Proszę – ostrożnie – zbliżyć się teraz do krawędzi gruntu… Pod nami bielejąca w słońcu kamienna ściana poprzerastana mchem. Rachityczne drzewka balansujące na pomarszczonych deszczami, śniegiem i wiatrem skalnych schodkach a przede wszystkim – to już bardziej WOKÓŁ niż POD – niczym nieograniczona przestrzeń. Pięknie, prawda? Ano pięknie.
Nam także udzielił się nastrój tego miejsca i postanowiliśmy zrobić tu sobie krótki postój żałując tylko, że PTTK nie postawiło nad skałą jakichś ław i stołów (a może i barierek!) lub choćby tylko małej tablicy informacyjnej. Pewnie by to zysków wielkich nie przyniosło, ale z pewnością podratowało nieco dobre imię tej organizacji…
Znad skały polna droga kieruje się w prawo pomiędzy dwa ogrodzone pastwiska. Tu również po obu stronach trasy napotykamy urokliwe pejzaże, ale pośród nich wzrok przyciąga już przede wszystkim znajdujący się dokładnie na wprost szczyt Kobylej (802 m n.p.m.) mający formę zalesionego pagórka. Niestety szlak nie doprowadza nas do jego najwyższego punktu, a tylko lekko się wznosząc po kilku minutach odbija w prawo i wychodzi z lasu na płaską zupełnie łąkę, która chyba każdemu, kto ją zobaczy, skojarzy się natychmiast z piłkarskim boiskiem. Na Polanie właśnie, bo tak się to miejsce oficjalnie nazywa, to kolejny dziś bardzo przyjemny punkt w którym można zrobić krótką przerwę, o tyle wygodną, że są tu nawet parkowe ławki. Kto stwierdziłby jednak, że nie ma na postoje ochoty, niech wie, że następna taka okazja trafi mu się dopiero pod schroniskiem na Soszowie, czyli bardzo daleko stąd.
Po dojściu do płytowo asfaltowej drogi idziemy nią w prawo mijając kilka gospodarstw, pasące się tu i ówdzie krowy i raz lasem raz znów łąkami prawie połogo docieramy po około kwadransie do Sałaszu Kobyla, czyli końca szlaku niebieskiego i jednocześnie drugiego dziś spotkania z żółtym, który pożegnaliśmy w Dziechcince. Nim właśnie podążymy dalej.
Droga znów się tu wznosi i lekkim łukiem wiedzie nas w lewo, oferując coraz to szersze i ciekawsze widoki najpierw tylko na Wielki Stożek, ale zaraz potem także Kiczory i całą panoramę innych szczytów otaczających Wisłę. Kto korzystał kiedykolwiek z trasy zielonej pomiędzy Stożkiem a doliną Łabajowa od razu dostrzeże, że momentami na tym odcinku obydwa szlaki są do siebie łudząco podobne a co za tym idzie tak samo atrakcyjne. Ale gdy już gotowi bylibyśmy uwierzyć, że właśnie Stożek stał się nie wiedzieć czemu bezpośrednim celem naszego marszu ścieżka zwraca się nagle znów w prawo i początkowo pomiędzy drzewami mijając mniejsze i większe gospodarstwa wywodzi nas wreszcie płasko łąką do styku z Głównym Szlakiem Beskidzkim na Małym Stożku (843, według innych źródeł 825 m n.p.m.,). Czas przejścia odcinka od Sałaszu na Kobylej do tego punktu, to około dwudziestu minut wolnym krokiem. Tutaj, obok dawnego przejścia małego ruchu granicznego żegnamy już definitywnie kolor żółty i kierujemy się w prawo czerwonym w kierunku Cieślara (918, według innych źródeł 920 m n.p.m.).
Polna droga najpierw płasko, potem już stopniowo się wznosząc doprowadza nas umiarkowanie męczącym podejściem na Cieślar. Do niedawna jedynym oznaczeniem jego wierzchołka była domowej roboty deseczka przybita na drzewie oraz kopczyk kamieni z pamiątkowymi wpisami turystów. Od mniej więcej dwóch lat, za nimi, jakby na wysepce otoczonej dwiema alternatywnymi ścieżkami szlaku czerwonego zamontowano też ozdobny słup (przypominający wbity w ziemię ogromny… przecinak) z wyrytą na nim nazwą i wysokością góry. Ale nie to jest tu najważniejsze. Najważniejsze są widoki, a te są wręcz imponujące, nadto zaś prawie dookólne. Z pewnością warto się tu zatrzymać, by się nimi nacieszyć. Także samo podejście oferuje nam wspaniałą panoramę na Wielki Stożek i Kiczory, zostające teraz w dali za nami. Proszę nie zapomnieć obejrzeć się co najmniej kilka razy za siebie!
A propos kondycji! O ile trasa z Cieślara na Soszów nie należy do trudnych, o tyle zejście ze szczytu do schroniska już troszkę tak. Nie jest wprawdzie kamieniste czy też ekstremalnie ostre (te akurat w Beskidzie Śląskim najczęściej są bardzo krótkie), ale jednak mocno się obniża i to na dość długim odcinku. Zresztą od jego pierwszej, widocznej z wierzchołka części znacznie poważniej prezentuje się kolejna, kończąca się po najpierw jeszcze ostrym zakręcie tuż przed stacją kolejki linowej. Co jasne, obie pokonywane w drugą stronę, też a raczej tym bardziej jeszcze wymagają niezłej wydolności fizycznej.
Zanim zejdziemy proszę spojrzeć sobie na wprost – ponad ścieżkę. Stąd właśnie, czyli ze szczytu Wielkiego Soszowa po raz pierwszy widzimy dziś tak dokładnie Czantorię z charakterystyczną wieżą i nieco niżej od niej maszt na polanie Stokłosicy. Za chwilę znów znikną przesłonięte lasem.
Jako się więc rzekło po dwuetapowym zejściu docieramy do schroniska pod Soszowem (792 m n.p.m.) by tutaj na całe 35 minut spocząć na ławach przed budynkiem oddając się długo wyczekiwanej konsumpcji tudzież kontemplacji. I jeśli o tym drugim mowa, to w największe zadziwienie wprowadził nas nieskrywany entuzjazm pań i panów w wieku różnym pojawiający się u nich masowo na widok dwuosobowej… drewnianej huśtawki, co ciekawe przez dzieci jakby nieco ignorowanej. Dzieci mają tu zresztą ciekawszą rozrywkę w postaci dużego kolorowego placu zabaw, znajdującego się kilkadziesiąt metrów dalej – tuż obok stacji wyciągu i trasy zjazdowej dla narciarzy. Tam też czekają na wędrowców kolejne stoły i ławy na otwartej przestrzeni oraz bufet. Ogólnie jest w czym wybierać, ale czy powinno być tego aż tyle w jednym miejscu, to już kwestia do dyskusji. Kolejne wędrówki uczą mnie niestety, że niektórzy bez "cywilizacji" nie uszliby nawet dziesięciu kilometrów, a jeśli już by uszli, to nie bardzo chyba wiedząc, po co…
My wiemy i dlatego choć nogi zaczynają już boleć ruszamy bez wahania w dalszą drogę. Najpierw płasko, polanką, potem lekko w górę w głąb lasu i w nim już bez praktycznie jakichkolwiek dalszych widoków, ale za to w czarującej atmosferze prawdziwej jesieni po ogromnym łuku w prawo.
Szlak pustoszeje tu nagle, a głośne rozmowy kolejnych grup turystów zastępuje już tylko szelest liści, szum wiatru i łagodne popołudniowe słońce. Wolnym krokiem w około pół godziny dochodzimy do Przełęczy Beskidek /Beskydske Sedlo/ (684, według innych danych 680 m n.p.m.) na której z czerwonego przesiadamy się na kolor czarny i nim skręcamy w prawo do Wisły Jawornika. Kto z Państwa szedłby tędy naszym śladem niech pamięta, że oznaczenia początku wspomnianego szlaku ani tym bardziej drogowskazu nie uświadczy. Sugerować należy się wyłącznie czeskimi tabliczkami na GSB i szukać ścieżki ZA NIMI (tak, by słupek mieć za plecami) – potem znaki są już rozmieszczone normalnie. Ciekawym jest jednak, że mimo iż chory ten stan zgłaszałem oddziałowi PTTK w Wiśle w marcu 2014 na podstawie obserwacji o pół roku wcześniejszych do dziś nikt nie znalazł środków na kawałek deski i trzy maźnięcia pędzlem… Najłagodniejsze określenie jakie przychodzi mi na myśl w takiej sytuacji to: żenada. Absolutna żenada. Ale dość o tym. Wracajmy na trasę. Ścieżka najpierw łagodnie, po chwili już dużo bardziej stromo schodzi przez las ku pastwiskom i łagodniejąc nieco w połowie zakręca w jakby gigantyczną literę C. Przed nami szeroka panorama doliny, ogromne połacie łąk i dość zabawnie na nich wyglądające „krzywe”, bo pasące się na stokach krowy. Krajobraz jak idealnych wakacji. Kolejny już dziś, a jeden z niestety ostatnich warty dokładnego obejrzenia a przede wszystkim sfotografowania.
Droga z polnej zamienia się wkrótce w płytową i już jako ulica Branców znów ocieniona lasem zakręca w lewo mając po prawej głęboki jar. W ten sposób stale się obniżając dochodzimy wreszcie do pierwszych zabudowań wyłaniających się zza drzew. Polecam tu dokładne przyjrzenie się okolicznej starej architekturze, bo ta, mimo, że najczęściej prosta, ma w sobie wiele ponadczasowego uroku. Poza tym ciekawe bywają także inne obrazki z wiejsko miejskiej codzienności Wisły w których powaga lat trzydziestych ubiegłego stulecia przeplata się płynnie z siermiężnością PRL-u i kolorową tandetą początków XXI wieku. Na szczęście odwrotnie niż to ma miejsce np. w Szczyrku tutaj ten ostatni świat ciągle jest jeszcze w mniejszości.
Szlak doprowadza nas po kilku minutach do ulicy Jawornik dochodząc do niej dokładnie vis a vis zejścia koloru niebieskiego z Soszowa ulicą… Soszowską (chciałbym widzieć rozpytującego o to niemieckiego lub angielskiego turystę!). Skręcamy w lewo i po chwili już miejskim zupełnie chodnikiem maszerujemy w stronę centrum. Dla zmęczonych dobra wiadomość – proszę po prawej wypatrywać przystanku autobusowego. Korzystając z niego a raczej z autobusów, które przy nim stają, dojechać możecie do dworców kolejowego i PKS ścinając sobie ostatni, w większości asfaltowy, ale mimo to niczego sobie jeśli chodzi o widoki odcinek. Odcinek, dodajmy to, niebieski, bo kolor czarny kończy się już za moment przy ulicy Jodłowej. Wiatę przystankową odnajdziemy zaś w głębi zatoczki, czy też może parkingu zaraz za charakterystycznym mostkiem, przez który przechodzi nasza droga.
Skoro cywilizacja, to cywilizacja. Mijamy bary, sklepy, wille z pokojami do wynajęcia, ale mimo to nadal mamy też piękne góry tuż ponad nami i jeszcze bliżej chłodny potok Jawornik nad który można w każdej chwili skręcić. Tak, tak. Macie Państwo rację. Dziwne to trochę. Potok Jawornik w Wiśle Jaworniku przy ulicy Jawornik. Ale za to przynajmniej łatwo tu trafić, nieprawdaż? A że ruch samochodowy jest mały, krajobrazy ciekawe, a nam przynajmniej trafiła się też bardzo dobra pogoda, to te kilka kilometrów więcej można/warto jakoś przeboleć. Zresztą co jakiś czas zabudowania ustępują jednak miejsca zieleni łąk. I w związku z tym jest pięknie.
Kiedy ulica którą idziemy skręci w prawo i przejdzie już ponad potokiem, a w dali zobaczymy również po obu stronach drogi kolejne biało niebieskie barierki należy „przygotować się do wysiadania”. Uwaga! Przez drugi most nie przechodzimy! Szlak skręca niepozornym chodnikiem tuż przed nim w prawo. I w tym momencie otoczenie zmienia nam się radykalnie. Wchodzimy w ciemny las mając po lewej stromą skarpę i płynącą w dole Wisłę, a po prawej stok góry, oddzielającej nas jakby klinem od doliny Jawornika, którą dopiero co szliśmy. Ta góra, a właściwie bardziej górka, to Czajka (572m n.p.m.).
Wąski chodnik staje się wkrótce asfaltową dróżką a potem drogą. Jesteśmy na ulicy Lipowej. Z osiedla Zdejszy dołącza tu do nas jedna z najnowszych tras Beskidu Śląskiego – wytyczony w 2012 roku szlak zielony z Soszowa również jak nasz prowadzący do dworca kolejowego Wisła Uzdrowisko. W tym też miejscu towarzyszące nam dotąd koryto rzeki oddala się, a my niedługo później również jakby w ślad za nim przechodzimy malutkim tunelem pod torami kolejowymi, za którymi w prawo w kilka minut dochodzimy do centrum miasta, by tu zakończyć wycieczkę.
Zdawałoby się… pół świata, a to tylko siedemnaście kilometrów. Ale za to jakich!
Punkty do wyszukania na mapie:
Wisła Dziechcinka, Krzakoska Skała, Kobyla, Mały Stożek, Wielki Stożek, Cieślar, Soszów, przełęcz Beskidek, Czantoria Wielka, Wisła Jawornik.
Stopień trudności:
średni.
Up & Down:
Od dworca kolejowego lekko w dół, potem płasko, od wiaduktu kolejowego stale wznosząco, miejscami ostrzej do Krzakoskiej Skały. Dalej zmiennie z przewagą płaskiego aż do podejścia na Cieślar. Podejście raczej łagodne, równie łagodna lekko zmienna trasa na Soszów, następnie dłuższe ostrzejsze zejście do schroniska i znów zmiennie z przewagą płaskiego. Jeden poważniejszy spadek przed przełęczą Beskidek, z niej stale w dół, początkowo stromo, później dużo łagodniej aż do Jawornika. Reszta trasy praktycznie połoga.
Atrakcje widokowe:
Wiadukt w Wiśle Dziechcince, Krzakoska Skała i widoki z niej, praktycznie cały odcinek (!!!) od Kobylej aż do schroniska pod Soszowem, środkowa część zejścia z przełęczy Beskidek.
Schroniska, żywność, odpoczynek:
Sklepy i bary w Wiśle, schronisko pod Soszowem, tam także fastfood w budynku stacyjnym kolejki.
Komunikacja:
Do i z Wisły kolej, jako opcja z Jawornika do centrum miasta - autobusy.
Opis marszruty:
Ze stacji w Dziechcince do Sałaszu Kobyla szlak niebieski, dalej żółty do Małego Stożka i czerwony (GSB) do przełęczy Beskidek. Kolor czarny z Beskidka do Jawornika i niebieski z Jawornika do Uzdrowiska.
Odległość:
ok. 17 km. Nasz czas przejścia (po odliczeniu postojów) 6 ½ godziny.
Opinia:
Wycieczka dość długa, bardzo atrakcyjna widokowo, z jednym trudnym odcinkiem zejściowym Soszów – schronisko pod Soszowem i dwoma znacznie jednak krótszymi przed i za Beskidkiem . Dużo możliwości skrócenia lub zmian.
Możliwości zmian:
1. Podejście do Sałaszu Kobyla szlakiem żółtym, 2. Podejście z Małego Stożka na Wielki Stożek szlakiem żółtym i zjazd kolejką do Łabajowa, 3. Zejście z Soszowa do Wisły szlakiem zielonym lub niebieskim, 4. Zjazd kolejką z Soszowa do Wisły, 5. Podejście z przełęczy Beskidek na Wielką Czantorię (bardzo trudne!) i zjazd kolejką ze Stokłosicy do Ustronia Polany (opcja dla najwytrwalszych), 6. Zakończenie trasy w Wiśle Jaworniku i dojazd do Uzdrowiska autobusem.
































