Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


poniedziałek, 6 września 2010

Tartar

Na dnie naszego jestestwa, na pograniczu snu i jawy, wymieszane z wszystkim co nas otacza i co kiedykolwiek w życiu spotkaliśmy, tkwią światy, których nigdy chyba do końca nie zbadamy. Tam każdy może być wielkim kochankiem, bohaterem albo kloszardem. Każdy.

-------------------------------

Leży. Obrzydliwie pewny siebie. Dobrze ubrany. Z nad twarzy co kilka sekund unosi się lekka mgiełka pary. Śpi. Rozłożone wulgarnie nogi, rozpięta i rozrzucona pod nim jak dywan gruba zimowa kurtka, drogie spodnie i takiż sam sweter. Leży. Czasem stęknie, westchnie i przewróci się na drugi bok.
Dokładnie mu się przyjrzałem.

Nienawidzę go.

Spadające z czarnego grudniowego nieba płatki śniegu tną twarz jak żyletka. Próbują poszatkować tą ostatnią lichą osłonę dawno już pociętej duszy. A on leży. Wyzywający w swojej przewidywalności.
Więc tak. Podejdę, gdy odjedzie kolejny autobus, wtedy przystanek jest pusty przez kilkanaście minut. Podejdę i zabiorę mu tą jego pieprzoną saszetkę. Wytrzeźwieje i nawet nie będzie pamiętał.

Muszę mu ją zabrać. Muszę jeść. Cokolwiek, byle szybko, jeszcze dziś!
Tylko ta jego dłoń opleciona paskiem. Trzyma, bydlak!

Znowu ludzie. Autobus, drugi autobus. Idą sobie! Będą teraz w domach PRZYRZĄDZAĆ kolację i DELEKTOWAĆ SIĘ nią, będą żreć po prostu, jak świnie, opychać się, pakować do ust kolejne kawały żarła…
Ich też nienawidzę. I tych min, takich spokojnych, pewnych swego. Bo przecież u nich też wszystko jest przewidywalne i spokojne.

Ach złapać takiego za te jego nowiutkie szmaty, wytarzać w błocie i śniegu! Niech poczuje jak to jest, gdy w butach grzechocą przemarznięte palce… Zabrać mu tą pewność, ten spokój.
Zabrać.

Gnój się obudził. Usiadł. Rozejrzał. Patrzy na zegarek, przeklina i znów opada na plecy.
Leży tak sobie na tych schodach z jedną ręką wyrzuconą w górę jakby nadal trzymał się rurki w autobusie. Wystarczy żeby teraz wstał, a już tym jednym ruchem wróci do świata pewnych siebie. Do normalności. I tylko jak na złość nikt nie chce go podnieść. Cóż za despekt!

Albo nie. Bo jak zabiorę, zacznie się drzeć. Już się dobudza. Już mu zimno wywiewa alkoholowe sny z głowy. Otworzy ten swój pysk i zacznie się drzeć. Może i wyzwiskiem rzuci, gnój jeden. Bo oto jemu, JEMU, dzieje się krzywda!
Niech krzyczy. Szarpnę i ucieknę. Zabiorę mu to. Po prostu. Podchodzę, wyrywam i spokojnie idę dalej. Niech się drze. Niech mu ten mróz wlezie do gardła, niech go to zimno przewieje na wylot. Niech straci tą swoją pewność, tą paradoksalną w jego stanie stabilność, ten pieprzony ułożony jak drogie koszule w jeszcze droższej szafie plan dnia.
Niech poczuje strach, niepewność, głód.
Jak ja.

Głod. Jak ja.
Głód jak ja.
Głód.

Kurwa!

Więc nie. Nie wyszarpnę i nie odejdę. Spojrzę na niego i poczekam. Aż się obudzi i oburzy. Aż mi spojrzy w oczy. I kopnę go wtedy. Mocno. Tak, żeby poczuł smak krwi. Jak hiena zanurzająca kły w upragnionej zdobyczy.
Jak hiena.
Jak ja.

Nie potrzebuję jego saszetki, jego kluczy, jego dokumentów. Chcę tylko jeść.
I płakać.
Napić się ciepłej, pachnącej herbaty, zjeść mięsa, kiełbasy, bułek, słodyczy. Dużo.
Ogrzać się. Zapomnieć. Przynajmniej dziś.

I kopnąć go w ten ryj przebrzydły.
Żeby się bał.

Dość tego! Idę!
Pusta ulica, przejście, kiosk, chodnik. Coraz bliżej. Szybki krok. Podejść, wyrwać, odejść. Może kopnąć. Zabrać. Kupić jedzenie, dużo jedzenia. Podejść, zabrać, wyrwać, odejść, kopnąć, jeść.
On się budzi! Podnosi, siada, za chwilę stąd pójdzie!
Przestań myśleć. Zabierz! Po prostu zabierz!
No rusz się! Idź tam i zrób to!

Podejść, zabrać, odejść.
Podejść, zabrać, odejść.
Idź!
Idź!!!

-Hej! A ty co tu robisz o tej porze? Siemka! Co się tak gapisz na tego tam? Znasz go?

Jakby ktoś zamykał przypadkiem otworzoną trumnę wpychając z obrzydzeniem rękę nieboszczyka na swoje miejsce. Przesuwał wieko, zakładał mocne śruby...

-Ja? Na autobus… Tak tylko patrzę…
-Następny za godzinę. Chłopie, siny jesteś, chodź, odpalę auto, podwiozę cię. Widzisz? Nawet twój „kolega” idzie już do domu, he he!

Trup opada na dno swojej trumny i z rezygnacją opuszcza głowę na piersi. Dusza wraca na swoje miejsce.

-Chodźmy.
-Chodźmy!

środa, 1 września 2010

Solidawność

Solidarność 1980. Nie pamiętam jej dosłownie, choć mam w głowie obrazki, przebłyski, jakby rozrzucone na stole zdjęcia. Róg ulicy Szafranka i Francuskiej. Siedziba związku w Katowicach. Sprzedawane przez okno gazety i broszury. Zimno, szaro, mokro. I potem obrazek drugi. Transportery opancerzone pod wielką choinką na rynku. Zima. Bardzo długa zima.

Do tej pierwszej Solidarności należał mój ojciec. Z dumą nosił jej znaczek, chodził na zebrania, czuł się uczestnikiem czegoś autentycznego i potrzebnego. Wierzył w to. Nie przeszkadzało mu to wcale wtedy ani później w tym, by chodzić także na majowe pochody pełne idiotycznych transparentów i „leninów” na co drugim budynku. Partyjni dawali darmową grochówkę, można było za grosze kupić kiełbasę i cukierki, no a poza tym kto, poza sekretarzem POP-u traktował tą maskaradę serio? Nikt. Ot, przedeptać z ulicy Kościuszki poprzez 15-go grudnia na rynek i pod pomnik Powstańców Śląskich, a potem wrzucić flagę do Osinobusa i wrócić do dyrekcji firmy po zakupy.

Znaczek Solidarności leżał w naszym domu przez całe lata osiemdziesiąte. Ojciec wierzył i wiedział, że jeszcze się przyda. Opowiadał mi o Lechu Wałęsie, z troską i powagą wsłuchiwał się w wiadomości o aresztowaniach, internowaniach i tragedii w kopalni Wujek. I mimo tego wszystkiego wierzył nadal. Czasem brałem do ręki ten kawałek grubego tandetnego plastiku i zastanawiałem się, co w nim jest takiego magicznego…

W 1989 roku pojawił się drugi znaczek, mniejszy, z lekko pozłacanego metalu. Ten był już mój. Kupiłem go na tym samym katowickim rynku, przez który tyle razy maszerowałem z ojcem na pochód. To był już inny rynek, inne Katowice i inna Polska. Zbliżały się pierwsze wolne wybory. Częściowo wolne, ale kto tam wtedy zwracał na to uwagę.

Rodzice wyjechali na dwa tygodnie do Budapesztu, a ja sam jak palec, natchniony jakąś trudną do sprecyzowania potrzebą wziąłem swoje kieszonkowe i zamiast do kina czy sklepu powędrowałem na rynek by tam kupić i wpiąć sobie w kurtkę ten upragniony symbol. Czy wtedy wiedziałem cokolwiek o związkach zawodowych, wolności, prawach człowieka? Pewnie nie.

Miałem tylko dość biedy, generała w ciemnych okularach i odgradzania się od normalności. Miałem dość Pewexów i sklepów „Skup i sprzedaż art. pochodzenia zagranicznego”, miałem wreszcie dość sytuacji takich jak na urodziny mojej kuzynki, kiedy jeden z gości dał jej w prezencie kupione w antykwariacie stare egzemplarze Bravo, które potem połowa rodziny oglądała z czcią i uwielbieniem przez następny kwartał. Miałem tego dość!

Ojciec nie zapisał się już do odrodzonego związku. Oficjalnie twierdził, że nie musi, bo nigdy nikt go nie wykreślił, ale widziałem i czułem, że trudno mu zaakceptować niektóre poglądy i niektórych ludzi. Mnie było łatwiej, bo wtedy wszystko co nie było czerwone było lepsze. Zaklejałem grube zeszyty wycinkami z Gazety Wyborczej, skakałem pod niebo, gdy WYGRALIŚMY wybory, godzinami wsłuchiwałem się w relację z sejmowej debaty o zmianie godła i nazwy państwa no i kochałem się bez pamięci w pani Niezabitowskiej. Ojeju!

Wtedy, na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych Solidarność była dla mnie tym samym, czym dla mojego ojca dziesięć lat wcześniej. Polską, nami, wszystkim. Jedynym ważnym i jedynym sensownym rozwiązaniem.
Wierzyłem w nią. Wierzyłem w Lecha Wałęsę, w Tadeusza Mazowieckiego, w wolność.

Przeszło mi to z końcem 1990 roku, tuż po wyborach prezydenckich. Polska zaczęła się mieszać, przetasowywać, rozmnażać przez podział. Nie było już NAS i ONYCH. Nie było jednej Solidarności, ani nawet jednej solidarności. Była polityczna magma. To z niej w bólach powstawało państwo, którego obywatelami jesteśmy dziś.

Zapomniałem o swojej plakietce, zapomniałem o związku, stawało mi się to wszystko coraz bardziej obojętne. Mimo to w 2007 roku wiedziony prostym pragnieniem walki o sprawiedliwość, tym razem już nie przeciwko złemu ustrojowi, ale firmie okradającej swoich pracowników wstąpiłem jednak do mitycznego związku. Nie, nie jako klient, jako aktywny, pełen pomysłów i chęci jak mi mówiono „mały Wałęsa”. Z tymi marzeniami, jakie miał ojciec w 1980 roku i tym upojeniem, jakie spotkało mnie samego w dekadę później stanąłem przed czymś, co nie tylko dalekie było od mojej wizji związku w ogóle, ale wręcz wykazywało się aktywnością mniejszą niż średnia. No może poza kwestią paczek na święta i zniżkowych biletów do filharmonii, ale ani jedno, ani drugie mnie nie interesowało.

Próbowałem. Nie miałbym prawa pisać tych słów gdybym nie próbował.

Zbierałem po nocach podpisy pod listami protestacyjnymi, wydzwaniałem cały abonament z prywatnej komórki, aby walczyć o nasze prawa, wymyśliłem gazetkę rozdawaną w całym kampusie, stworzyłem stronę internetową, pisałem do prezydenta, spotykałem się z dziennikarzami. A pani wiceprzewodnicząca związku mówiła tylko, że mamy się trzymać, bo ona nam dobrze życzy. Po miesiącu, kwartale i dwóch latach niezmiennie życzyła nam jak najlepiej...

Przestałem płacić składki. Nie wierzę już w związki zawodowe. Nie w takie. A z drugiej strony nie wierzę także w tych, którzy dziś korzystając z tamtej wielkiej nazwy i tradycji palą opony, wygwizdują prezydenta czy premiera i patrzą na kraj poprzez optykę jednej partii. Jakby inne nie były taką samą Polską, naszą, wspólną, solidarną.

Moja Solidarność skończyła się w grudniu 1990.

Teraz wierzę tylko w ludzi.
Czasem nawet z wzajemnością.

środa, 25 sierpnia 2010

Nomada

Kocham noc.

W jednej z licznie podkradanych przeze mnie książek z biblioteczki rodziców przeczytałem wieki temu proste, acz sugestywne wytłumaczenie strachu dzieci przed ciemnością. Z grubsza brzmiało to tak, że oto w dzień cokolwiek widzimy, nawet jeśli jest niezrozumiałe to jest też wymierne. Ma kolor, kształt, wielkość. W nocy dostrzegamy mniej (Ameryki tutaj nie odkrywam), a to, czego mrok nie pozwala nam dojrzeć wypełniamy mimowolnie wytworami własnej fantazji. U dorosłego może to być cokolwiek, ale u dziecka? Najczęściej coś przerażającego.

Jak się łatwo można domyśleć książka, z której zacytowałem ten opis była raczej nietrafionym łupem, ale to temat na inną historię. Dość, że „wypełnianie ciemności” przypomniało mi się po wielu latach w sytuacji, od której z pozoru było bardzo odległe. W czasie jednej z kilkunastu wędrówek po Polsce ciężarówką mojego kolegi zmuszeni byliśmy nocować na parkingu przed jakąś hurtownią. Przed nami majaczyły światła rampy (bez Charlie Chaplina) i zarysy ogromnych hal, za nami mruczała droga szybkiego ruchu, a po lewej uspokajająco szumiał las.

Rano okazało się, że lasu tam niet, a i nawet czegokolwiek głębiej ukorzenionego również. Dosłownie nic. Łąka. Trawa. Ani krzaczka. Mało tego! Nasz parking znajdował się w rozwidleniu dróg i zaraz za hurtownią pędziła w dal inna szosa, której odgłosy z racji odległości bliższe były szumowi niż normalnemu gwarowi samochodów. Przyznaję, że rozglądałem się wkoło nie tyle zdziwiony ile wręcz zły na samego siebie. Przecież ja ten las widziałem! Widziałem księżyc w gałęziach (w rzeczywistości za chmurami), słyszałem szum drzew (o szumie już wspomniałem) i prawie namacalnie czułem chłód czegoś nieznanego za bezpieczną granicą asfaltowego placu. A tam nie było nic. Nawet przez moment.

Uwielbiam nocne wędrówki. Zanurzanie się w nieodgadnioność. Wymieszane czasy i epoki, wywrócone na lewą stronę błyskotki nowoczesności, tajemnicze zakamarki i zagubione ludzkie punkciki pośród tego wszystkiego.

Płynę przez czarny ocean skacząc ponad wodę jak delfin, chlupocząc, wykręcając piruety, odżywając. Wciągam głęboko powietrze aż do bólu płuc. Jestem wolny! Wolny!!!
Świat śpi, świata nie ma. Nie ma nic ponad ciemność.

Kocham noc.


piątek, 13 sierpnia 2010

Natchnienie? Do pełna poproszę!


Nadzieja około południa...


 ...i "brutalna prawda" kilka minut później... ;)

wtorek, 10 sierpnia 2010

Rok niebezpiecznego życia

Dzisiaj mija rok od dnia, w którym powstał ten blog. Nie jest to może jakiś szokujący jubileusz, ale jednak coś wartego zauważenia. W ciągu tych dwunastu miesięcy opublikowałem 95 postów i gdy je przeglądam to zauważam, że rozrzut tematów może czasem szokować...

Najpierw się obudziłem, by po chwili cofnąć się w czasie, odwiedzać nieistniejące miejsca, rozliczać Cesarza Chin, Jerzego Urbana, umowę zlecenie za 1,8 PLN/h, oraz miedzę sąsiadów. Potem już poszło z górki. Zacząłem jeść jajka na twardo,  pracować na "umowę dżentelmeńską", kupować na Allegro, czytać Staffa i szukać magicznej krainy w której Hanys i Gorol nie patrzą na siebie z byka. Spotkałem prawdziwych rasistów, odmawiałem brania łapówek, a także nosiłem czapkę niewidkę. Wspominałem prezydenta Kaczyńskiego i witałem się z Komorowskim, pogryzałem tanie wędliny, instalowałem legalnego Windowsa i  odkrywałem tajemnice tragicznego wypadku lotniczego. Z racji zmian klimatycznych pomyślałem o kupnie opału, odwiedzeniu Monachium, a wreszcie w przypływie emocji skarżyłem Straż Miejską do... Straży Miejskiej.

Oj, działo się, działo...

I mam cichą nadzieję, że to dopiero początek.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Nierzeczywistość alternatywna

Kupuje sobie przeciętny (?) Portier na Allegro przeciętną (??) książkę,


otwiera ją i co widzi???



No żeby to przypadkowo trafić na jedno nazwisko to OK, ale dwa i to w takiej konfiguracji...
Robi wrażenie. :)

piątek, 6 sierpnia 2010

O dwóch takich... po raz drugi

Dwudziestego czerwca bieżącego roku w tekście "O dwóch takich..."  (link) opisywałem krytycznie pracę funkcjonariuszy Straży Miejskiej w Katowicach oraz wspominałem o swoich uwagach przekazanych władzom SM poprzez formularz kontaktowy na odpowiedniej stronie www.
Dwudziestego drugiego lipca otrzymałem maila od Komendanta Straży Miejskiej w Katowicach, pana Kazimierza Romanowskiego, w którym prosił on o mój adres zamieszkania jako informację niezbędną do nadania dalszego toku sprawie. (We wpisie podałem tylko imię, nazwisko oraz adres email)
Dziś nadesłano mi odpowiedź, którą zamieszczam:

SM. IV.52318/39/10
Katowice,dnia 06 sierpień 2010 r.

W odpowiedzi na e-maila z dnia 20.06.2010 roku Straż Miejska Katowice informuje: Zgodnie z Ustawą o Strażach Gminnych i Upoważnieniem wydanym przez Komendanta Miejskiego Policji w Katowicach strażnicy miejscy są upoważnieni do wykonywania kontroli ruchu drogowego wobec ruchu pieszych. Kontrola na ul. [...] prowadzona była ze względu na to, iż na w/w ulicy dochodziło do wypadków drogowych spowodowanych niewłaściwym przechodzeniem przez jezdnię pieszych. Jednocześnie dodam, że Straż Miejska Katowice przyjmuje do wiadomości Pana uwagi dot. sposobu wykonania czynności, celem poprawienia w przyszłości jakości pracy funkcjonariuszy tut. Straży. [Wytłuszczenie moje - Portier]

Z poważaniem
Kazimierz Romanowski
Komendant Straży Miejskiej w Katowicach.

No cóż...
Pobrzmiewa to jakby czasami PRL-u, ale nie zrażajmy się. Praca podległych panu Romanowskiemu służb będzie dla mnie nadal przedmiotem szczególnej uwagi.

wtorek, 3 sierpnia 2010

Milczał wsłuchany w kroków huk

Nie da się chyba zamknąć dzisiejszego dnia bez wspomnienia o polityce. Polityka to jest tym razem przez bardzo małe „pe” i związek ma oczywiście i niestety z ekscesami, jakie wydarzyły się przed Pałacem Prezydenckim oraz w Sądzie Najwyższym. Sprawy z pozoru niezależne, ale gdy się wyłączy dźwięk w telewizorze i ocenia tylko mimikę krzyczących – moim zdaniem – identyczne. Identycznie także żenujące.

Od zawsze jestem zwolennikiem teorii, że obywatelskiego zaangażowania nie reglamentuje się swojej ojczyźnie zależnie od tego czy jest aktualnie dobra czy zła, bo to co oceniamy to zawsze są i będą tylko LUDZIE. To z nimi należy dyskutować, walczyć słowem czy piórem, ale nigdy dzielić, co tam dzielić – rozmieniać swój kraj na drobne w imię własnej niepohamowanej złości czy poczucia goryczy. Prawdziwy patriotyzm to coś znacznie większego i trwalszego, a co za tym idzie wymagającego też od nas czegoś więcej niż tylko emocje.

Oglądając dziś w południe w telewizji relacje z dwóch wydarzeń, o których wspomniałem na wstępie było mi wstyd. Przecież ci krzyczący rozgorączkowani ludzie to też moi rodacy. To też Polska. Czy naprawdę to, co uważają za złe czy błędne wokół jest jednocześnie aż tak brutalne i tak wszechmocne, że trzeba krzyku, płaczu, wygrażania pięściami by o tym ROZMAWIAĆ?

A jeśli, załóżmy, to oni właśnie mają rację to czym chcą mnie przekonać? I najpierw jeszcze. Czym chcą mnie przekonać bym gotów był posłuchać ich przekonywania?

Dziś nawet nie spróbowali.
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.