansowej. Jeżeli jednak ktoś się czuje na siłach – dlaczego nie?

My skręcamy w lewo.


Sama droga jest typowa dla regionu. Wiedzie lasem, miewa naprawdę interesujące widokowo miejsca, ale jednak jest drogą, do tego zadymianą czasem przez olbrzymie ciężarówki transportujące urobek z kamieniołomów. Po wędrówce pełnymi uroku stokami Jasieniowej stanowi to spory dysonans estetyczny, który jednak trzeba znieść życząc PTTK olśnienia i zmiany kiedyś przebiegu tego odcinka. Można także życzyć paru innych, gorszych rzeczy, zależnie od natężenia ruchu i zapylenia okolicy w danym dniu.

Dochodząc do rozwidlenia kierujemy się prawą odnogą w ulicę Turystyczną i tak docieramy do kamieniołomów w Lesznej Górnej. Obiekt to na swój sposób ciekawy, warty może sfotografowania, ale jednak też mocno irytujący swoją obecnością (uwaga na godziny odstrzału!), podobnie zresztą jak „włóczący się” turyści drażniący są zapewne dla kierowców ciężarówek i samej obsługi zakładu. Wszyscy na wszystkich patrzą więc raczej krzywo, ale cóż począć, we didn't start the fire* jakby to zaśpiewał Billy Joel. Na szczęście jednak odcinek stricte przemysłowy nie trwa długo. Idąc na wprost obok głównej bramy skręcamy mostkiem przy budynku dyrekcji w lewo i znów wchodzimy w las. Koniec, kropka. Po wszystkim. Teraz będzie tylko lepiej. Uff…

Niektórzy autorzy sugerują darowanie sobie Jasieniowej i rozpoczęcie marszu od Dzięgielowa, dokąd można dojechać autobusem np. z Cieszyna, ale proszę zwrócić uwagę, że najgorszego odcinka i tak się tym sposobem nie ominie, a za to straci się wspomnianą Jasieniową i jezioro w Goleszowie. Moim zdaniem nie warto robić takiej oszczędności.

Zbliżamy się teraz do dawnego schroniska „Pod Tułem”, które jednak spokojnie możemy wykreślić sobie z planu, jako że od 2006 roku jest już tylko prywatną restauracją i nawet antyreklamuje się („restauracja nie pełni funkcji schroniska!”) stosownymi plakietkami na słupkach szlakowych. Gdy zatem zobaczymy przed sobą ów przybytek nie marnujmy nań czasu, tylko skręćmy od razu w drogę odchodzącą z naszej w prawo, a niedługo potem z niej także w prawo w wąziutką ścieżkę schodzącą stromo ku potokowi Łabańskiemu. Wzdłuż niego teraz skierujemy się w lewo, a potem odbijemy łagodnie pod górę. Oznakowanie szlaku jest tu dość słabe, stąd ten może nieco irytujący bardziej szczegółowy opis z mojej strony, ale na pocieszenie dodam, że ścieżka jest dość wyraźna i raczej trudno ją zgubić.

Powtórzę też w tym miejscu słowa, które Agata usłyszała ode mnie kilka a może i kilkanaście razy. Czekaj jeszcze chwilkę, zaraz zobaczysz, że warto było! Poczekajcie i Państwo a nie pożałujecie! Szlak wspina się teraz starym lasem trawersując zbocza Tułu (621 m n.p.m.) i daje możliwość przyjrzenia się imponującym zwłaszcza jak na tak małą górę stokom po lewej. Grube pnie drzew, mech, zarośla, prawie jak na Baraniej Górze. Na pewno podobnie w każdym razie. I oto wychodzimy na łąkę. Ach, łąka! To nie jakaś tam zwykła łąka. To ogromna, przeogromna połać rozgrzanej słońcem zieleni z dodatkowo jeszcze przepięknymi widokami po prawej. Po lewej zaś wita nas szczyt Tułu, zwanego niegdyś „górą storczyków” z racji wielkich ilości wszelakiego kwiecia i do dziś istniejącego, choć w zmniejszonej formie siedmiohektarowego użytku ekologicznego „Góra Tuł”. To właśnie w jego stronę skręca szlak lekko się jeszcze wznosząc.

I tutaj spotyka nas niespodzianka. Najpierw irytująca. Obok krawędzi lasu napotykamy tablicę informacyjną, wyłamaną, czy też niezamontowaną gdzieś ze zdjęciem… owiec na hali i informacją jak to tam kiedyś w górach bywało. Parskamy śmiechem i zgodnie stwierdzamy, że jak tak dalej pójdzie, to niedługo na turystę czekać będą QR kody i prezentacje audiowizualne zamiast prawdziwych widoków i wtedy…
Wtedy szczęki nam opadają…
Na przeciwległym krańcu łąki pojawiają się szare punkciki. Jest ich coraz więcej i więcej i nieustannie zbliżają się w naszą stronę. Wygląda to plus minus tak, jakbyśmy piętnastego lipca roku wiadomego trafili przez pomyłkę na pola Grunwaldu…
Owce! Morze owiec. Owce morza (po włoskiemu: futro di mare, ha ha ha).



Stoimy jak urzeczeni wpatrując się przez dłuższą chwilę w tą puchatą masę nacierającą w naszym kierunku. Coraz rzadszy to już przecież a nieodmiennie rozbrajający widok. Byle tylko nie zacząć ich liczyć, bo nici z wycieczki, a od spania na trawie można się nabawić reumatyzmu!

Definitywnie już „zdezynfekowani emocjonalnie” po przykrych wspomnieniach z Lesznej Górnej wkraczamy z uśmiechem na polną drogę dochodzącą tu z lewej i nią podziwiając panoramę wolno dochodzimy do samotnego gospodarstwa. Przed nim zaś napotykamy kolejne stadko, tym razem identycznych kropka w kropkę czarnobiałych kotków. Jest ich bodajże sześć, jeśli nie więcej i właśnie w towarzystwie swojej mamy wyległy na słoneczko nic sobie nie robiąc z oszczekującego cały świat psa tuż za stodołą. Widoki sielsko anielskie po prostu.

Jak wspominałem szlak czarny aż do Małej Czantorii jest raczej rzadko uczęszczany, a szkoda, bo plenery tu są jednak mocno odmienne od typowych w Beskidzie Śląskim. Malutkie zupełnie góry wydają się bardziej puchate, mają też łagodniejsze kształty. Do tego rozciągają się między nimi wspaniałe czyściutkie łąki wyglądające prawie jak dywany. A jeśli dodać okoliczne krowy, owce, konie, koty i psy otrzymamy bajkową przestrzeń, której opisać nie sposób, a zobaczyć warto.



Postanawiamy zauroczeni tym wszystkim przysiąść sobie teraz na polance otoczonej szumiącym lasem na zboczach Tułu i zjeść śniadanie. Na zegarkach już jedenasta, a zatem minęły trzy godziny z czterech, jakie nam ktoś dowcipny wyliczył na dojście. Powinniśmy być teraz na Małej Czantorii, bo stamtąd właśnie jest do Wielkiej godzina drogi, ale jesteśmy tu i tak jest dobrze. A kanapki jakie pyszne!

Rozglądamy się wokół i nagle dociera do mnie, że nie powiedziałem Agacie, że cel i to dopiero pośredni naszego marszu to akurat toto na wprost – największe co widać…
-Yyy… A ty wiesz, gdzie teraz idziemy?
-Nie.
-No ale mapa, no… w ogóle. Wiesz, która to Czantoria, prawda?
-Nie wiem. Tamta?
-Nie da się ukryć…
-O Dżizas…


Pamiętam swoje zeszłoroczne pierwsze wrażenie z identycznej jak powyższa konstatacji. „Jeżeli to jest MAŁA, to jak wygląda WIELKA???”
Spokojnie, wielka jest większa, ale przecież podchodzimy na nią jakby z ósmego piętra iść na dziesiąte, czyli nie ma co panikować. Natomiast co do Małej…
Ale nie uprzedzajmy faktów.

Około jedenastej trzydzieści najedzeni i wypoczęci ruszamy dalej. Polna droga schodzi teraz lekko i zmienia się w asfaltową, którą ogromnym łukiem w lewo łagodnie kierujemy się ku Czantorii. Cały czas towarzyszą nam rozległe pastwiska, letnie zupełnie kolory i temperatura. Jak na razie jest spacerowo. Po prostu spacerowo.


Wreszcie napotykamy pierwszy od centrum Goleszowa słupek z drogowskazami. Skręcamy przy nim w prawo znów wchodząc w las. Szlakiem żółtym można stąd dojść w kwadrans do przejścia granicznego w Nydku, my jednak trzymając się koloru czarnego rozpoczynamy właśnie mozolne podejście na Małą Czantorię, czyli, uprzedzam uczciwie, najtrudniejszy i najbardziej tym samym męczący odcinek. Zaczyna się on płasko przez chwilę wiodąc typowym lasem, ale po kilku minutach wchodzimy jakby w inną rzeczywistość. Znikają wysokie trawy i krzaki, a drzewa stają się proste niczym świece i sięgające prawie nieba. Dziwne to uczucie, gdy się tak idzie lasem przez który widać wszystko na przestrzał a jednocześnie baaardzo wysoko ponad głową ma dach z gałęzi i liści.

Ścieżka skręca tu nagle w lewo i… znika. Strome i kamieniste podejście jest jakby wizualnie rozmyte. Idziemy po prostu do góry którędy kto chce byle mając w zasięgu wzroku znaki. Jest ciężko. Na tyle ciężko, że Agata mimo swoich uprzedzeń co do takich specyfików podpija mój napój niby to energetyzujący w pełnym przekonaniu, że… doda jej skrzydeł. Efekty są jednak, powiedzmy to sobie szczerze, raczej skromne. Na szczęście jednak ktoś dobry i mądry wpadł na pomysł zainstalowania dokładnie w połowie podejścia ławek, na których… nie, nie siadamy, NA KTÓRE PADAMY i udajemy, że tak właśnie mieliśmy w planie. Po kilkunastu minutach z umiarkowanym entuzjazmem zbieramy się w dalszą drogę. Szlak znów zwęża się do typowej ścieżki i serpentyną doprowadza nas najpierw do zetknięcia z kolorem żółtym z Ustronia a chwilę później do szczytu. Hurra!!!

Na ostatnich metrach nastrój niespodziewanie poprawia nam pan maszerujący żwawo w dół z miną pożeracza szlaków, który jednak po minięciu nas o kilkanaście metrów szybko zawraca i zażenowany nieco stwierdza: Musiałem gdzieś coś przegapić, to nie tutaj…

I niech to będzie argument dla wszystkich niepewnych swoich sił, ekwipunku czy orientacji. Mylą się, męczą i wkurzają nawet najlepsi. Nie ma się co przejmować jeśli coś nam nie wyjdzie jak tego chcieliśmy.

Ha ha! A propos nie wyjścia. Na zegarku trzynasta. Według planu od godziny powinniśmy być u celu, od którego dzieli nas… godzina właśnie. No dobrze, były dwie dłuższe i chyba trzy krótsze przerwy, ale i tak…  
Nieważne!
Jesteśmy na Czantorii! Na razie Małej (886 m n.p.m.), ale od czegoś trzeba zacząć. Triumfalne zdjęcia pod drogowskazem i pytanie Agaty, które jest dla mnie najlepszym dowodem, że góry „działają”.
-To kiedy masz następne wolne?
Oboje parskamy w tym momencie śmiechem.
-Może najpierw tą wycieczkę skończymy, co?

Ano właśnie. Najgorsze jako się rzekło za nami. Mała Czantoria zaś, choć piękna z dali, na szczycie nie oferuje jakichś oszałamiających panoram, gdyż jak to kiedyś napisałem ma on kształt „odwrotnego irokeza”, czyli jest jakby śladem po kolejce linowej, której tu rzecz jasna nie ma i nie było. Krócej mówiąc szersze widoki zasłania nam las.  Jeżeli jednak staniemy tyłem do ścieżki z której przyszliśmy zobaczymy po lewej coś tam plus minus na Goleszów a po prawej… no, tu dużo ciekawiej. Po prawej szczyt Wielkiej Czantorii i (na razie) fragment rozległego siodła między obiema górami. I tam też właśnie należy się udać.


Dróżka łagodnie się obniża, a panorama poszerza. Po chwili łatwo już dostrzec nie tylko wieżę widokową na szczycie, ale i maszt telekomunikacyjny na Stokłosicy a w dali po lewej nawet… Skrzyczne. Kto dysponuje dobrym aparatem może tu spróbować „złapać” na jednym zdjęciu zarówno Czantorię jak i Skrzyczne właśnie. Zresztą nie tylko, bo za chwilę zza lasu zobaczymy Lipowski Groń i Równicę, potem wspaniały widok na Ustroń i w ogóle większą część Beskidu Śląskiego. A z prawej Czechy i pierwsze słupki pasa granicznego. Warto było! To stanowczo jedno z najpiękniejszych miejsc całej wycieczki.


Spacerowym krokiem dochodzimy do ławek ustawionych tuż przy nowym wyciągu krzesełkowym Poniwiec. Pierwotny plan zakładał, że jeśli będziemy zmęczeni, tutaj właśnie zakończymy nasz wypad zjeżdżając do Ustronia. Niestety, jak się okazuje kogoś poniosła fantazja, albo mnie zakładającego, że skoro jest wyciąg, to można nim jeździć, albo właściciela, że go wybudował. Wyobraźcie sobie Państwo, że te masy betonu i stali, które oszpeciły całe siodło, wpakowano tu po to, aby wyciąg uruchamiać wyłącznie w weekendy…

Trudno to skomentować bez używania słów powszechnie uznanych za obelżywe, tym bardziej, gdy po chwili widzimy jak to jakiś miejscowy „szef” dojeżdża do zabudowań stacji samochodem, aby coś tam ważnego ze swoimi pracownikami pomierzyć. Że mógł wjechać „swoją” kolejką, że mógł nie zniszczyć szlaku, nie dawać złego przykładu, zastanowić się, to wszyscy wiemy. Nikt jednak nie wie, co przy takich jak on ludziach zostanie z naszych gór za lat dziesięć czy dwadzieścia…


Wstajemy i zdegustowani wolniutko kierujemy się do ostatniego już dziś, wyglądającego z daleka poważnie, ale na szczęście wcale takim niebędącego podejścia. W kilka chwil jesteśmy znów w lesie, którym łagodnie skręcamy w lewo i po niecałych dwudziestu minutach dochodzimy do (ha ha ha, wyjdę na malkontenta) pseudogóralskiego bufetu made in Polska „B”, który jest znakiem, że do Czantorii już niewiele ponad kwadrans. Tu z lewej dołącza do nas szlak niebieski z Ustronia, a po prawej wita czeskie schronisko, które, co napisać trzeba dla ogólnej sprawiedliwości również piękne nie jest, zwłaszcza od zaplecza. Ale dość narzekania. Od frontu i wewnątrz jest OK. Można wchodzić (do lat 90 XX wieku było to karane, jako nielegalne przekroczenie granicy, tu rozumiane dosłownie, bo budynek jest O KROK od szlaku!), można płacić złotówkami, można zamawiać po polsku. Tyle, że nie można ani usiąść ze swoim jedzeniem ani przenocować, niezależnie zresztą od narodowości, bo obiekt takich usług nie przewiduje…


No dobrze. A co z nami? Oto prosta i płaska ścieżka. Z niej na poprawę nastroju bardzo interesujące widoczki na czeską stronę i zupełnie nic poza ścianą lasu po polskiej. Z lekka jesienne szarości, ledwie wyczuwalny wietrzyk i ciepło październikowego popołudnia. Bardzo przyjemnie.

Idziemy sobie zatem powolutku, wręcz noga za nogą, mijając nielicznych turystów i wreszcie około 14:35 dowlekamy się do szczytu. Niewiarygodne, prawda? Ponad dwie godziny po czasie! Ale jeśli odliczyć przerwy chyba nie jest aż tak dramatycznie.

Przed nami po prawej słynna czeska wieża widokowa i mini bar, a na wprost polskie stoiska z pamiątkami i także jakiś skromny bufecik. Pomiędzy tym wszystkim skręcający przez środek polany pas granicznych słupków i oczywiście oznaczenie szczytu, pod którym zmęczonej, ale słusznie dumnej z siebie Agacie od razu robię pamiątkową fotkę. Dotarliśmy więc do najwyższego punktu naszej wycieczki, na Wielką Czantorię – dokładnie 995 m n.p.m. Ale przecież to nie koniec! Co dalej?


Podczas swojej pierwszej tu bytności podchodząc z Ustronia Polany schodziłem kolorem czerwonym na przełęcz Beskidek a z niej potem maszerowałem przez Soszów, Cieślar i Stożek aż do Głębiec (wierzyć mi się nie chce, gdy to piszę!), podczas drugiej znowuż dochodząc jak my dzisiaj z Goleszowa skręcałem później z czerwonego szlaku na Beskidku czarnym do Wisły Jawornika i dalej niebieskim do Uzdrowiska. Dziś jednak takie rozwiązania, jako zbyt ekstremalne nie wchodzą oczywiście w grę. I tutaj nie mogę odmówić sobie pewnej poważniejszej dygresji. Proszę pamiętać planując trasę, że zarówno podejścia jak i zejścia szlakiem czerwonym (Mówimy tu o OBYDWU stronach Wlk. Czantorii!) są jak na warunki Beskidu Śląskiego BARDZO trudne i męczące. Opowiadał mi zresztą ktoś zupełnie niedawno jak to próbując zachęcić swoją znajomą do górskich spacerów na pierwszy ogień zaproponował jej właśnie podejście z Ustronia Polany… Skończyło się to obdartym do krwi kolanem, zniszczonym obuwiem, zawróceniem po 1/3 drogi i oczywiście fochem gigantem na kilka dni, ale jak powiedziałem od razu słysząc to – mogło być znacznie gorzej. Sam zresztą podchodziłem tą trasą zlany potem i w towarzystwie dokładnie tak samo ją znoszących zarówno młodszych jak i starszych. Na pewne sprawy po prostu nie ma mocnych. Ale za to bywają ZA SŁABI. Dlatego zawsze mierzmy siły na zamiary.

My z Agatą po szybkim przeanalizowaniu sytuacji uznaliśmy, że zarówno sił jak i zamiarów mamy na dziś równie mało, co poskutkowało decyzją o „ulgowym” zejściu na Polanę Stokłosica, by stamtąd już kolejką, czyli w najwygodniejszy ze wszystkich sposobów, pokonać ostatni etap naszej wędrówki.

Zwracamy się więc w lewo, plus minus na godzinę dziesiątą patrząc od dojścia spod schroniska i niewygodnym, ale na szczęście niezbyt też długim odcinkiem koloru czerwonego (GSB) udajemy w dół. Za nami zostaje szczyt, wygodne ławy i stoły po czeskiej stronie a przede wszystkim przez większą część dnia obiecywany sobie dłuższy popas. Przyjdzie na niego czas w Ustroniu, na razie priorytetem jest załapanie się na kolejkę (Brzmi jak wyznanie nałogowca!) zanim zamkną (O rany! To jeszcze bardziej!).

Poprzez gęsty las zasłaniający całkowicie wszelkie dalsze widoki wolnym krokiem posuwamy się w dół mijając liczne grupki turystów dzielnie wspinających się w przeciwnym kierunku. Jest ich w porównaniu z resztą trasy bardzo dużo. Praktycznie cały czas ma się kogoś w zasięgu wzroku. I przyznam szczerze, że te czerwone ze zmęczenia twarze kolejnych wędrowców, to nieco dziwny dla mnie obrazek, albowiem z 2012 roku zapamiętałem  raczej, a jak z tego wynika – błędnie, że odcinek od kolejki do szczytu jest wręcz przyjemnym spacerkiem, zwłaszcza gdy się z dołu dotarło pieszo. Skoro jednak nas męczy schodzenie i dzikie tańce, jakie chcąc nie chcąc musimy wykonywać na kamieniach i korzeniach, to i nie dziwota, że mijający nas ledwo są czasem w stanie wydukać jakieś powitanie…

O zasadzie pierwszego potu Państwo słyszeli? Z pozoru dziwna, ale działa! Otóż twierdzą niektórzy, że od startu do pierwszego porządnego spocenia (wywołanego wysiłkiem, nie temperaturą) nasza kondycja pozornie gwałtownie spada, by jednak potem na co najmniej kilka godzin znów podnieść się i ustabilizować. A przecież na wuefie w szkole też najpierw była rozgrzewka, a dopiero potem prawdziwe ćwiczenia, prawda? Teraz wiemy, dlaczego.
To też może być odpowiedź na pytanie, jakim cudem zziajany przecież podejściem z Ustronia Polany odcinek od Stokłosicy do szczytu uznałem niegdyś za tak przyjazny.

A czy to zejście naprawdę jest trudne? Męczące? Długie? Czy ja na przykład albo on lub ona damy radę po tylu kilometrach z Goleszowa?
Spokojnie. Czas przejścia to około dwudziestu minut. Trasa początkowo mniej lub bardziej stromo opada, by przy końcu złagodnieć. Sporo jest na niej co prawda kamieni i korzeni, ale idąc wolno (a ten sposób polecam w obu kierunkach i na każdej górze!) nic strasznego się nie dzieje. Nie trzeba w każdym razie jak przy zejściu z Błotnego „hamować” łapiąc się drzew. Zwłaszcza, że od plus minus połowy jest już dużo spokojniej.

Przed nami maszt telekomunikacyjny, zabudowania wyciągu, kilka kiosków z pamiątkami, bufety, czynny także latem tor saneczkowy, liczne stoły i ławy do odpoczynku oraz akcent dość nietypowy, mianowicie… przychodnia dla ptaków. Gdyby przypadkowo ktoś miał ze sobą chorego strusia czy tam innego pterodaktyla. A tak poważniej - warta odwiedzenia, rozsławienia i wsparcia sokolarnia.


Jesteśmy na Stokłosicy (770 do 850 m n.p.m.).

Miejsce to z racji obecności kolejki linowej, ale także niezaprzeczalnych walorów widokowych, bliskości Ustronia oraz przystanków PKS i PKP u podnóża Czantorii należy obok Skrzycznego i Równicy do najbardziej obleganych w Beskidzie Śląskim. Co ciekawe, podobnie jak na wspomnianych przed chwilą szczytach tak i tutaj zagęszczenie turystów na metr kwadratowy spada drastycznie po każdej kolejnej dziesiątce metrów oddalającej nas od "strefy zero". Poza może szlakiem do szczytu, bo to taka oczywista, zawsze zatłoczona mekka „krzesełkowców”.


Ależ skąd, nie ma się co oburzać. Kolejka ma swoje zalety…

Na przykład taką, że właśnie podjeżdża krzesełko i można klapnąć sobie na nim, aby nieco zregenerować siły przyglądając się przy okazji pięknym widokom. To też niżej podpisany z radością był uczynił wespół z towarzyszką swej wędrówki o godzinie 15:12. A słońce jak to piszą w książkach chyliło się ku zachodowi…

Zamiast epilogu

Jeżeli zjeżdżacie Państwo jak my kolejką ze Stokłosicy a macie problemy z lękiem wysokości albo jedziecie z dziećmi, to polecam miejsca od strony słupów. Te zewnętrzne są „wyżej”, to znaczy głębokość pod nimi (odległość od ziemi) jest miejscami większa i mrówek na plecach wtedy też jakby przybywa…

Do zobaczenia na szlaku!

-------
* -  "We didn't start the fire" (ang.) "To nie my roznieciliśmy ogień"
---------

 Kliknij TUTAJ aby obejrzeć pełną galerię zdjęć
w lepszej rozdzielczości


Punkty do wyszukania na mapie: Goleszów, jezioro Ton, Dzięgielów, Tuł, Mała Czantoria, Wielka Czantoria, Ustroń Polana.

Stopień trudności: średni.

Up & Down: Od dworca kolejowego do jeziora Ton trasa początkowo płaska, potem lekko wznosząca, a następnie nieco mocniej opadająca z Jasieniowej, od drogi z Dzięgielowa aż do lasu przed Małą Czantorią bardzo łagodna, wręcz spacerowa. Podejście na Małą Czantorię strome, kamieniste. Pomiędzy Czantoriami szlak łatwy, podejście na Wielką Czantorię umiarkowanie trudne, krótkie, potem od punktu fast food do szczytu zupełnie połogo. Zejście szlakiem czerwonym w kierunku Polany Stokłosica miejscami strome, męczące, kamieniste.

Atrakcje widokowe: Jezioro Ton, wyrobiska na Jasieniowej, okolice Tułu, przełęcz pomiędzy Czantoriami, Wielka Czantoria, Polana Stokłosica, widoki ze zjazdu kolejką linową.

Schroniska, żywność, odpoczynek: Sklepy i bary w Goleszowie i Ustroniu Polanie, fast-food na Wielkiej Czantorii. Na trasie nie ma polskich schronisk. Dostępne jest czeskie schronisko pod szczytem Wlk. Czantorii.

Komunikacja: Do Goleszowa dojazd koleją, z Ustronia Polany kolej lub busy prywatnych przewoźników.

Opis marszruty: Z Goleszowa na Wlk. Czantorię szlak czarny, z niej do Stokłosicy szlak czerwony (GSB).

Odległość: ok. 16,5 km (wg innych źródeł 16,9 km). Nasz czas przejścia (po odliczeniu postojów) 6 godzin.

Opinia: Trasa dość długa, z dwoma kamienistymi i trudniejszymi fragmentami, czyli podejściem na Małą Czantorię i zejściem z Wielkiej.

Możliwości zmian: 1. Wycieczkę można rozpocząć z okolicy zamku w Dzięgielowie dojeżdżając tam autobusem z Cieszyna 2. Z Małej Czantorii możliwe zejście szlakiem żółtym do Ustronia, 3. Z siodła między Czantoriami także można zjechać do Ustronia wyciągiem Poniwiec, 4. Z Wlk. Czantorii można zejść kolorem czerwonym do Ustronia Polany (szlak trudny!)



--------
  
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.